wtorek, 1 listopada 2016

Posłanie z krokusów utkane... Rumunia 2016 cz. 2

Zadziwiająco, bezproblemowe dotarcie do celu, nieprzestawiony zegarek, promowe bankructwo, z Rodniańskich wygnane, raki wypróbowane, mroźna krokusowa noc i nieproszony gość widmo, Wielka (prawosławna) Sobota
i powrót "a gdzie tu wchod?"


Zapraszam na Rumuńskie opowieści! (cz. 2.)




Karma wróciła...
Z Tulczy wydostałyśmy się bez większych problemów. Siąpił niewielki deszcz, przed którym chroniły nas konary drzew. Kiedy stałyśmy na przystanku łapiąc stopa, zaczepił nas pewien miły, starszy Pan i polecił zmianę miejsca, za rondo znajdujące się 200 m dalej. Ledwie tam doszłyśmy i za chwilę miałyśmy już transport. Oczywiście przyszło nam jechać na raty, ale raczej nie miałyśmy nadziei na stopa bezpośredniego aż do rzeki. W końcu złapałyśmy sympatycznego gościa. Po angielsku nie mówił i nie wymuszał na nas tracenia energii na próby porozumienia. Wystarczyło się uśmiechać. Nie mniej jednak co do destynacji trzeba było się jakoś dogadać i wywnioskowałyśmy zgodnie, że nasz kierowca jedzie do Bacau, czyli bardzo nam po drodze! Co za fart!
Z czasem deszczyk zamienił się w ulewę, dlatego jeszcze bardziej ochoczo przyjęłyśmy fakt, że nasz kierowca jedzie tak daleko. Sprawy zmieniły trochę obrót kiedy kierowca coś nam zawzięcie tłumacząc wysadził nas w samym centrum miasta w Braili. Zrozumiałyśmy, a raczej chciałyśmy rozumieć, że jedzie albo zmienić samochód, albo na rozładunek i za chwilę po nas wróci. Jaki był finał chyba mówić nie muszę.... 
Deszcz zacinał niemiłosiernie, dlatego mimo upływającego czasu wciąż wierzyłyśmy, że nasz naprawdę przemiły kierowca po nas wróci. Po ponad godzinie oczekiwania powzięłyśmy decyzję o ruszeniu z miejsca. Nie było łatwo pozbyć się tych skrawków nadziei mając przed sobą ścianę zacinającego deszczu. Karma za prom. Oczywiście, jakby tego było mało, zmyliłyśmy jeszcze wylotówkę i dopiero kiedy byłyśmy totalnie mokre i ubłocone, pewien młody chłopak uratował nas z opresji i zawiózł na dobrą wylotówkę. Wysadził nas na stacji benzynowej, gdzie wstąpiłyśmy na chwilę, żeby przeczekać trochę deszcz i napisać kartkę na Bacau, tym bardziej, że na stopowni miałyśmy konkurencję. Ledwie Kasia zdążyła na kartce nabazgrać nazwę miejscowości, podwózkę zaproponował nam jeden z klientów stacji. Dobra passa wróciła i po dwóch godzinach inteligentnych dywagacji na różnorakie tematy wylądowałyśmy na wylotówce Bacau, gdzie raz, dwa złapałyśmy kolejnego złotego stopa. 
Nie muszę chyba wspominać, że ostatnią rzeczą na którą miałyśmy ochotę to pakować się z mokrymi ubraniami do mokrego namiotu. A tu, trafił się tir :) kolejny z serii "rodzina jest najważniejsza" dlatego niezmiernie miło było nam przyjąć jego gościnę u siebie w ciężarówce. Rano byłyśmy z nim na rozładunku i później pożegnaliśmy się na przedmieściach Suczawy. 
Bukowina  - piękna kraina.




Kolejny stop był dość kontrowersyjny i pojawia się odwieczny problem... pisać? nie pisać? pisać? nie pisać? Pisać. Bo bez tego cała historia byłaby przekłamana. Nie można przecież dawać przekłamania, że na autostopie zawsze wszystko pięknie się układa, a wszyscy idioci świata schodzą pięknie z drogi. Tir. Jedziemy, rozmowa nawet się układa jako tako, bo kierowca w miarę komunikuje się angielskim. Zdaje się inteligentny gość, normalny, całkiem sympatyczny i już u schyłku naszej z nim drogi pada pytanie "Are you lesbian?", dość zszokowane odpowiadamy, że nie, nie węsząc niczego więcej pod tym pytaniem. Za chwile pada drugie pytanie, które trochę bardziej wyprowadza nas z równowagi, a mianowicie czy uprawiamy sex z kierowcami... po jednoznacznej odpowiedzi. Upewnił się jeszcze, czy żadna z nas. Ogólne oburzenie i zdenerwowanie przykryła mi pewna myśl, która wypowiedziana na głos wywołała w nas salwy śmiechu "No popatrz Kniesia, piąty dzień niemycia, a my wciąż pociągające." Kierowca chwilę później zapytał jeszcze, czy jesteśmy złe za te pytania i kiedy odpowiedziałam, że "trochę tak", tłumaczył się, że jest mężczyzną, że musiał zapytać... musiał, nie musiał - poczułyśmy ulgę, kiedy mogłyśmy wysiąść. 
Poczułyśmy zew gór. Łapanie tam stopa to czysta przyjemność, tym bardziej, że pogoda w odróżnieniu od dnia poprzedniego obdarowała nas soczystym słońcem. Zatrzymał się samochód. Fałszywy alarm, zaaferowana kobieta, która wybiegła z auta chciała nam tylko przekazać, że jak tu chwilę poczekamy to na autostopa złapiemy autobus. Świetna rada, doprawdy ;) Chwilę później tak tematycznie jeśli chodzi o przyszłą większą wyprawę, zatrzymała nam się rodzina z której, dziewczyna pochodziła z Kolumbii :) mieli uroczych 2 synków, chodź czułam się delikatnie stremowana, że 5 letni chłopiec mówi lepiej po angielsku niż ja. Po tym jak nas wysadzili, pokręciłyśmy się trochę w kółko, szukając szlaku, ale udało się. W jakiś czas później ziściły się nasze marzenia o kąpieli. Woda była cholernie zimna jak na koniec kwietnia przystało, ale czego się nie robi dla poczucia świeżości po jak już wspomniałam 5 dniach. Jak się później okazało, do właściwego miejsca startowego był jeszcze kawałek i o dziwo udało nam się złapać stopa!



TERAZ UWAGA dnia 1.11.16 roku zajrzałam za kulisy bloga i wygrzebałam ten niedokończony post, a z racji tego, że - uwierzcie mi - nie pamiętam ze szczegółami jak to było dalej, a niestety notatnika nie prowadziłam, powiem w skrócie. Rodniańskie, szczyty, tym razem pozostały niezdobyte, chodź symbolicznie udałyśmy się na najbliższy garbik.Dlaczego? Trochę ze względu na chmury zachodzące na zaśnieżone szczyty i nasze nieprzygotowanie na duże góry zimą. Aura była przeurocza o czym świadczą poniższe zdjęcia i już następnego dnia zmyłyśmy się na drugą stronę przełęczy w nieco niższe górki, które nazywały się trudno. Tam trochę na czuja - bo jednak bez mapy zdobyłyśmy to i owo, przeżyłyśmy parę niesamowitych zachodów słońca. Kniesia spełniła swoje marzenie o krokusach, których naprawdę było w bród. Nie raz pogubiłyśmy się, ale zawsze potem odnalazłyśmy szlak.

















Powrót z gór nie był łatwy. Nie chodzi tu nawet o to, że nam jako człowieczkom gór z ciężkim sercem się je opuszcza. Nasz wspaniały pomysł wracaniem najkrótszą drogą z możliwych nie przyniosło oczekiwanego efektu... Węgry, kto tam kiedyś nie utknął? No nic, zanim Węgry, to pod dach w trakcie drogi powrotnej zaprosiła nas do siebie pewni przecudowni państwo i to tuż przed Wielką Sobotą ( Rumunia jest prawosławna ). Jesteśmy im bardzo, bardzo, bardzo wdzięczne - wiadomo co gościna znaczy w takich podróżach. Dostałyśmy od nich wielkanocne jajka i konfiturę :) Pan jeszcze z rano odwiózł nas na wylotówkę i zaczęły się stopowe schody. Przez Węgry jak przez mgłę... w Satoraljaujhely przeszłyśmy pieszo 10 km - z przed miasta doszłyśmy obwodnicą za miasto, mijając przy tym cygańskie osiedla, gdzie pokrzykiwały "wesoło" gromadki dzieci... i ich dzieci, a potem jeszcze do Słowacji. I dzięki temu przeżyłyśmy naprawdę śmieszny poranek. Około 5 rano ktoś kręci się wokół namiotu... i nagle słyszymy zapytanie "a gdzie tu wchod?" po czym usłyszałyśmy stanowcze zapukanie w płachtę namiotu i znane z filmów kryminalnych "otwierać! Policja!". Akurat mieli szczęście, że nie spałyśmy, a spożywałyśmy już smaczne śniadanie, więc bez zastanowienia otworzyłyśmy. Panowie lekko speszeni i zaskoczeni pytają "to wy tu tylko dwie?" (spodziewali się familii imigrantów najwidoczniej), poprosili jeszcze standardowo o paszporty, przeprosili, poszli, śmiejąc się wesoło idąc przez gęstą trawę w stronę stacji benzynowej z której przybyli. To nie ostatnia przygoda ze słowacką policją tego dnia... dwie godziny później pomagali nam złapać stopa, doradzali i żałowali razem z nami że ciężarówki nie jeżdżą ze względu na święto...   Do Polski dotarłyśmy 3 maja... na granicy powitały nas pustki na drodze. Z braku laku zdecydowałyśmy się jeszcze odwiedzić przepiękne Polskie miasto Krosno. Zjadłyśmy lody na rynku, które okazały się niezbyt dobre, więc zjadłyśmy jeszcze jedne lody i kiedy poczułyśmy się usatysfakcjonowane - dumnie opuściłyśmy Krosno. Jeśli ktoś nie był - polecam, a najbardziej drogę między Krosnem a Rzeszowem. Pięknie.... 





a gdzie tu wchod? 

lody w Krośnie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz