środa, 18 listopada 2015

Przypadkiem pod chińską granicę

Podróżowanie po Kirgistanie, mając za sobą jedynie Europejskie autostopowe doświadczenia, był dla nas, dwóch samotnie przemierzających ten kraj dziewczyn niemałym wyzwaniem  i  zaawansowanym kursem bajkopisarstwa. Na pytanie o nasz stan cywilny wolałyśmy nie ryzykować odpowiedzią „panny”. Zazwyczaj byłyśmy zamężne lub przynajmniej zaręczone. Stopowanie w Kirgistanie nie było trudne, pod warunkiem, że wcześniej się wspomniało, że nie uiszczamy opłaty za tę przysługę. Później następowały długie wywody na temat, co to znaczy „autostop”, choć zazwyczaj całe tłumaczenie kończyło się fiaskiem i jak to w jednym przypadku, zniecierpliwionym zapytaniem:  „-no dobrze, no to gdzie jest ten wasz autostop?”  Przy drodze, lub tym bardziej w miastach nie można liczyć na coś takiego jak drogowskaz do innych miejscowości. Zazwyczaj nie jest on konieczny ponieważ przez miasteczko ze względu na specyficzną rzeźbę terenu wiedzie jedna główna, nierozgałęziająca się droga. Tym razem było inaczej….




Kiedy przyjechałyśmy do Naryna  z gór Kawaktau, gdzie robiliśmy badania naukowe, zapragnęłyśmy czterotysięcznika. Z palcem po mapie znalazłyśmy szczyt. Łatwy technicznie, bez lodowca – idealny, no więc w drogę!
Tash Bashat – czytamy ułomnie nazwę pierwszej najbliższej charakterystycznej miejscowości, którą musimy minąć. Instynkt podpowiada nam iść główną drogą, ale dla pewności pytamy taksówkarzy. Próba naciągnięcia na taksówkę, standardowe tłumaczenie konwencji autostopu, przekonywanie przez miejscowych, że to nie możliwe i koniec końców wskazują nam drogę. Co dziwne, nie tam gdzie podpowiada nam intuicja. Wściekłe na chytrych taksówkarzy, pewne, że umyślnie chcą nas zmylić, szukamy innego źródła informacji. Jak na złość rozszalała się burza i nie widząc chwilowo innych perspektyw schowałyśmy się w budynku dworca. Tam zaczepił nas pewien młody chłopak. Korzystając z okazji, że się „napatoczył”  zapytałyśmy o drogę także jego. Dziwne. Powiedział dokładnie tak jak tamci taksówkarze. Pokazałyśmy mu nawet  mapę dla pewności i opowiedziałyśmy o dalszych planach podróży. Kiedy deszcz przestał padać, z racji jednogłośnych opinii co do drogi którą mamy podążać, porzuciłyśmy własne instynkty oraz kompas i dałyśmy się poprowadzić tubylcom. Odeszłyśmy kawałek za „miasto” i wystawiamy kciuk.
- do Taszabat? – pytamy jednocześnie pokazując miejscowość na mapie.
- jeszcze dalej, pod granicę z Chinami, wsiadajcie.
- bezpłatnie?



Szybka konsultacja kolegów i zaraz dosiadamy się na tyły do małego chłopca. „Pod granicę z Chinami”… nasza mapa nie obejmowała zbyt wielkiego obszaru, dlatego nie udało się zlokalizować celu podróży naszych kierowców. Wydawało nam się jednak, że droga jest tylko jedna, a jako, że plecaki trzymałyśmy na kolanach, orientacja na mapie była bardzo utrudniona. Wspomniałyśmy o nazwach kolejnych miejscowości, które nam po drodze. Kierowcy ich nie kojarzyli, co oznacza, że na pewno tam nie jadą. Cóż, może mamy zdezaktualizowaną mapę. Ważne, że zawiozą nas do miejsca gdzie jest skręt na Tash Bashat. „Autostrada” do Chin na wylocie z Naryna wyglądała jak wykopaliska w błocie. Co kilkanaście metrów stały ugrzęźnięte w czerwonej breji chińskie ciężarówki, a i nam zepsuł się samochód po ujechaniu kilku kilometrów. Chwilę potrwało zanim nasi kierowcy doprowadzili auto do stanu używalności, ale w końcu znowu byliśmy w trasie. Po kilkunastu kilometrach wyjechaliśmy na piękną, równiutką, zupełnie nową drogę asfaltową. Jako, że ruch był znikomy mogliśmy pozwolić sobie na odrobinę ekstrawagancji i jechaliśmy a to prawym, a to lewym pasem ruchu i z to z zawrotną, jak na kirgiskie warunki, prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Wcale nas nie zdziwiło, że odcinek około 20 kilometrów pokonujemy w więcej niż dwie godziny. Zbyt zjawiskowe były widoki za oknem, żeby się tym przejmować. A okolica była naprawdę bajeczna: strzeliste, ośnieżone szczyty, wyrastających z równin pięciotysięczników na tle błękitnego nieba. Kiedy wyszłyśmy z amoku poczułyśmy lekkie zaniepokojenie. Coś jest nie tak. Przejeżdżając przez miejscowość sprawdziłyśmy jej obecność na mapie. Nie było. Kolejnej także nie….

Zbyt długo nie zdążyłyśmy się pomartwić, kiedy samochód się zatrzymał i panowie zakomunikowali nam, że dojechaliśmy do naszego rozdroża. Wysiadłyśmy, grzecznie się pożegnałyśmy i podziękowałyśmy za podwózkę.

Uff ulżyło nam. Nie porwali, nie sprzedali, wszystko jest w porządku. Usiadłyśmy przy wskazanej nam drodze i dokonałyśmy próby mapy i kompasu. Hmm zepsuł się? Za wszelką cenę próbowałyśmy dopasować istniejące warunki do tego co na mapie i naciągnąwszy trochę fakty… no może…. może i się zgadza.  Kiedy tak siedziałyśmy przy drodze wyklinając „starą, radziecką, beznadziejną mapę” nadjechał samochód. Pytamy chłopaków, gdzie jest Tashabat. Niedaleko. Mogą nas podwieźć. Pokazujemy im na mapie. Pytamy o dalsze miejscowości. Nie kojarzą. Wpatrują się w mapę i mówią:
- Tu jest błąd na tej mapie. Literówka. Tash Rabat, a nie: Tash Bashat.
To nieistotne - ruska mapa- wszystko możliwe. Dziwne tylko, że nie kojarzą nazw miejscowości, które znajdują się kilkanaście kilometrów dalej, chyba nie zniknęły przez te paręnaście lat. Po pewnym czasie studiowania naszej mapy, padła kolejna hipoteza:
- To nie błąd na mapie, to zła mapa! Nie ma nas teraz na niej. Jesteśmy tu na dole – pokazuje nam palcem w powietrzu jeden z chłopaków. Tutaj jest Tash Rabat, a nie Tash Bashat.


I nagle wszystko staje się jasne. Tash Rabat okazał się miejscem dość popularnym wśród turystów. Znajduje się tam piętnastowieczna świątynia i europejczycy często tam jeżdżą. Chłopcy jeszcze raz zaproponowali nam podwózkę do miasteczka, gdzie z łatwością mogłybyśmy znaleźć sobie nocleg. Podziękowałyśmy, ale wolałyśmy zostać tu na stepie, a zamiast hotelu, wybrałyśmy nasz przytulny namiot. Nazajutrz wykonałyśmy plan z dnia poprzedniego i ruszyłyśmy już tym razem na wschód. Ostatecznie zdobyłyśmy nasz pierwszy czterotysięcznik i nazwałyśmy go Geograbem.




Historia ta wyśmiewa nas trochę jako geografów. Nigdy byśmy nie wpadły na pomysł, że w okolicy mogą znajdować się miejscowości o tak podobnych do siebie nazwach tym bardziej, że w wymowie właściwie niewiele się różnią. Włożyłyśmy wiele energii w interpretacji mapy, która nie dotyczyła obszaru na którym byłyśmy. Sam fakt, że porzuciłyśmy atrybuty geografa, takie jak kompas i mapa przemierzając Naryn jest z całą pewnością niewybaczalny, ale nie żałuję żadnego przejechanego kilometra. Staram się raczej ufać „drodze” i cieszyć się tym co przynosi. W żadnym wypadku nie uważam też tej pomyłki jako jakąkolwiek porażkę. Jak to mówią: Geograf nigdy się nie gubi, geograf eksploruje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz