piątek, 13 maja 2016

Delta Dunaju, ptaki, my i przygody czyli Rumunia 2016 cz.1

Zadziwiająco, bezproblemowe dotarcie do celu, nieprzestawiony zegarek, promowe bankructwo, z Rodniańskich wygnane, raki wypróbowane, mroźna krokusowa noc i nieproszony gość widmo, Wielka (prawosławna) Sobota
i powrót "a gdzie tu wchod?"

Zapraszam na Rumuńskie opowieści! (cz. 1.)



Po ciężkim dniu spędzonym na leczeniu pewnych bliżej nieokreślonych, nieludzkich chorób spowodowanych nocną imprezą wydziałową, równo o północy wyruszyłyśmy z Kasią Polskim Busem z Warszawy do Rzeszowa. Tam spotkałyśmy, a raczej to oni nas spotkali - 2 chłopców chcących dostać się w Bieszczady, nie mających zielonego pojęcia o autostopie - ale widzących w tym jedyne wyjście aby urealnić powzięty plan. Wyprowadziłyśmy chłopaków na wylotówkę i w zamian dostałyśmy pierwszą czekoladę i pierwszy karton. 

Do Rumunii szło jak po maśle. Aż do granicy rumuńskiej dojechałyśmy z rodakami. Pierwszy rumuński stop również nie zawiódł.  Powiózł na nawet dalej niż na ten dzień zakładałyśmy.  Kasi w połowie drogi po spożyciu zimnego energetyka odebrało głos, toteż wszystko na moim gardle spoczęło. Kierowca był bardzo sympatyczny, a kiedy żona dzwoniła kategorycznie kazał nam milczeć, bo cholernie zazdrosna bestia. Koleś wyznał  wartości 1. Bóg, 2. Żona, 3. Rodzina - lubimy takich kierowców - od razu można się poczuć w pełni bezpiecznie. Dostałyśmy od niego drugą czekoladę i 4 litry wody. Tę noc spędziłyśmy na polu, na przedmieściach Targu Mures. Kolejny dzień przyniósł piękne wrażenia estetyczne, niby to zwykłej, ale tak naprawdę niezwykłej rumuńskiej drogi. Transylwania ma w sobie niesamowity urok przestrzeni. Oczy cieszy zieloność, przejrzystość powietrza, góry i wzgórza i wesołe zwierzaki na pastwiskach.








W pewnym momencie, ze stopa na stopa, zaczęło robić się coraz bardziej płasko. Po dojechaniu do Braili z przemiłym małżeństwem i ich szczurem (niby to psem) yorkiem, nauczyłyśmy się kolejnego słowa po rumuńku: ferybot - co znaczy prom (chociaż, z wolnego tłumaczenia z angielskiego  [a no bo ten rumuński prom to taki ni to prom (ferry) ni to łódka (boat)]).  Tam, w Braili, było nam dane  przeprawić się promem na drugą stronę rzeki i już czułyśmy się jak w delcie... Właściwie, myślałyśmy, że do Tulczy dzielą nas kroki, a rzeczywiście, było to 60 km. Ruch na drodze zależny był od kursu wyżej wspomnianego ferybota. Czas zwolnił. W tle przygrywała rumuńska, jakby cygańska muzyka, a my czekałyśmy na kolejne kursy promu. Zebrało się trochę chmur i po podjechaniu 5 km postanowiłyśmy zakończyć ten dzień. 


Miejsce na obozowisko znalazłyśmy idealne. Nad rzeką, pośród wierzb. Wszystko byłoby jak z bajki gdyby nie chmary komarów, które sprawiały, że człowiek bał się wysunąć tyłka w celu oddania moczu. Ptaki w nocy kłuciły się tak głośno, że ciężko było zasnąć... ale przynajmniej śledzie wbiły się w grząski grunt tak gładko, że aż uskuteczniłyśmy nowe powiedzenie "śledzie wbijają się jak u Marcina" (na cześć  miejscowości Marcin przed którą założyłyśmy ten obóz). 



Kolejnego dnia dotarłyśmy do upragnionej Tulczy... rajem na ziemi tego nie nazwę, ja gdzie indziej mam swój raj. Miasto jak miasto. Nie ono samo w sobie było naszym celem, tylko przyroda delty Dunaju, a więc zdobyłyśmy mapę regionu w informacji turystycznej i wyznaczyłyśmy sobie pewien cel. W drodze do tego celu, cel się zmienił. Okazało się, że niemożliwym jest realizacja naszego lądem i pewien młody chłopak po zawiezieniu nas kilku kilometrów, odwiózł nas z powrotem do Tulczy,  do portu, pomógł kupić cholernie drogie bilety do Suliny i w siną dal, w siną dal.... popłynęłyśmy promem w siną dal. O dziwo nie spotkałyśmy tam polskich turystów, a byłyśmy niemalże pewne tego spotkania. Kolejne dziwo, spotkałyśmy tam tylko dwoje zagranicznych turystów: dziewczynę Ormiankę i Francuza.


 Znalazłyśmy sobie lożę dla vipów na dziobie promu i caluśką drogę gapiłyśmy się przed siebie, o wietrze i chłodzie, okutane w kaptury, chłonęłyśmy Deltę. Trochę i tu nas rozczarowała, ponieważ odgałęzienie Dunaju którym płynęłyśmy było fragmentami regulowane. Prawdopodobnie ze względu na przystosowanie do żeglugi, a przecież mijaliśmy kolosy jeszcze większe od naszego. Ptaków było trochę, a mimo wszystko najbardziej urzekały tańczące tuż nad taflą wody jaskółki. Czułyśmy się trochę jak w innym, alternatywnym świecie. Ludzie na transport zamiast na dworcach czekają na przystani, a odległość 60 kilometrów pokonywana jest w 4 h, nie ma dróg, jest woda. Reumatyzm tu - to musi być dopiero zmora.... 

