piątek, 13 lutego 2015

Jesienne Bieszczady!

Kto był w Bieszczadach jesienią wie, jak cudne to miejsce i nie potrzebuje reklamy! Jednak my chcemy zarekomendować Bieszczady tym, którzy jeszcze nie zdecydowali się ich odwiedzić! Bieszczadzkiego Anioła spotkać warto, 
"choć wiele z nim nie pogadasz. Najwyżej na ucho Ci powie, gdy będzie w dobrym humorze, że skrzydła nosi w plecaku, nawet przy dobrej pogodzie!" ;) Na opowieść o rykowisku jeleni, pięknym słońcu, pustym szlaku, naleśnikach z jagodami, sowieckim pomniku i nielegalnym spaniu - ZAPRASZAMY! :)



          Letni sezon wyjazdowy rozpoczęłyśmy razem w Rumunii, potem nasze drogi się rozjechały w różne strony i stwierdziłyśmy, że musimy chociaż razem zakończyć wakacje. Typy były różne, najbardziej nastawiałyśmy się na Małą Fatrę, ale prognozy pogody były bardzo niestałe i wybrałyśmy Bieszczady, które są trochę bliżej, a mnie już daaawno bardzo mocno w nie ciągnęło.

Ostatni tydzień września rozpoczął się bardzo deszczowo i zimno, co nie sprzyjało niestety naszemu wyjazdowi. Dzień przeczekałyśmy i ruszyłyśmy we wtorek z samego rana. 

To nic, że zimno, 
to nic, że pada, 
ważne, że jedziemy
 w Bieszczada! :D

      Zdecydowałyśmy się jechać wschodnią ścianą Polski, czego potem żałowałyśmy. Wschód jednak jest stanem umysłu i czuje się go u ludzi, którzy nas podwożą. Kilku panów typowych Polaków, którzy polityczne monologi nam prawili, wyssali z nas wiarę w ludzi. A do tego jeden pan z Białegostoku wysadził nas paskudnie na samym początku Lublina i w deszczu drałowałyśmy przez całe miasto, w którym przeszkodził nam ogromny ślimak, po którym iść nie mogłyśmy, a po jego drugiej stronie znaleźć się musiałyśmy. Po trudach i mękach się udało i już nie lubimy Lublina. Ciężko nam było stopa złapać, gdy już dotarłyśmy na wylotówkę, jednak gdy złapałyśmy to porządnego! Super pan czerwonym Manem zabrał nas aż do Dukli. Długo z nim jechałyśmy i był to bardzo nietypowy pan! ( o takich warto wspominać i pamiętać, że istnieją!) Mnóstwo wiedział na tematy wszelakie. Opowiadał nam o wszystkich miejscach, przez które jechaliśmy. Historię, etnografię, geografię! Jak prawdziwa wycieczka, tylko że TIRem :) Ten Pan jechał na granicę w Barwinku, a nas zostawił po drodze za Duklą, na skręcie na Cisną. Było ciemno i późno, zatem szybko się rozbiłyśmy i poszłyśmy spać, mimo dziwnych odgłosów w lesie. Aga stwierdziła, że to może "wilk, w porywach do dzikiej świni" :)


     Nocka minęła nam spokojnie i ciepło i gdy wstałyśmy, powitało nas słoneczko! Chmury się podnosiły i góry nam się odsłaniały! Od razu złapałyśmy stopa prosto do Wetliny i znalazłyśmy się w sercu Bieszczad. W Wetlinie ruszyłyśmy żółtym szlakiem przez Przełęcz Orłowicza, na Połoninę Wetlińską. Niestety, na samym szczycie, mijałyśmy sporo wycieczek, czego w górach nie lubimy... Jednak widoki były cudne, słoneczko świeciło i serce się radowało! Nie dowierzałyśmy, że jeszcze poprzedniego dnia mokłyśmy w Lublinie :p

Połonina Wetlińska, chyba najbardziej oblegana w całych Bieszczadach. Piękna niesamowicie, długa i rozległa. A na szczycie Chatka Puchatka, schronisko bez bieżącej wody i toalety :) Aż nie wiem, co pisać, może zdjęcia są lepsze : 









       Po przejściu Połoniny i zjedzeniu obiadku pod Chatką Puchatka, ruszyłyśmy w dół do Brzegów lub Berehów Górnych, bo jak już się przekonałyśmy obie nazwy są poprawne i występują na mapach. Tam zaczynało już się robić dość chłodno i stwierdziłyśmy, że pojedziemy do schroniska pod Małą Rawką. Ruch był znikomy i stwierdziłyśmy, że dajemy trzem samochodom szansę podwiezienia nas. Dane nam było czekać na nie ponad pół godziny! Gdy dwa pierwsze nas nie wzięły, już miałyśmy się rozbijać niedaleko drogi, gdy trzeci samochód nas zabrał na Przełęcz Wyżniańską, z której bliziutko już było do schroniska. Niewielkie, klimatyczne schronisko bieszczadzkie pełne było ciekawych ludzi, z którymi rozmawiałyśmy o różnorakich górach, polskich i niepolskich :) Spałyśmy na glebie, ale było fajnie i ciepło. 

     Z samego rana wystartowałyśmy w stronę Małej i Wielkiej Rawki. Ok 1,5 h ze schroniska i już byłyśmy na górze! Ależ tam wiało! :) Z Małej Rawki chwilka i już byłyśmy na Wielkiej! Trochę zdjęć i ruszyłyśmy w stronę trójstyku granic Polski, Ukrainy i Słowacji - Krzemieńca. 


   
        Na Krzemieńcu polski szlak krzyżował się ze słowackim. W stronę ukraińską nic. Tylko gęsty, bukowy las. Ach, jak tam ciągnęło! Ale nie tym razem. Ludzie, którzy przychodzili na Krzemieniec, robili zdjęcia i zawracali. Dziwiłyśmy się trochę, bo przecież szlak prowadzi dalej! I my właśnie tam ruszyłyśmy, wzdłuż granicy polsko-słowackiej. To był świetny wybór. W końcu nie było tam ludzi. Cisza, spokój, bieszczadzka dzicz. Właśnie tego szukałyśmy!!! :) Dzień mijał, a my do cywilizacji miałyśmy daleko. Na jednej z przełęczy stała drewniana chatka i kręciło się kilku mężczyzn. Zaszłyśmy tam po wodę i dowiedziałyśmy się, że ci panowie to po części Polacy, po części Słowacy. Było ich chyba siedmiu i powiedzieli, że mają zamiar spać w tej chatce. No cóż, nie było dla nas miejsca, poza tym po co kończyć dzień marszu o godzinie 16? Po drodze trafiłyśmy na pomnik radzieckiego bohatera wojennego, oczywiście z czerwoną gwiazdą ;) 



Poszłyśmy dalej i rozbiłyśmy się (och, nielegalnie! ;))już prawie o zmroku w pięknym, nowym drewnianym schronie z wielkimi stołami. Stał w wyższej części ładnej polanki niewiele przed Rabią Skałą. Na jego podłodze były wielkie kamienie. Niedaleko leżało mnóstwo siana dla zwierząt. Posłużyłyśmy się nim i ułożyłyśmy je na kamieniach, żeby mniej zimna nam ciągnęło do namiotu. Okazało się to dobrym patentem :) Po zmroku zaczęłyśmy co chwilę słyszeć potężne ryki. W końcu trwało w najlepsze rykowisko jeleni! Były tak blisko, taaakie głośne!!! Cieszyłyśmy się, że to okrzyki godowe i nie my im w głowie, tylko ich panie :) Gdybyśmy nie wiedziały, że to jelenie, uciekałybyśmy ile sił w nogach, myśląc, że to niedźwiedzie. Całe szczęście noc minęła nam spokojnie, jednak obudziłyśmy się w chmurze, która niebawem sobie poszła. Pierwszym istotnym punktem na naszej drodze była Rabia Skała - punkt, z którego rozpościera się piękny widok na zalesione pagórki strony słowackiej. Aga miała fun z wspinania na drzewa się po wielkich, wystających hubach ;) Oczywiście robiła to tylko dla poklasku!

Idąc spokojnie, doszłyśmy do Okrąglika, na którym spotkałyśmy jarających facetów kontemplujących uważnie widok z tego punktu ;) Zeszłyśmy na Przełęcz Pod Roztokami. Tam stała chatka, w której miałyśmy nadzieję zostać na noc, jednak już jakaś spora grupa nas uprzedziła.  Ruszyłyśmy w dół drogi pseudo asfaltowej, bo podobno gdzieś blisko miało być schronisko. Jednak złapałyśmy stopa i pojechałyśmy do Wetliny.




Wiozło nas małżenstwo z Warszawy, które szukało sobie działki, żeby zamieszkać na stałe w Bieszczadach :) Nocowałyśmy w schronisku szkolnym w Wetlinie i odwiedziłyśmy Chatę Wędrowca, by skosztować przepysznych naleśników z bitą śmietaną i jagodami! Kolejnego dnia, w sobotę, miałyśmy już wracać, zatem szybciutko wskoczyłyśmy z Przełęczy Wyżniańskiej na Połoninę Caryńską i zeszłyśmy do Ustrzyk Górnych. Miałyśmy najpiękniejszą pogodę, ani jednej chmurki na niebie. Dziękowałyśmy Bieszczadom, że tak pięknie nas żegnają i dały nam tyle cudownych doświadczeń ! Z samych Ustrzyk złapałyśmy stopa do Krakowa, jednak Aga wysiadła po drodze, by odbić w stronę Warszawki. Jechałam z super kolesiami. Jeden z nich był po AGH-u i opowiadał mi swoje wrażenia z mieszkania w akademiku na Miasteczku AGH :) Dowieźli mnie właśnie na nie, gdzie czas było zejść na ziemię, pooddychać smogiem i przestawić się na tryb studyjny...



Bieszczady to magiczne miejsce, jeszcze trochę dzikie i nie do końca odkryte. Zatem, jeśli jeszcze nie miałeś okazji, to wybierz się tam, tylko uważaj!, bo na pewno zechcesz tam wrócić i to nie raz! :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz