czwartek, 26 listopada 2015

Gruzja nigdy nie zawodzi!




Gruzja nas nie zaskoczyła. Było dużo wina, dużo uśmiechu, dużo gór i niezliczone chmary psów. Parękroć byłyśmy "w dupie", ale nigdy nie przejmowałyśmy się za nadto, bo ostatecznie, z doświadczenia wiem, że co jak co, ale w Gruzji nic złego stać się nam nie może, bo zjawi się człowiek i pomoże :) Tym razem i my z resztą czułyśmy pewną misję ratowania świata...









Tę wycieczkę skupiającą się głównie na Kahetii nazwałyśmy "Psia dola", ale w żadnym wypadku nie chodziło o to, że w którymś momencie pobytu było nam jakoś źle. Znaczenie tego  tytułu jest dość dosłowne... po prostu gdzie byśmy się nie pojawiły towarzyszyła nam zgraja a to Rzepów, a to Pimpków, a to Ciastków. Był też Kamuflaż, Chaciapuri i kilka innych beznazwych czworonożnych przyjaciół. Pojawiały się jak tylko wyszłyśmy ze stopa i znikały kiedy wchodziłyśmy do kolejnego. Gruzini umieli sobie jakoś z nimi radzić.. a to pewna Pani zdzieliła takiego jednego z drugim parasolką, a to Pop kilka razy klasnął, a to inna Pani pokrzyczała trochę na nie po gruzińsku wymachując przy tym porywczo rękami. My pokrzykiwałyśmy na nie nieco  po polsku, czasami po rosyjsku, jednak nie wykazywały zrozumienia, a nasze wymachiwanie rękami traktowały raczej jako zachętę do zabawy...










Pierwszy nasz stop po wyjściu z lotniska, to pierwszy przejeżdżający samochód. Padał deszcz, aura nie zbyt pozytywna. Nie chciałyśmy utknąć w Kutaisi. I dzięki Bogu nasi pierwsi kierowcy jechali do Tibilisi. My kierowałyśmy się na Kazbegi, więc idealnie. W między czasie przestało padać i całkiem przyjemnie kontynuowało się dalszą podróż. Kolejnym stopem był również pierwszy łapany pojazd - turecki tir. W między czasie obowiązkowa herbatka, posiłek i jedziemy dalej. Nie ujechaliśmy zbyt daleko kiedy nasi tureccy kierowcy zostali zatrzymani na poczekanie aż zmniejszy się ruch przy granicy. Ta granica gruzińsko- rosyjska jest dość specyficzna, ponieważ droga wiedzie przez góry wspinając się na wysokość 2300 m n.p.m.Tak więc tirusiom jest dość ciężko i często zdarzają się zatory na drodze, w szczególności kiedy dochodzi śnieg i lód. Przez cały czas policja kieruje ruchem ciężarówek na tym odcinku. Żegnamy naszych kierowców i łapiemy sympatycznego, młodego Gruzina. Przewodnika górskiego, instruktora narciarstwa i raftingu oraz znawcę historii. Wszystko  w jednym. Kto mnie zna może wyobrazić sobie mój zachwyt usłyszawszy czym się nasz kierowca. Dowiózł nas do Gudauri gdzie przesiadamy się do bagażnika Omańczyków :) I znowu odnoszę wrażenie, że muzułmanie z telewizora i Internetu oraz muzułmanie z życia wzięci to zupełnie dwie odrębne historie...





Pierwsze dwa noclegi postanawiamy spędzić w Kazbegi. Nocleg właściwie znalazł się sam. W porównaniu do lata,miasteczko świeci pustkami, a my trzy dziewuszki z plecakami od razu rzucamy się w oczy. Z 20 dolarów od osoby udaje nam się wytargować nocleg za 10 lari czyli równowartość niecałych 20 zł. Taką uległość nasz gospodarz podpiera słabością do Polaków, zrozumieniem statusu "biedny student" oraz szczególnym upodobaniem mojego imienia. Problem przysparza nam znalezienie chleba, którego nie zabrałyśmy z polski mając w pamięci ten "pyszny gruziński chleb". Zapomniałyśmy o niejednokrotnych problemach w zdobyciu go nawet latem. Sprzedawcy kolejno każą nam przyjść za godzinę, dwie, trzy, a wieczorem mówią, że prawdopodobnie będzie rano. Tego dnia poratowałyśmy się ciastkami i zupkami chińskimi. Siedząc pod sklepem dostałyśmy od przechodnia garść mandarynek i moment ten zapisuje się w mojej pamięci jako moment zupełnie innego spojrzenia na ten owoc. Coś wspaniałego dla fanów kwaskowatych owoców.  Później podczas spaceru po wiosce Gergeti spotkaliśmy nieodłączny element Gruzji czyli polskich turystów :P Wieczór minął o dziwo spokojnie i zdążyłyśmy naładować akumulatory na intensywny kolejny dzień. 

Rano przywitał nas Kazbeg. Po naszym letnim pobycie, kiedy ów mości pan był schowany za grubą warstwą chmur, nawet nie podejrzewałam że z poziomu miasta jest widoczny. Coś wspaniałego... 


Misja chleb w dalszym ciągu zakończona niepowodzeniem. Większość sklepów przed 9 była po prostu jeszcze zamknięta. Nie bacząc na to ruszyłyśmy w stronę wodospadów. Pierwszy był lekkim rozczarowaniem, za to drugi robił ogromne wrażenie, szczególnie kiedy podeszło się bliżej pod 40 metrową ścianę spadającej wody. Z powodu przymrozku podejść wcale nie było tak łatwo,biorąc pod uwagę wilgoć przy wodospadzie, ale warto było. 


 


Po powrocie z wodopadowej wycieczki udało nam się zakupić chleb. Wzięłyśmy od razu trzy. Jeden skonsumowałyśmy od tak i pewnie potrafiłybyśmy wyzerować od razu całe zapasy, ale opamiętałyśmy się. Drugą część dnia, prawie do samego zachodu słońca spędziłyśmy wyprawiając się do Monastyru Trinity nad Kazbegi, w którym natrafiłyśmy akurat na ceremonię ślubną. Kupa radochy z przywdziewaniem chust przed wejściem do kościoła, po czym udałyśmy się na trochę dalej, aby nabrać perspektywy. Zdjęć nie było końca... to miejsce jest fantastyczne. Dlatego obcykane, znane i zdeptane, ale mimo wszystko fantastyczne. 





Tym razem wieczór nie był tak spokojny jak poprzedni. Skończyło się na klasycznej gruzińskiej imprezie. Gospodarz nasz wcześniej już wspomniany postanowił zintegrować nas z innymi swoimi gośćmi, a właściwie robotnikami od grzejników. Wypiliśmy sporo wina, po pewnej jego dawce po rosyjsku rozumiałam dosłownie wszystko i mogłam rozprawiać na dowolne tematy. Po kolejnych dawkach, rozumiałam już coraz mniej, niemniej jednak było bardzo wesoło i wieczór zgodnie uważamy za udany. 



Następnego dnia opuszczamy Stepancminde na rzecz słynnej Kahetii. Jak to mam w zwyczaju, postanawiam, że jedziemy niekonwencjonalną ("niegłówną") drogą. Asfalt się kończy tuż za wioską Chiniti, choć jeszcze gdzieniegdzie pojawia się podczas naszej podróży do Telawi, do którego ostatecznie dojeżdżamy tego dnia, choć z wieloma różnymi perypetiami. W pewnym momencie zwątpiłyśmy nawet czy jedziemy w dobrą stronę... myślę, że w tamtym momencie każdy by zwątpił, tym bardziej, że z mapy wynikało jakby co innego... długo by opowiadać. 
Dwoma najistotniejszymi stopami byli: 
Pan, który nas uratował od deptania 40km pieszo - bo uwierzcie, nic poza lokalnym traktorem i to nie w naszym kierunku oraz zbłąkaną taksówką, która bez pieniędzy nas zabrać nie chciała, tamtędy tego wieczora już nie przejechało. Mimo, że trasa sympatyczna, to całonocny marsz nie uśmiechał nam się i całe szczęście zjawił się powtórnie pan, który kilka kilometrów wcześniej nas wysadził na pustej drodze w szczerym polu. Dalej miał nie jechać, bo przyjechał z daleka ponieważ został poproszony o pomoc przy czymś tam. Na szczęście droga ponownie złączyła nasze losy i dowiózł nas do Akhmety.


Drugi odbijający na nas ogromne i pozytywne piętno to stop Gabryś. Lokalny, młody przedsiębiorca wiozący jako pasażerów jeszcze swoją Księgową oraz starszego Pana. Babeczka była przefantastyczna. Cały czas się z nas radowała, podśmiechiwała, ale z taką życzliwością jakiej od żadnej Gruzinki jeszcze nie skosztowałyśmy. Zaprosiła nas do siebie na wino i mały posiłek. Wino z własnej piwnicy! Pycha. Jak łatwo się domyślać, w trakcie dalszej podróży humory nam sprzyjały :) 
Przed przyjazdem do Telavi, już za ciemności urządzili nam jeszcze małe zwiedzanie Monastyru Alawerd, choć dość szybko zostaliśmy stamtąd przegonieni z powodu późnej pory. W Twlawi odstawiliśmy Pana Dziadka i zostałyśmy z niewiele mówiącym po rosyjsku Gabrysiem same. Wcześniej Dziadek potłumaczył nam, że Gabryś zapewni nam nocleg, a od rana dalszą część zwiedzania. Trochę głupio nam było godzić się na jakby to nie miało zabrzmieć "postawienie hotelu" - właśnie dlatego, żeby nie brzmiało to tak jak może to zabrzmieć, ale Gruzini to Gruzini, jak już coś postanowią to nie ma zmiłuj. Przecudowne prawo gościnności.
Bariery językowe rozwiązuje oczywiście wieczorne wino i impreza rozkręca się na tyle, że nawet zaczynamy tańczyć. 




Rano trochę mroczna, ale przecudowna aura, niby w świecie kolorowym, a jednak jak z czarno-białego filmu. 



Co za długo to nie zdrowo i już powoli próbowałyśmy jakoś "pozbyć się" Gabrysia, nie że było nieprzyjemnie. Czułyśmy się trochę ciężarem, którym on za wszelką cenę chce się zaopiekować - bo tak trzeba. Bo Gruzin musi! Na szczęście w pewnym momencie sam Gabryś przyznał, że rzeczywiście może powinien jechać do pracy i po mile spędzonym poranku kiedy to zwiedziliśmy Grami, odwiózł nas pod Monastyr Nekresi i tam się pożegnaliśmy. 


Intensywne zwiedzanie, ratowanie psa z potrzasku w Kwareli i ostatecznie pod koniec dnia lądujemy w Lagodehi z kolejnymi niesamowitymi ludźmi. 
Warto się na chwilę zatrzymać przy akcji ratunkowej Ciastka ( bo tak go nie bez powodu nazwałyśmy). Jak wcześniej wspomniałam, psów miałyśmy w bród. Miałyśmy ich serdecznie dość, szczególnie, że skonsumowanie posiłku przy takim jednym z drugim było niemożliwe. Kiedy znalazłyśmy się w Kwareli, pierwsze co poszłyśmy zwiedzić zamek - na którego dziedzińcu znajdowało się wielkie boisko, ale teraz nie o tym. Wdrapałyśmy się na jedną z baszt, po wybrakowanych drewnianych schodach, za nami wczłapały się nasze czworonogi. Kiedy schodziłyśmy, jeden z psów nie mógł zejść. Bał się. W pierwszej chwili nawet się ucieszyłyśmy, że o jednego mniej lecz chwilę potem nasze kamienne serca zmiękły i za wszelką cenę usiłowałyśmy pomóc biedakowi zejść. Kusiłyśmy go ciastkami, ale wciąż nie czuł w sobie na tyle odwagi. Próbowałyśmy różnie, aż w końcu udało mi się go złapać za łapy i pomogłam w tych najgorszych momentach. Misja ratunkowa się udała, a na mojej kurtce zostało sporo psiej sierści, która sypała się ze mnie jeszcze przez długi, długi czas. W Kwareli obejrzałyśmy jeszcze monastyr z VI wieku, gdzie pierwszy raz trafiłyśmy na przyjaznego popa, a potem trafiłyśmy nielegalnie, pod eskortą policji nad jezioro znajdujące się na wschód od miasta. Dlaczego początkowo upierali się, że nie wolno nam tam wjechać, że wolno tylko miejscowym - nie wiem i pewnie pozostanie to tajemnicą do końca :P Miejsce jednakowoż było piękne i warte świeczki, choć pod obserwacją czułyśmy się mało swobodnie i po cyknięciu kilku fotek zeszłyśmy sobie na skuśkę przez las do głównej drogi. 

Później kolejne stopy i kolejne chaciapuri trzeba było przemęczyć. Nie wiele. Resztę wzięłyśmy na wynos i rozczęstowałyśmy wieczorem kolejne "nasze" psy. 
W pewnym miasteczku, jeden koleś podpadł nam, bo powiedział, że idziemy w złym kierunku podczas gdy szłyśmy w dobrym, a kolejny stop, zawiózł nas prosto na nocleg u starszej babuszki za 10 lari i uprzedzili, że wieczorem przyjadą z nami pokolacjować i cota- cota wina. Ehh już trochę zmęczone codziennymi balangami - okeeej - z myślą "a może nie przyjadą". W domu gdzie mieszkaliśmy nie było mowy o wzięciu prysznica. Woda była lodowata i w pomieszczeniu gdzie ten rzekomy prysznic się znajdował panowała temperatura kilku stopni. Truuudno i tak często się kąpiemy! Wieczorny spacer do parku i po mieście... a wracając już dawno po zmroku:
- może jak tak późno wrócimy i przyjadą, a nas nie będzie to odpuszczą? 
- no... może.... ale znając Gruzinów to nie odpuszczą. ej a która godzina? 
-18:40
Tak, przy tak intensywnym stylu życia ta godzina w naszych odczuciach była bardzo późna. 
Oczywiście Gruzini nie odpuścili i wieczorna impreza przeszła nasze wszelkie oczekiwania, ponieważ naszło się ludzi a ludzi - wśród nich ten Pan, który tak nam podpadł mówiąc, że idziemy w złą stronę :) okazał się bardzo sympatyczny i potrafił mówić po angielsku, bo kilka lat mieszkał w Londynie. Także mieliśmy czterojęzyczną imprezę. Wina oczywiście było mnogo i wydawało nam się, że wypiłyśmy też trochę za mnogo, ale jak Gruzini obiecali - kaca żadnego nie było :) Wino jest w gruzińskiej naturze zakorzenione na tyle, że naturalnym było dla nich polewanie do szklanki 6 letniego chłopca. 





Kolejny dzień to nieudana wycieczka na wodospady w Parku Narodowym Lagodehi, choć i tak było przeuroczo. Poszłyśmy nie tym czerwonym szlakiem co trzeba i zamiast na kilku godzinny trekking, wybrałyśmy się na trzy dniową wycieczkę. Na szczęście zawróciłyśmy w porę, a wieczorem wyruszyły na stopa w poszukiwaniu noclegu z prysznicem i tak oto trochę zamierzenie, trochę przez przypadek trafiłyśmy do Signagi. Miasto piękne i urocze, lecz odstraszyły nas ceny noclegów, bo podobno za mniej niż 20 lari nic nie znajdziemy. Już nawet miałyśmy się zacząć przemieszczać gdzie indziej, choć pora późna bo już prawie 20. Ciemno, zimno, a my zmęczone. I co? zaczepia nas naganiacz na głównym placu i po chwili negocjacji mamy nocleg za 15 lari od osoby. Nie do końca nas to satysfakcjonowało, ale przystałyśmy na ten deal. Przynajmniej mogłyśmy spokojnie spędzić wieczór, bez imprezy. W planach było jeszcze wieczorne zwiedzanie, ale sił nie starczyło. Prysznic i spać. 





Signagi to miasto słynące z prawie najdłuższego muru na świecie (wiadomo po którym). Mury mają długość 2,5km. Wydaje się nie tak strasznie dużo, ale właściwie "comamury?" 





Po przedpołudniowym zwiedzaniu, po południu ruszamy na stopa w kierunku chyba najbardziej niespodziankowej przygody. Klasztor Dawid Garedżo. W lato pewnie jedno z bardziej obleganych miejsc przez turystów, jesienią bezdroża pełne pustki. "Na stopa nie dojedziecie" - mówili - "tylko taksówką, bo ta droga właściwie nigdzie nie prowadzi dalej". No tak to wszystko prawda. Droga dalej nie prowadzi, miejscowi raczej się do zwiedzania nie rwą, turystów brak. No dobra, jak się nie uda to się nie uda, najwyżej kiedy indziej. Ale jak łatwo się domyśleć, skoro już o tym piszę to udało się tam dojechać i nawet wrócić. W jednym i drugim przypadku kwestia wielkiego farta i  naprawdę poczułam lekki niepokój kiedy wiozący nas Pan powiedział, że niestety nie będzie nas mógł zabrać w drugą stronę, bo jedzie tam po ludzi i w dodatku jeszcze nie wraca do miasta tylko gdzieś-tam-coś-tam. Upsss.  Oj tam dobra, mamy całą noc na powrót pieszo.... i jak by nie patrzeć cały kolejny dzień. Chyba byśmy zamarzły po drodze bo wiało niesamowicie i jak można się domyśleć, nie był to ciepły zefirek. Traf chciał tak, że jak tylko nacieszyłyśmy oczy wspaniałymi widokami, naśmiałyśmy się z naszej beznadziejnej sytuacji - przejechał samochód. Nie zatrzymał się. Kierowcą był pop - jechali z klasztoru. Pokazał gestem, że nie mają miejsca. No bez przesady. Była ich trójka, a my jesteśmy w dupie. I gdzie miłosierdzie... ? Delikatnie podłamane, idziemy dalej. Szło się sympatycznie. Swego rodzaju katharsis. Nie nacieszyłyśmy się tym oczyszczeniem duchowym zbyt długo, bo jedzie drugi samochód. Tym razem jest ich w samochodzie czworo. Zatrzymują się i pytają czy potrzebujemy pomocy. No jasne, że tak próbujemy dostać się do drogi.
- Wsiadajcie!
Wow. No i to rozumiem. Upchałyśmy się ledwo. Ja jak ja, ale Madzia siedząca u Darii na kolanach miała pewne problemy ze zmieszczeniem się zgięta w pół. Śmiałyśmy się, żeby może głowę za okno wystawiła.






Nie ujechaliśmy wiele, aż ugrzęźliśmy w błocie. Akcja wypychania i najbardziej grząski odcinek przechodzimy pieszo. Zaraz okazuje się, że ludzie nas wiozący i wcześniej mijający nas samochód jadą jakby razem i Pop zaprasza dwie z nas do swojego auta. 


Nie powiem, trochę byłam na początku zrażona, ale potem bądź co bądź odkupił "swoje winy" odwożąc nas w Tibilisi na wylot w kierunku Mcchety. W między czasie, samochód w którym jechała Daria zgubił się gdzieś na bezdrożach i chwilę zajęło, kiedy do nas dojechali. Ludzie kochani i dość przyjemni, choć niewiele potrafiliśmy ze sobą rozmawiać z uwagi na naszą nieznajomość francuskiego, a ich słabą angielskiego i rosyjskiego. Po rusku mówił jedynie Pop, choć odzywał się mimo wszystko niewiele. 

Stop do Mcchety, to właściwie ludki w ogóle nie jadący do Mcchety, ale zmieniłyśmy całkowicie ich plany na cały wieczór. Młode chłopaki. Kolejny młody przedsiębiorca - tym razem zajmujący się sprzedażą w Gruzji samochodów z Niemiec i Holandii oraz po godzinach zajmujący się załatwianiem Gruzinom różnorakich wiz. Wieźli nas on i jego młodszy brat. Postanowili pomóc nam znaleźć nocleg w Mcchecie, a potem koniecznie do restauracji! Od razu powiedziałyśmy jaki mamy noclegowy budżet rzędu 10 lari na osobę, choć ostatecznie stwierdzili, że jesteśmy gośćmi i za nocleg płacić nie będziemy. Kiedy stawiałyśmy opór,wkręcał nam, że ta Pani (gospodarz) to jego ciocia i w ogóle nie ma problemu. Pokój bajka, a widok z okna... sami oceńcie: 


Wieczór kontynuowaliśmy w powiększonym o jednego ich kolegę składzie. 

Po spożyciu większej ilości alkoholu, chłopcom przyszedł do głowy genialny pomysł jechania nocą do Gudaurii - bo spadł śnieg i ogólnie super fun. Tylko, że my jak zwykle byłyśmy padnięte i marzyłyśmy tylko o łóżeczku i kołderce. Jakoś udało nam się wyperswadować im ten pomysł z głowy i odwieźli nas do naszego guest housa. 

Z powodu braku perspektyw na ostatni dzień czyli niedzielę, pojechałyśmy do tego Gudauri na stopa. Kolegom zostawiłyśmy kartę z podziękowaniami, dopytałyśmy jeszcze Panią gospodarz czy trzeba coś uregulować w kwestii finansowej - nie. Gruzini, ah Gruzini :) 

Droga z Gudauri na lotnisko w Kutaisi była również arcyciekawa i nie obyła się oczywiście bez wina, który zwyczajowo rozwiązał wszelkie bariery. Skończyło się na imprezie disco polo w samochodzie, która trwała aż do stacji benzynowej przed ostatnim zjazdem na Gori gdzie Panowie właśnie jechali. Łapanie na stacji polegało na tym, że to nas wszyscy pytali gdzie chcemy jechać, a nie my. Trzecia próba to był koleś który dowiózł nas na lotnisko, ale najpierw rozczęstował kiełbasą psy koczujące na stacji benzynowej. Urzekło nas to bardzo i na początku nawet było przyjemnie. Do czasu kiedy temperatura 26 stopni w samochodzie sprawiła, że stałyśmy się mega senne, kierowca kilkakrotnie oświadczał się Darii i zrobił przerwę na chaciapuri. Kiedy poprosiłyśmy o zmniejszenie temperatury, najpierw zmniejszył do 24,5 ale po pewnym czasie widocznie zrobiło mu się chłodno i podkręcił do 25,5... narzekał przy tym, że chce mu się spać, więc puszczał muzykę na cały regulator i śpiewał na całe gardło. Ten moment podróży zmęczył nas jak mało który i padłyśmy na lotnisku jak kawki, otoczone przez rzesze innych koczujących na lotnisku Polaków. 







Około 4 zaczęły nas budzić informacje, że pasażerowie naszego lotu proszeni do odprawy bagażowej... oczywiście wszyscy olaliśmy sprawę, bo mamy przecież dużo czasu! o 5:30 pracownicy lotniska, zaczęli chodzić, budzić ludzi i zapraszać do odprawy. Nooo dobra. Zaspane, trochę złe, że tak bezczelnie obudzili, zupełnie zapomniałyśmy o wymiarach małego bagażu. I z niewielkimi problemami, ale koniec końców udało nam się oszukać system i po kilku próbach, po wyjęciu stelaża z Dari plecaka udowodniłyśmy Pani przy odprawie, że mieści się!!! 















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz