czwartek, 9 lipca 2015

Świdowiec 2015 - czyli kolejna dawka niesamowitych Karpat Wschodnich

   Co robić podczas sesji egzaminacyjnej? Jechać w Karpaty Wschodnie! :) Na opowieść o dzikim zakątku Ukrainy, o Świdowcu, o koniach, owcach i pasterzach, o pięknych widokach, autostopie, upale i radości, ZAPRASZAMY !







       

      
      Gdy wszyscy studenci, w tym Weronika, borykali się z sesją, Aga wyruszyła po raz kolejny poczuć ducha ukraińskich Karpat Wschodnich. Padło na Świdowiec, którego lokalizacja widoczna jest dobrze na poniższej mapce : 

Dzień 1


Na wstępie chciałabym podziękować Rafałowi, bez którego ta podróż prawdopodobnie by się nie odbyła, a już na pewno nie wyglądałaby tak jak wyglądała. Z kompanem tej krótkiej, ale niesamowitej wyprawy w Karpaty Ukraińskie, poznaliśmy się dzięki grupie „podróżnik/podróżniczka poszukiwani”. Sama nie byłam przekonana do podróżowania z nieznajomym, ale po przefiltrowaniu wszystkich znajomych (a okres nieprzychylny – sesja tuż tuż) okazało się, że chyba muszę jechać sama… potem poratowałam się ogłoszeniem wyjazdu na wyżej wspomnianej grupie i… i aż mnie zestresowała myśl, że ktoś się odezwał :P. ale czego się nie robi z miłości do gór…
A tak na poważnie to się zestresowałam dopiero, kiedy Rafał powiedział, że nie ma telefonu. To jak się znajdziemy w tym Rzeszowie? Bo spotkać mieliśmy się właśnie w Rzeszowie, domyślnie na dworcu około 16. Do tego czasu mieliśmy tam dojechać na stopa, ja z Warszawy, on z Częstochowy. Szczęście w nieszczęściu, że oboje mieliśmy trochę mniej szczęścia na tych odcinkach do stopa i oboje byliśmy na dworcu w Rzeszowie około 18. Bez większego trudu rozpoznaliśmy się i wsiedliśmy na czekającego już na nas pociągu do Przemyśla, gdzie byliśmy dość późno, bo grubo po 19.  Niewiele czasu minęło i zaraz siedzieliśmy w stopie jadącym na granicę. Był to Ukrainiec zarabiający właściwie na przewożeniu towarów z Polski na Ukrainę i odwrotnie. Opowiedział nam trochę o swoim życiu i po raz kolejny stwierdziłam, że w naszym kraju nie jest źle. Naprawdę uwierz, nie jest!
Jeszcze szybkie zakupy i przeszliśmy na drugą stroną mocy.
- Gdzie idziesz? – zapytała Pani Celnik
Trochę zmieszana, nie wiedząc co dokładnie ma na myśli pytając gdzie idę, dumam…. „Hmmm gdzie ja idę???”
- do Lwowa idziemy –Rafał przyszedł z odsieczą.


Tuż za granicą, nie licząc na żadną marszrutkę o tej porze i gardząc taksówką za 100zł za osobę do Lwowa, ustawiliśmy się do stopa. Stał przed nami chłopak i… zaraz, zaraz… robi nam konkurencję, też łapie stopa. Zaraz nawiązaliśmy znajomość z Wasylem, który był naszym towarzyszem podróży aż do rana.  Pracuje  w Polsce, w Warszawie…skupuje złom? Zaradny chłopak. Rozkręca powoli firmę. Do domu jedzie bo ząb go boli, a mieszka w Kołomyi czyli mniej więcej w tych stronach gdzie i my się kierowaliśmy. Na granicy zauważył samochód z blachami z Iwano Frankowska i po krótkiej naradzie z kierowcą, zaraz siedzieliśmy w aucie. Kierowca nie jechał do Iwano, tylko parędziesiąt kilometrów przed. Twierdził, że najlepiej nam będzie wysiąść we Lwowie, bo co my zrobimy jak wysadzi nas on na jakiejś pipidówce, do tego  Wasyl był pewny, że  znajdziemy pociąg we Lwowie co najmniej do Iwano Frankowska, jak nie docelowy… więc wysiedliśmy. Na miejscu okazało się, że pociąg nasz docelowy jest o 14 (swoją drogą ten sam, którym z Weroniką odbywałyśmy naszą pierwszą podróż, więc obawiałam się, że tak to się skończy), a pociąg do Iwano Frankowska owszem jest, ale nie ma już miejsc.  Już nawet zaczęliśmy się kierować do hotelu, ale nagle przyuważyliśmy autobus linii Wrocław- Kołomyja. Niestety jechał do Polski, ale kierowca powiedział, że około 2-3 w nocy powinien być ten w stronę Kołomyi. Było około północy. Poczekamy i najbliższe godziny spędziliśmy w całodobowej pizzerii z wesołą obsługą, dobrze bawiącą się szlauchem podczas sprzątania. 
    Z minuty na minutę byłam coraz bardziej zmęczona i miałam nadzieję na wyspanie się w autobusie. Nic bardziej mylnego… nigdy nie zakładaj spania podczas jazdy po Ukraińskich drogach. Im dalej od Lwowa, tym bardziej droga przypominała bezdroże (co ja wtedy wiedziałam o bezdrożach… ale o tym później). A im bliżej do Iwano, znowu jakby ciut mniej trzęsło. Wysiedliśmy w Iwano około 5:30 rano i tam pożegnaliśmy się z Wasylem, który pojechał dalej do Kołomyi.

Dzień 2.

       W Iwano Frankowsku, korzystając z kompasu skierowaliśmy się ulicą w kierunku południa. Tym sposobem dostaliśmy się na wylotówkę skąd złapaliśmy stopa uwaga! Do samych Kwasów, pod sam czerwony szlak. Kierowca był bardzo miły i choć strasznie szybko mówił do nas po Ukraińsku, jakoś udało nam się nawiązać dialog. Opowiadał nam to o górach wokoło, to o sytuacji politycznej kraju.
- urokliwe te Wasze drogi, ale chyba trochę maszyny szkoda… - mówię
- to ruski samochód, to nie szkoda – powiedział. :)

Szlak zaczynał się ze 2km przed Kwasami. Tam też wysiedliśmy. Po skonsumowaniu śniadania, stwierdziliśmy, że jednak mamy chyba za mało chleba. Postanowiliśmy, że ja poczekam z rzeczami, a Rafał szybko stopem pojedzie do sklepu. Tak też się stało. Po kwadransie Rafał wrócił bogatszy o chleb i ketchup, ale biedniejszy o portfel, który zostawił w stopie. Na szczęście paszport miał w plecaku, więc uciekła mi wizja wracania do domu zieloną granicą :P jako, że pieniądze szczęścia nie dają, a góry owszem, ruszyliśmy na szlak. 

      Upał doskwierał, na szczęście przez większość czasu szliśmy lasem. Doznaliśmy ukojenia kiedy przyszedł czas na źródełko i moczenie nóg. Znaleźć wodę nie było łatwo, bo źródełko z mapy nie dostarczało wody. Bruzda wyżłobiona przez wodę w ziemi była, ale po wodzie ani mokrego śladu. Instynkt geograficzny kazał mi iść wzdłuż owej bruzdy i po jakimś niecałym

 kilometrze dotarliśmy do potoku. Później na przełaj, doszliśmy z powrotem do czerwonego szlaku, trochę na kompas, trochę na intuicję. Przechadzka „własną” połoniną sprawiała przynajmniej mi wiele radości i napawała szczęście. Tego dnia także parę godzin później zdobyliśmy najwyższy szczyt pasma Bliźnicę (1883 m n.p.m.) pokonując tym samym około 1300 m w pionie licząc od Kwasów. Totalnie wycieńczeni po dwóch zlewających się w jeden dniach wrażeń, noc spędziliśmy przy potoku poniżej przełęczy pod Stihem Prysznic w potoku – coś wspaniałego.







Bliźnica - najwyższy szczyt Świdowca (1883 m n.p.m.)

























Dzień 3.

        Cudowny poranek, nad cudownym potokiem, pod cudownym niebem, pokrytym tym razem cudownymi chmurami. Nie dalibyśmy chyba rady gdyby nie one. Wspięliśmy się z powrotem na szlak i trawersując Stiha maszerowaliśmy na przód. Później naszło stado chmur i jako, że mieliśmy mnóstwo czasu postanowiliśmy przeczekać deszcz pod tropikiem.  Kiedy deszcz przestał łomotać o tropik i zgrabnie zebraliśmy się dalej, kilkaset metrów dalej natrafiliśmy na biegnące konie po niebetonie w szarej mgle. Jeśli chodzi o aspekt artystyczny to widok niesamowity. Za końmi podążali ludzie i psy, za nimi zaś owce, kozy i kolejne psy. Jakie piękne to, że we wschodniej części Karpat pasterstwo istnieje ciągle i w chwili obecnej nie widać, aby miało się wykorzenić. Piękniejsze jeszcze to, że turystów na szlakach niewiele, lecz tu niestety mam pewne obawy… że będzie więcej i więcej. Daj Boże nie dożyć czasów kiedy pojęcie „dzikie” zniknie z powierzchni Ziemi. Hmm nawet teraz właściwie nie jestem pewna czy jest szansa w Świdowcu mówić o jakiejkolwiek dzikości…. 

Wracając do rzeczy. Szliśmy, szliśmy, szliśmy aż w końcu doszliśmy do szczytu o nazwie Tjempa. Wyciągam mapę i… zaraz, zaraz,  przyszliśmy trochę za daleko. Tu mieliśmy być jutro! Najbliższa niedaleka woda w stronę Ust Czornej była dość daleko, a najbliższa woda przy cofnięciu się relatywnie blisko. Zawróciliśmy. Przy tej wysokości woda w potoku raczej sączyła się niż płynęła, ale nie chcieliśmy schodzić na dno doliny, bo jutro czekałoby na nas niemałe, a strome podejście. Rozłożyliśmy namiot na wydeptanej przez pasterzy, owce i konie ścieżce, licząc, że do rana żadne stado nas nie staranuje.





Dzień 4

       Obudziło mnie 30 stopni w moim śpiworze. Zaraz otworzyliśmy drzwi i wpuściliśmy do środka trochę chłodu poranka. Piękne bezchmurne niebo czekało już na nas na zewnątrz, więc w miarę szybko zebraliśmy się do dalszej wędrówki. Weszliśmy na grzbiet i powtórnie zdobyliśmy Tjempę. Kiedy z niej schodziliśmy rozhulał się „ostry wiatr, wiejący ku połoninom”. Cudowny był to wiatr biorąc pod uwagę skwar czyhający na nas na dole. Na przełęczy spotkaliśmy jeszcze grupkę Polaków idących tą samą trasą co my tylko w odwrotnym kierunku. Wytłumaczyli nam jak znaleźć źródełko, które znaleźliśmy za drugim poszukiwawczym strzałem. A tam, mycie zębów, chłodzenie stóp i dalej w drogę. Był piątek. Chciałam być w górach do soboty. Obczaiłam na mapie fajną traskę na półtora dnia roboty i zaproponowałam Rafałowi. Nie chciał. Mówił, że czuje się jakby już dotarł do mety. Wyruszenie z powrotem z wysokości 500m n.p.m. na 1400 mogło by sprawić, że poczuliśmy się oszukani przez samych siebie. No, ale dla mnie góry to góry. Dochodziła godzina 14. Idąc na dół do Ust Czornej ustaliliśmy scenariusz, że ja pójdę, postaram się wrócić najszybciej jak się da, a on poczeka na mnie we wsi. I byłam pewna, że tak się stanie, dopóki nie poczułam tego żaru lejącego się z nieba na dole i dopóki nie zobaczyłam zimnej górskiej rzeki. Skapitulowałam.

 



           













Biorąc pod uwagę czas, zmęczenie i temperaturę, stwierdziłam chyba po raz pierwszy, że w góry mi się nie chce iść. Chodź pewnie gdybyśmy mieli iść razem, nie zastanawiałabym się ani chwili, jeśli masochizm z mojej strony to tylko grupowy :P Cokolwiek straciłam, nie żałuję, bo wiem co bym straciła gdybym poszła. Kąpiel w zimnej jacuzzi w postaci wartkiej rzeki oraz wylegiwanie się na słońcu z hordą mrówek.
Miejscówkę zmieniliśmy dość szybko z powodu wzmożonego ruchu pieszych i traktorów w okolicach rzeki po naszym przyjściu oraz natrętnych przyjaciół, wcześniej wspomnianych mrówek. Zwiedziliśmy jeszcze pewien pustostan, a potem w ślad za samotną krową podążyliśmy w kierunku wsi. Co nas zdziwiło? Zdziwiło nas ŻYCIE panujące na tym krańcu świata. Spodziewałam się bardziej pustoszejącej wsi, pełnej staruszków, którzy jedynie jeszcze pozostali na wsi. A tam! Masa dzieciaków, sporo młodych ludzi, kobiet z wózkami, dużo, naprawdę sporo ludzi kręcących się gdzieś, z kimś, po coś. Wszyscy witali nas pozdrowieniem „dobry dzień”, od tak po prostu ze zwykłego wiejskiego przyzwyczajenia. Mijaliśmy kilka domów podpisanych jako hotel, kilka magazynów (sklepów), za to my, jedyni w chwili obecnej turyści w całej wsi, szukaliśmy przyjaznego miejsca na rozbicie namiotu. Znaleźliśmy. I to jakie. Aby dostać się do naszej przyszłej „bazy” musieliśmy udać się przez „most” w którym co druga deska lekko skrzypiała pod nogami. Za pierwszym razem baliśmy się przechodzić przez niego jednocześnie :P Przekopaliśmy się jeszcze i udaliśmy się do sklepu w celu zakupu zapalniczki, piwa i kukurydzy do wykwintnej kolacji. Nie muszę chyba wspominać jaką atrakcją byliśmy dla bawiących się na drugim brzegu dzieciaków, szczególnie ja w momencie kiedy postanowiłam przejść przez rzekę wodą, a nie mostem. Patrzyły na mnie bez skrępowania swoimi wielkimi chłopięcymi oczętami. 


Wieczorem rozpaliliśmy ognisko, Rafał skonstruował ławkę, którą najpierw przetestował…. I niestety w wersji początkowej nie podołała zadaniu :P
Odprężenie, relaksacja, pyszny kuskus z kostką rosołową i kukurydzą.

Dzień 5

Przed 8, powtórnie obudziło mnie 30 stopni w śpiworze. Śniadanie, ostatnia kąpiel w rzece i byliśmy gotowi do powrotu. Powrotu trochę na około bo zażyczyliśmy sobie jeszcze wstąpić do Rumuni. Przegotowaliśmy wody z rzeki, żeby mieć co pić w ciągu dnia i poszliśmy na stopa. Zrobiło mi się strasznie smutno, że już wyjeżdżamy. Zanim jeszcze na dobre wyjechaliśmy, już zaczęłam tęsknić i za górami i za tymi klimatycznymi wioskami. Za kosami w rękach chłopów na polach i podwórkach, za krowami, końmi i owcami chodzącymi samopas. Jedyna niepokojąca rzecz to ilość transportowanego z gór drewna… aż mi się serce krajało na myśl o tak drastycznym wylesianiu, ale z drugiej strony, rozumiem, muszą mieć co do garnka włożyć, nie można mieć im tego za złe.
Droga do granicy to było kolejne zażycie zakarpackiej Ukrainy, które na zawsze pozostanie w mojej głowie. 20km w ponad godzinę. Podejrzewam, że większość czasu nie weszliśmy na więcej niż drugi bieg. Momentalnie droga stawała się utwardzona, po czym znowu przeradzała się w żwirowe pagóry, wąwozy i dolny. Pierwszym stopem dojechaliśmy do miejscowości Dubowe, gdzie na wylotówce zostaliśmy zaatakowani przez prawdopodobnie taksówkarza tłumaczącego nam, że przy sobocie na autostop nie ma szans! I że w ogóle autostopa nie ma i tak dalej i tak dalej, zawiozę was do centrum na taksówkę!
- eeeee nie. Poczekamy.

Poczekaliśmy i zatrzymał się Pan. Jakośtam się próbowaliśmy dogadać, ale widocznie słabo bo koleś też okazał się taksówkarzem, na szczęście zczailiśmy się już w następnej miejscowości gdzie wysadzał dwie dziewczyny, które za podwózkę mu zapłaciły. Wtedy my wytłumaczyliśmy, że my autostop, u nas Dzięgów niet i ogólnie pa pa.
Gorąco, gorąco, gorąco, na szczęście zjawił się tiruś i tak krok po kroku udało się dojechać do granicy, w ostatniej fazie taksówką postawioną przez stopa – wielkiego przedsiębiorcę, producenta pestek słonecznikowych. Dostaliśmy wizytówkę i kilka paczek pestek.
Sighetu Marmatiei, po ostatniej wyprawie do Rumuni mam słabość do tej nazwy. I do wszystkiego związanego z okręgiem Maramuresz. Trochę się zeszło zanim pojawił się ktoś, kto ani nie pokazywał gestu, że zostaje w mieście, ani nie miał załadowanego po brzegi samochodu. Był to Pan, który sprawił nam bardzo wiele radości, ile jeszcze tego dnia nie zażyliśmy. Truskawki. Więcej nam do szczęścia nie było potrzeba!        
       Sporo się zeszło zanim pojawił się Wasyl wraz ze swoim tirusiem. A jechał gdzie? Do Polski i to przez Częstochowę, gdzie właśnie zmierzaliśmy. Bardzo przyjemnie i sympatycznie jechało się z Wasylem, ale. No właśnie było pewne ALE i jak się okazało nie jedyne. A owo ALE polegało na tym, że Wasyl puszczał w kółko i to wcale nie cicho pewną playlistę składającą się z piosenek Sandu Ciorba (warto odsłuchać choćby po to, aby połączyć się z nami w bólu! : wchodzisz na własną odpowiedzialność ;)). Słuchaliśmy tego cały wieczór i większą część nocy. Punktem kulminacyjnym naszej podróży z Wasylem było zatrzymanie przez policję i wręczenie mu mandatu w wysokości 10 000 forintów za przewóz za dużej liczby osób w kabinie. Ah ci nieubłagani rendżersi (węgierska policja) Obawiałam się, że każą nam po prostu wyjść z auta w tę ciemną noc i jakoś sobie radzić, ale nie. Pojechaliśmy we troje dalej. Niedługo później zrobiliśmy 45 minutową pauzę. W niedługim czasie od tamtej pauzy Wasyl zatrzymał się i powiedział, że idziemy spać.  Myśleliśmy, że na chwilę… ale obudziwszy się 3 godziny później stwierdziliśmy, że Wasyl robi 9h pauzy. Godzina 5… idziemy łapać stopa. Byliśmy wówczas już w Polsce. Idziemy, łapiemy, łapiemy. Nagle podchodzi do nas pewien Pan pijak i udziela nam cennej uwagi, że jeśli chcemy jechać do Czętochowy, to raczej powinniśmy łapać po drugiej stnie. Hmmmm nie przyszło nam do głowy zastanowić się nawet gdzie dokładnie jesteśmy i że na tę stację benzynową mogliśmy zajechać jadąc z obu kierunków :P Nie pamiętam jak Pan ten miał na imię, w każdym razie, zaprosił nas na stację na zapiekanki i „ploteczki”. Sobie oczywiście kupił jeszcze piwo, co nie ułatwiło nam kontaktu. Opowiadał nam historię swojego życia, a w tym czasie Wasyl ruszył do Częstochowy, zostawiając nas z naszym nowym znajomym. Po jakimś czasie stwierdziliśmy, że może jedak warto ruszyć i kierując się wskazówkami naszego nowego przyjaciela, przeszliśmy na drugą stronę drogi. A potem stop po stopie dotarliśmy do Częstochowy.

Gdyby ktoś z Was był zainteresowany udaniem się w Karpaty Wschodnie, a dokładnie w Świdowiec, to polecamy mapę wydawnictwa Compass : http://www.compass.krakow.pl/p/gorgany-polonina-krasna-swidowiec  i zachęcamy ! :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz