poniedziałek, 22 lutego 2016

Kolejna odsłona Kirgistanu pt. "a przecież były badania"



Chyba czas wspomnieć co nie co o tym, co przysłaniało prawdziwy cel wyprawy, czyli wzniośle brzmiące: BADANIA NAUKOWE. Nie chcę jednak nikogo zanudzać mądrymi pojęciami, ale w kilku słowach opowiem jak to się strachu najadłam.










Prace związane z rozliczaniem projektu ruszyły pełną parą jak śp. stary rozklekotany Lanos (kto ze mną jeździł, ten wie) zaraz w październiku. Szukając informacji na temat Ming Kush (rychło w czas bo po powrocie) napatoczyliśmy się na pewien artykuł dotyczący wydobycia uranu właśnie w Ming Kush – nietrudno znaleźć było owy artykuł. Mianowicie, pojawia się jako pierwszy w wyszukiwarce pod wspomnianym hasłem. Musieliśmy się sporo natrudzić, żeby nie natknąć się na niego przed wyjazdem! Okazuje się bowiem, że „nasz teren” jest radioaktywnie skażony. Pisząc jeden z artykułów wspomnieliśmy o tym zwięźle w jednym zdaniu i zajęliśmy się węglem. Temat uranu porzuciliśmy bo…  węgiel widać, uranu nie widać, a jako ludzie prości piszemy o tym co namacalne. Skrupulatnie opisaliśmy co i gdzie „ci źli ludzie” nawyczyniali na przekór przyrodzie, że przekopali góry, że przeorali glebę ciężkimi maszynami, że ziemia leży poprzewracana do góry nogami, że śmieci walają się po ulicy, że opony i porzucone auta.





Oczywiście wspomnieliśmy też o zwierzakach, których wszędobylskie kupy nie dawały nam zapomnieć , że jednak ponad 40% powierzchni kraju to pastwiska.




A kiedy już wszystko przelaliśmy na papier odczuliśmy… wielką… ulgę. Zupełnie niepotrzebnie, bo za chwilę czekało nas pisanie kolejnego artykułu. Ten musi być trochę poważniejszy. Ma wmieszać się w tłum artykułów już nie tylko takich zwykłych studenciaków jak my, ale też doktorantów, doktorów i innych wyższych rangą. W związki z tym zmieniliśmy trochę koncept i podzieliliśmy się robotą. Do mojego przydziału weszło drążenie kwestii uranu. Nigdy nie interesowała mnie tematyka jądrowa, ale zawsze to się człowiek może czegoś ciekawego dowiedzieć. Czytam, czytam, czytam i nagle pojawia się coś takiego:


O cholercia, a przecież:





Lekko spanikowana, wyobrażając sobie małe, zmutowane Agneziki, szukam info czy to możliwe że to jezioro powstało na skutek wydobycia uranu. Z mojego krótkiego śledztwa wynikło, że jezioro to powstało nie wcześniej niż w latach 80’ XX wieku, a kopalnie uranu zamknięto w latach 70’. Zapewne jest to sprawka kopalni już węglowych. Kamień z serca, chodź boję się drążyć temat dalej.  Wodę tam bez ceregieli piliśmy, a i powietrzem oddychaliśmy, więc jakoby niedobrze w skażonym terenie, więc trzymajcie kciuki za dalsze nasze losy! 



2 komentarze:

  1. O kurcze kurcze, lepiej się teraz nie denerwuj, bo możesz zamienić się w Hulka ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podczas czytania wpisu towarzyszył mi dreszczyk emocji.Zniecierpliwiony czekałem na punkt kulminacyjny.Mam nadzieje że to wydarzenie nie przyniesie długofalowych skutków.

    OdpowiedzUsuń