środa, 13 stycznia 2016

Opowiastka o wodzie płynącej


-Prawdziwa górska rzeka…
-A czy istnieją jakieś nieprawdziwe? – prowadzę sobie dialog sama ze sobą jak to zwykle mam w zwyczaju.
Po wizycie w górach Tien-Szan zmieniło się trochę moje pojęcie o górskich potokach. Nie chodzi bowiem o strumyk, który można z kamyczka na kamyczek przekroczyć suchą stopą, chociaż po minionych wydarzeniach i te napawają mnie jakiś większym niż dotychczas lękiem. Budzą dystans i szacunek. Dzięki wodzie przeżyłyśmy i dzięki wodzie mogłyśmy zginąć. Posłuchajcie…





Dzień zaczął się od chleba z keczupem, potem miła wizyta w pasterskim baraku na zaproszenie Pani Gospodyni. Najedzone do syta idziemy w paszczę przygody.  A opisałam to wówczas tak:
A dalej – sporty ekstremalne. Rzeka i osuwająca się spod naszych stóp skarpa spadająca wprost do rwącej wody. Nie ma innej drogi na pokonanie tego odcinka, jak  wspięcie się na „szczyt” tej skarpy. I tak kroczek po kroczku, trzymając się z całych sił jedną ręką kęp traw, w drugiej dzierżąc kijki, które przy takim nachyleniu stoku nie zdają egzamin, nie patrząc w dół (bo widok pędzącej pod sobą rzeki napawa delikatną paniką) wspięłyśmy się prawie na grzbiet góry którą wczoraj z dumą zdobywałyśmy. Później ominąwszy cały ten stromy odcinek zeszłyśmy z powrotem do rzeki. Szłyśmy potem jeszcze długo wzdłuż niej w nadziei na most. Planując trasę nie wzięłyśmy pod uwagę, że rzeka do przekroczenia to problem. Nigdy problemem to nie było, bo w naszych polskich warunkach rzeka górska to strumyk. Wg mapy, rzeki  będą dwie. Wg mapy mosty są. Wg instynktu idziemy dalej. W końcu ów most się pojawił i wstąpiła w nas dzika radość.  Doszłyśmy do tej kolejnej rzeki, która potem w dolnym odcinku łączy się z tą minioną. W nadziei i pokrzepione obecnością jednego mostu idziemy dalej w poszukiwaniu kolejnego.
Nadzieja była złudna, mostu nie było, a nie chcąc zapędzać się w kozi róg po prostu zawróciłyśmy z myślą, że może ów most jest gdzieś niżej. Tym samym doszłyśmy do miejsca gdzie wspomniane  rzeki się łączą. Chwilę postałyśmy między nimi jak kołki, trawiąc własną przegraną z żywiołem i ostatecznie wróciłyśmy do wcześniej przekroczonego mostu i ostatecznie trafiłyśmy do punktu wyjścia.

 Zmieniłyśmy plany „wycieczki” jako, że słońce chyliło się ku zachodowi i rozpoczęłyśmy marsz do tego co na mapie oznaczono jako „droga”.
Rozbiłyśmy się tego dnia tuż przy rzece (jak widać temat rzeka był bardzo chodliwy), jako że zobaczyliśmy znajome twarze pary Nowozelandczyków . Spotkaliśmy się już wcześniej przy jeziorze Song Kol. Poruszaliśmy się wtedy w zupełnie innych kierunkach, a teraz los przygnał nas na to same bezdroże, oni jechali tandemem (taki dwuosobowy rower), my część stopem, część pieszo. Zdziwiliśmy się, kiedy się spotkaliśmy ponownie. Byłyśmy z Kasią bardzo wdzięczne Panu Bogu za to spotkanie, za to, że noc ta będzie bezpieczna, bo wracając byłyśmy niejednokrotnie zaczepiane przez tubylców. Jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy JAK BARDZO jesteśmy wdzięczne za tę parę Nowozelandczyków.
Zaczął siąpić deszcz toteż zarówno my jak i oni pochowaliśmy się do namiotów i zaraz po skończonym posiłku poszłyśmy spać.
Deszcz padał całą noc. Nawet więcej niż padał. Lało jak z cebra. Rzeczywiście nie miałyśmy obaw co do Kirgizów tej nocy, mimo to obie spędziłyśmy ją na lekkim stresie. Rzeka wydawała bardziej doniosłe dźwięki niż wieczorem. Z wnętrza namiotu wydawało się, że jest tuż-tuż, że wystąpiła z koryta i za chwilę nas zaleje. Próbowałam przypomnieć sobie jak daleko od niej się rozłożyłyśmy… 2 metry? Może 3? Oby 4…- myślałam. Słyszałam, w nocy jakby nasi sąsiedzi przestawiali namiot. Nasz strach nie był silniejszy od lenistwa i dlatego do rana pozostałyśmy w namiocie. Wtedy też okazało się, że rzeka jest tam gdzie być powinna i nic nam nie zagrażało. Kiedy wstałyśmy Nowozelandczyków już nie było, wstali trochę wcześniej. Rano deszcz wciąż padał, nam więc się nie spieszyło. 
Dzień wcześniej wspominali coś o jakiś rowerzystach co to mają dziś przejeżdżać naszą drogą i jak nam się poszczęści to złapiemy ich na stopa. Trochę nie rozumiałam… jak to rowerzystów na stopa? Nie dopytywałam, ponieważ podejrzewałam, że to nieporozumienie jest spowodowane moimi (nie)zdolnościami  anglojęzycznymi. Czas jednak pokazał, że żadne to nieporozumienie. Rowerowemu orszakowi towarzyszyły dwie terenowe ciężarówki wiozące wszystkie ich rzeczy. Pierwsza minęła nas niewzruszenie, ochlapując nas zawartością koleiny. Od tej pory mogłam się szczycić spodniami moro. Niewiele później pojawił się pierwszy rower. Pierwsza myśl – Niemcy – bo przywitał się po niemiecku. Później minęło nas jeszcze kilkanaście rowerów. Każdy jeden wykrzykną jakieś przywitanie, a ostatni – zatrzymał się. Okazało się, że Szwajcarzy.
- and you?
- Poland
-Poland? Paulina!!! – krzyknął.
I tak oto zapoznałyśmy Paulinę, Polkę mieszkającą obecnie w Szwajcarii. Chwilę później siedziałyśmy w zamykającej grupę ciężarówce. Jechało się dość wolno….  Ale nie o tym teraz, więc do rzeki.
Przejechaliśmy 10 km i przerwa. Przerwa obiadowa. Cóż za pyszności.. i arbuz… nie mogą nas jednak poczęstować, bo mają wyliczone racje żywieniowe. Paulina nas przeprasza, a przecież o nic nie prosimy. Jest jej jednak na tyle niezręcznie, że oddaje nam swoje specjalne batony- takie spotykane w sklepach sportowych. Dziękujemy pięknie. Tak, w sumie jesteśmy głodne… nasze racje żywnościowe skurczyły się niemalże do produktów do zalania wrzątkiem. Przerwa może trochę potrwać toteż chcemy podejść kawałek pieszo, co by się nie rozleniwić do reszty. Odradzają. Mówią, że rzeka, że nie damy rady.
I tu pojawiło się właśnie to stwierdzenie, którego żadna porządna, chodź głupia duma nie znosi. NIE DAMY RADY. Rzeka. Pfff
A może nawet nie to nas skłoniło do przekraczania tej rzeki na własną rękę. W porównaniu do tych z dnia poprzedniego, ta wyglądała naprawdę niegroźnie i jakoś tak... płytko. Ponadto na drugim brzegu zobaczyłyśmy starych znajomych – Nowozelandczyków, to już ostatecznie nabrałyśmy pewności siebie.
 Zdjęłyśmy buty, podwinęłyśmy nogawki spodni. Tamci z drugiego brzegu krzyczą coś do nas, ale rzeka tak szumi, że nic nie słyszymy – jak do nich dojdziemy to porozmawiamy.
Pierwsze kroki w wodzie i już wiem, że nie był to najlepszy pomysł. Krok po kroku. Rzeka strasznie rwie. Ledwie utrzymuję kijki w dłoni. Kamienie się chwieją pod stopami. Jest głębiej niż by się mogło wydawać. Jesteśmy w połowie. Kasia idzie pierwsza. Nie myśli się wtedy o strachu, on jest, wielki, ogromy, ale na myślenie czasu nie ma. Ważne są tylko kolejne kroki. Nagle patrzę. Kasia traci równowagę. Przewraca się. Panika. Jeśli zrobię cokolwiek to i ja będę leżała. Zaraz patrzę. Nowozelandczyk wyciąga Kasię za kijek. Teraz ja. Strach w gardle. Wpadam w ten sam dołek co Kasia i zanim zdążam stracić równowagę wyciągam kijki do chłopaka i Kaśki. Wciągają mnie na brzeg. O MATKO! Mało brakowało. Ludzie jak dobrze, że jesteście w odpowiednim czasie na odpowiednim miejscu. Nigdy więcej rzeki górskiej. Nogi trzęsły się mi się niesamowicie, a gdy emocje trochę opadły, obie poczułyśmy jak szalenie zimno nam w stopy. Właściwie to straciłyśmy w nich czucie na pewien czas . Nowozelandczycy powiedzieli, że słyszeli, że tydzień wcześniej 
wypadek w tej rzece mięli rowerzyści z Rumunii, nie wiemy czy było to wypadek śmiertelny, ale wiemy, że rzeka mogłaby być na tyle bezwzględna. Wtedy z drugiego brzegu krzyczeli nam żebyśmy nie przechodziły same. Im pomogli miejscowi.    



Tym czasem tuż obok dzieje się wielka komedia związana z próbą przegnania stada owiec na drugą stronę rzeki przez kilkoro pasterzy na koniach. Próbowali różnych sztuczek. A to barana za rogi przywiązali, a ten zapierał się czterema kopytkami, a to przewozili pojedyncze owce na koniu, po czym one przerażone wracały wpław z powrotem do stada. Ubaw po pachy, chodź nam jeszcze nie do końca do śmiechu było. Po zapytaniu pasterza gdzie most, powiedział, że most popłynął.  
Nasi rowerzyści przekroczyli tą rzekę samochodami. Decyzja mądra i rozsądna. Tak jak nasze kolejne tego dnia, bo nie był to nasz ostatni most, który odpłynął.





Rzeka Naryn – najdłuższa rzeka w kraju mająca łączną  długość w Kirgistanie i Uzbekistanie  807 km (jak mówi wikipedia.pl). Pewien Kirgiz zapytał nas:
- a widziałyście już naszą rzeczkę Naryn?
Rzeczka Naryn… Stało się to żartem wyjazdu. Jak o takim żywiole można powiedzieć „rzeczka”? To tak jakby dorosłego Rottweilera, z wyszczerzonymi zębami nazwać pieskiem. Kiedy stałyśmy na moście nad Narynem – hipnotyzował. Szaro- zielono-brązowa ogromna masa wody, pędząca ku nizinom, w nadziei, że kiedyś je zobaczy i będzie mogła zaznać chwili spokoju nim jeszcze połączy się ze swoją siostrą Kara-darią i wspólnymi wodami stworzą Syr- Darię.

Rzek jak w Kirgistanie nigdy wcześniej nie był mi dane zobaczyć i prędko pewnie nie zobaczę, ale zostaną one wpisane w mojej pamięci na długi czas. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz