niedziela, 19 marca 2017

VAMOS KOLUMBIA cz.1. początki

Że w Kolumbii byliśmy, wiedzą już chyba wszyscy, że ledwie zdążyliśmy na samolot – wiedzą nieliczni. Jak to się stało? Niektórzy powiedzieliby „nieogarnięci”, inni „lekkoduchy”, co my o sobie mówimy? Że mamy więcej szczęścia niż rozumu. Rozum bez szczęścia staje się bezużyteczny. A oto kilka urywków z mojego dziennika:








(Dla niewtajemniczonych: lot w promocyjnej cenie z Budapesztu do Bogoty i z powrotem nabyliśmy 3 miesiące przed podróżą w cenie 1600zł, do Budapesztu dotarliśmy autostopem, w Kolumbii (+ Ekwador) spędziliśmy 5 tygodni)

16.06.16r

„Podróż (do Budapesztu) minęła nieśpiesznie, a mała nerwówka pojawiła się w związku z problemami z odprawą. W galerii handlowej w Budapeszcie znaleźliśmy wi-fi i próbowaliśmy zrobić odprawę, ale ciągle pojawiał się błąd. Na pomoc zadzwoniliśmy do mojego brata, żeby spróbował zrobić  nam odprawę na komputerze. Błąd.” Kto by się nie zestresował? W takiej chwili człowiek sam już nie wie czy rzeczywiście ma wykupione bilety… a lot miał być już za kilkanaście godzin.

„Postanowiliśmy, że uporamy się z tym problemem na lotnisku, ale coś nas tknęło, żeby sprawdzić datę odlotu. Taaa-daaaam 18.06.16r. – czyli dzień później niż byliśmy przekonani. Tym samym problem odprawy się rozwiązał, ponieważ napisane jest, że można jej dokonać  od 24h przed odlotem. Spędzimy sobie zatem dodatkowy dzień w Budapeszcie, a dziś postaramy się znaleźć sposobność do obejrzenia meczu Polska – Niemcy.”
Tak – dobrze, że pomyłka była w tę stronę :) ale to jeszcze nie koniec

                         

Szczyt nieogaru cz.2


13 godzinna przerwa na lotnisku w Stambule szła jak po maśle. Niestety nie udało na m się wkręcić w tripa po Stambule, bo mimo tego co głosiły Internety – nawet do tych wycieczek organizowanych przez linie lotnicze i do możliwości skorzystania z darmowego hotelu trzeba posiadać wizę.”
Wiza kosztuje 30 USD – więc postanowiliśmy nie trwonić naszych funduszów na parogodzinne zwiedzanie Stambułu. Jeszcze będzie okazja…
„Zajmowaliśmy się włóczęgostwem, polowaniem na jedzenie w Fast-food’ach, spaniem i oczywiście nauką hiszpańskiego. Marek w między czasie zgubił polar z aparatem w kieszeni. Później zdążył go znaleźć i przy okazji przyniósł niedojedzonego kurczaka. Fart. Mieliśmy czas na obserwacje życia na lotnisku i strasznie bawili nas ludzie biegnący do gateów, kiedy rozbrzmiewały głosy megafonów „…it is last call for you”. Czasami wywoływali konkretnie ludzi po nazwiskach i nie mogliśmy się nadziwić, jak ludzie nie ogarniają, że już ich samolot odlatuje. Przez te nawoływania ciężko było zasnąć, ale koniec końców dość znużeni, położyliśmy się spać.















 Lot o 2:10, budzik na 1:30 w zupełności wystarczy… tak myślałam. O 1:30 bez większego marudzenia podnieśliśmy się z krzeseł i niespiesznym krokiem podeszliśmy do tablicy, żeby zobaczyć do którego wyjścia mamy się kierować. Patrzymy, a nasz lot miga się już na czerwono „last call”! Uderzenie gorąca… pędem rzuciliśmy się przed siebie, szukając wskazówek jak dotrzeć do naszego wyjścia, o ile dobrze pamiętam 302? Nie istotne. Powiem tylko tyle, że lotnisko w Stambule jest na tyle ogromne, że sprawa „na szybko” nie wygląda całkiem prosto. Wyjście znajdowało się na zupełnie innym piętrze niż się znajdowaliśmy. Spokojnie przebiegliśmy kilometr. Dobiegliśmy. Jeszcze czekali, zaraz za nami doszło jeszcze dwóch Kolumbijczyków, jakby wcale nie spieszących się. Jeszcze chwile poczekaliśmy w autobusie dowożącym do samolotu i w tak wąskim gronie odjechaliśmy. Udało się! Wypluwałam płuca, podrażniłam krtań i piekła niemiłosiernie. Nic do picia nie mieliśmy rzecz jasna,  ale byliśmy zwycięzcami. Wygraliśmy ten lot w sprincie na długim dystansie. Pożegnaliśmy kontynent.





Nasze pierwsze kroki


Na lotnisku  w Bogocie piesek obwąchujący mój plecak podręczny – piękny labrador, czarnej maści, wyniuchał coś. Stresować się – nie stresowałam. Podręczny ciągle miałam przy sobie. Strażnik kazał mi jednak wysypać wszystko i okazało się, że piesa skusiły ciasteczka Kniesi – i nie ma się co dziwić, bo są pyszne. Długo nie nadjeżdżał nasz bagaż główny. Za długo. Ostatecznie nie wyjechał. Marek poszedł zbadać sprawę i na szczęście okazało się, że były zdjęte z taśmy – bośmy je trochę źle w te worki zawinęli.
Po pierwszej styczności z hiszpańskim, okazało się, że jednak nie opanowaliśmy go tak dobrze jak nam się na lotnisku w Stambule zdawało. Dojechaliśmy do Bogoty i na pierwszy rzut oka, wydaje się…. Normalnym miastem? Samochody, rowery, zwykli ludzie. No właśnie zwykli ludzie, a ja spodziewałam się ludzi „niezwykłych” – bardziej groźnych…
Nowość dla nas stanowił handel w autobusach miejskich.  Od pojedynczych cukierków, po chipsy bananowe, orzechy i owoce. Na jezdni, między jednym pasem ruchu a drugim kupić można przez szybę nawet watę cukrową, a czasami jakąś elektronikę. My od pierwszego łyka zakochaliśmy się w sokach ze świeżo-wyciskanych owoców. I  kiedy właśnie znaleźliśmy sobie miły kącik do spożycia jednego z takich soków, rozsiedliśmy się wygodnie na krawężniku, aż tu nagle podszedł do nas strażnik pobliskiego Uniwersytetu, zaraz znalazła się również policja i rozpoczęła się dyskusja na nasz temat. Wywnioskowaliśmy, że tu gdzie akurat jesteśmy – jest niebezpiecznie i mamy się ulotnić. W między czasie rozegrała się scena jak z filmu, pies owego strażnika, wyniuchał coś podejrzanego u typka przechadzającego się ulicą i miała miejsce szybka interwencja – przeszukanie i takie tam.  Jednak w kręgu zainteresowań policji byliśmy wciąż my i korzystając z sytuacji, zapytaliśmy panów, gdzie jest dworzec. Pod eskortą policji, trafiliśmy na dworzec kolejowy. Wszystko fajnie, ale jest pewien problem. Pociąg jeździ tylko w jednym kierunku i to nie za daleko (przypominamy, że znajdujemy się w górach) i tylko w wyznaczone dni tygodnia. Dziś akurat nie, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo poznaliśmy kolejnych policjantów i policjantkę. Z takimi znajomościami chyba możemy już się w tym mieście czuć bezpiecznie? ;)
Trochę zmęczeni już miastem, zapragnęliśmy po prostu wyjechać z Bogoty. Obraliśmy kierunek północny. Pojechaliśmy na czuja i w ten sposób znaleźliśmy się na dworcu autobusowym północnym. Na mapie obraliśmy punkt gdzie będziemy chcieli spędzić noc. Są góry, jest jezioro – zapowiada się całkiem nieźle ;)


                                                             Guatavita

 

Miasteczko, w którym wylądowaliśmy było całkiem przyjemne. Czyste, schludne, w kolonialnym stylu. Było też sporo kolumbijskich turystów, więc nasz widok też nie budził większych sensacji. Klimat był całkiem przyjemny – nawet jak na te szerokości geograficzne można powiedzieć, że chłodno. Znajdowaliśmy się  bowiem na wysokości 2500 m n.p.m. i dla Kolumbijczyków była to doskonała okazja do naciągnięcie skórzanej kurtki, a dla Kolumbijek na długie, zdaje się nam – zimowe kozaki. Kupiliśmy banany, ananasa i poszliśmy nad jezioro, szukać miejsca na obóz. Trochę się spłoszyliśmy widząc przy jeziorze wszelkie zakazy obozowania, robienia ognisk, kompania się w jeziorze. Szczerze mówiąc liczyliśmy na wszystkie te opcje... No ładnie się zaczyna: policja, strażnicy, zakazy i nakazy. Ciekawe co będzie dalej . Póki co musieliśmy złamać widniejące zakazy. Poszliśmy po prostu poszukać odludzia, co wymagało nie lada przeprawy. Jezioro dość brudne i śmierdzące mułem, ale po zmroku nie omieszkaliśmy zażyć kąpieli. Rano powitał nas deszcz i ta atmosfera utrzymuje się do teraz.
Nie wiem czy to kwestia tego, że tej nocy zrzuciliśmy do jeziora z naszych ciał europejskie brudy, ale na wodzie przy brzegu unosiły się pastelowo-zielone glony. 

                            
Dopiero po powrocie, po rozmowie z Hermesem, kolegą Kolumbijczykiem, który pomieszkiwał troszeczkę w naszym kraju dowiedziałam się, że miejsce gdzie byliśmy, to nie jest od zwykłe jezioro, a jest osnute pewną legendą...
„Nad jeziorem Guatavita narodziła się legenda mitycznej krainy obfitującej w złoto - El Dorado. Legenda miała swoje korzenie w odbywających się nad jego brzegami prekolumbijskimi obyczajami Indian Czibcza. Według ich legendy 450 lat wcześniej, na tych terenach żył kacyk Chibcha wraz ze swoją żoną, La Cacica de Guatavita. Kobieta nawiązała romans z jednym z wojowników. Romans wyszedł na jaw i zazdrosny mąż nakazał zabić adoratora a jego wnętrzności podać żonie podczas przygotowanego bankietu. La Cacica de Guatavita z żalu i poczuciu hańby, wraz ze swoją malutką córeczką rzuciła się w otchłań wód laguny. Mąż po tragicznym wypadku, wybaczył żonie zdradę i od tego momentu narodził się rytuał ofiarowania lagunie złota, szmaragdów i modlitw. Dary były przeznaczone kobiecie, która odtąd miała sprawować pieczę nad swoim narodem i interweniować w przypadku jakichkolwiek problemów.
Do powyższego zwyczaju dochodził również zwyczaj ofiarowania bogini jeziora kosztownych darów w dniu mianowania nowego kacyka. Według relacji Don Juana, bratanka ostatniego, niezależnego pana Guatavity, kacyk zanim przejął władzę, był zamykany w jaskini, bez kobiet, soli i pieprzu. Następnie, już jako bóg i pan udawał się nad jezioro Guatavita by tam złożyć ofiary dla demonów. Na początku ceremonii zapalano cztery kadzidła w których palono moque (indiańskie kadzidło), żywice i inne perfumy, których dym zakrywał światło dnia. W tym samym czasie kapłani smarowali ciało kacyka klejącą masą z ziemi wymieszanej ze złotym pyłem a następnie wchodził on na tratwę wraz z kosztownymi darami. Gdy tratwa dopływała do środka jeziora Pan Guatavity wchodził do wody i wrzucał w jej odmęty przywiezione szmaragdy i złoto.
Opisane ceremonie odbywały się cyklicznie lecz zwyczaj został zaniechany na wiele lat przed pojawieniem się pierwszego białego człowieka. Legenda Indian Czibcza pozostała i konkwistadorzy, którzy na te tereny wtargnęli w 1535 a w 1539 roku założyli miasto Bogota, dowiedziawszy się o niej, rozpoczęli poszukiwanie złóż złota i podejmowali liczne próby wydobycia skarbów z dna jeziora. W 1545 roku podjęto pierwszą nieudaną próbę osuszenia jeziora. W 1562[1] roku kupiec Antonio de Supulveda, przy pomocy 8 000 indiańskich niewolników rozpoczął kopanie kanału. Jego działania są widoczne do dziś w postaci bruzdy dzięki której obniżył poziom jeziora o kilka[1] metrów i dzięki czemu odkryto klejnoty - szmaragd wielkości kurzego jaja, złote berło, napierśnik. Skarb został podarowany królowi Hiszpanii. Od tego momentu podejmowano jeszcze kilka prób osuszenia i wydobycia klejnotów” (wikipedia.org)







ABY UMILIĆ OCZEKIWANIE NA KOLEJNĄ CZĘŚĆ RELACJI, ZAPRASZAM DO OBEJRZENIA FILM Z PIERWSZEJ CZĘŚCI WYPRAWY (LINK DOSTĘPNY PONIŻEJ): 

                           




1 komentarz:

  1. Fajnie napisane, czuje się jakbym tam był ;)

    OdpowiedzUsuń