Z przejęciem oglądałyśmy na przystankach ludzi wypakowujących pół swojego świata z łódki na ląd i odwrotnie - pralki, lodówki - co chcesz. Oczywiście po pierwszych 2 godzinach żeglugi zaczęłyśmy się nudzić i wyjadać wszystko co tam dobrego miałyśmy i jakoś minęły kolejne 2. Kiedy dopływałyśmy do "przedmieści?" Suliny, zaczęło robić się trochę... strasznie. Przy brzegach można było zobaczyć wraki pordzewiałych statków, opuszczone, spróchniałe budynki. Im bliżej miasta, coraz więcej życia wkraczało w krajobraz. W drodze miałyśmy dwa małe gastronomiczne marzenia. Chipsy i piwo. Chipsy i piwo... 
















Dowiedziałyśmy się, że prom odpływa jutro o 7 rano. No dobra... to idziemy spać na plażę. Po drodze spotkałyśmy motocyklistów i wdałyśmy się w krótką pogawędkę. Ostrzegli przed spaniem na plaży - że niby zakaz i mandat można dostać. Dobre sobie. Po małym zamieszaniu, jako doświadczeni geografowie - myląc wschód z zachodem - doszłyśmy na plażę. Uruchomiłyśmy chipsy i piwko, pomoczyłyśmy stópki w zimnym, Czarnym Morzu i zobaczyłyśmy pelikana! Myślałyśmy, że jedynego, ale jak się po powrocie okazało nie jednego. Pelikany zobaczone, a więc wycieczka na deltę zaliczona do udanych ;) Tuż po zachodzie słońca poszłyśmy poszukać miejsca na namiot i schowałyśmy się lekko w krzaczorkach, gdzie plaża zamieniała się już w nieplażę, ale szum morza wciąż był wyraźny. 

Budzik na 5:30. Ciężko było wstać. Jeszcze krótka drzemka, śniadanie przełożyłyśmy - będzie wystarczająco dużo czasu na promie, składamy się, idziemy. Idziemy, idziemy i bęc - olśnienie. Nie przestawiłyśmy zegarków... cholera, czyżby nasz prom już odpłynął?!
 "Fuck, przecież tu jest godzinę później!" - to nawet nie panika, to prześmiewcza drwina nasza z samych siebie... 
"Geografy od siedmiu boleści! Ale jakoś sobie poradzimy! Przejdziemy na pieszo! My nie przejdziemy? My?"
 Wciąż idziemy na przystań aby się jeszcze upewnić, ciśniemy z siebie bekę, ale dalej jesteśmy dziwnie spokojne, tym bardziej, że przecież nie stać nas na bilet powrotny. Zostało nam jakieś 70 lei, a potrzeba na powrót 92... Dochodzimy do przystani - o! prom stoi. Pytamy o bilety do najbliższej przystani, załoga wskazuje kasę. 

Kupujemy bilety do najbliższej przystani i wchodzimy na prom, gdzie spotykamy naszych znajomych motocyklistów. Pytają o nasze plany, opowiadamy o naszej sytuacji i prezentujemy dwa wyjścia A) Wysiadamy w Crisan dokąd mamy bilet i dalej lądem a to pieszo, a to może na stopa dostać się do Tulczy i B) Płyniemy na gapę do Tulczy. Poradzili nam drugą opcję, jako że droga lądem jest niemożliwa z powodu rzeki płynącej w poprzek naszej domniemanej drogi. Skoro tak... to nie ma wyjścia. Zapadłyśmy w sen. Obudziłam się na przystani w Crisan, szturchnęłam Kniesie i uśmiechnęłyśmy się do siebie porozumiewawczo, a nasi zmotoryzowani znajomi powiedzieli spokojnie "sleep, sleep"... 

Na kolejnej przystani pożegnałyśmy się z nimi i im bliżej Tulczy, tym większy niepokój o nasze niepostrzeżone wyjście zaczął się wkradać. Humory oczywiście nas nie opuszczały, co jak co, ale na nie możemy zawsze liczyć. Chciało nam się do gór, a najbardziej to do potoku! Droga dłużyła się już niemiłosiernie, ale koniec końców dopłynęłyśmy i doczekałyśmy najbardziej stresującego momentu wycieczki. Wyjście z promu z tłumem tubylców, niepostrzeżone przez załogę stojącą półtora metra od siebie po obu stronach wyjścia z promu... "Kniesia, bardziej na lewo... ten drugi nas chyba nie kojarzy..." Sekundy, myk, myk i jesteśmy na lądzie. Udało się! Uf! Jestem Polką i jestem z tego dumna :) Tak oto skończyło się nasze deltowanie i powoli zaczęła się nasza ścieżka do gór... ale o tym kiedy indziej :)*



  

* Małe wyjaśnienie dotyczące nieprzestawionych zegarków. Rzeczywiście wjeżdżając do Rumuni przestawia się zegarek o godzinę, z tym, że nasze inteligentne telefony zrobiły to same, druga sprawa, wjeżdżając do Rumuni traci się godzinę, więc tak czy owak byłyśmy na wygranej pozycji - ale czasami mózg nam płata figle, szczególnie nasz geograficzny płata nam geograficzne :) pozdrawiam wszystkich obecnych i przyszłych geografów NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz