piątek, 7 listopada 2014

Stopowa, deszczowa, fiordowa Norwegia


      Druga już relacja z Norwegii, tym razem Agi i Darii! O pięknych górach, dzikich reniferach, wielkim deszczu, fiordach, Trolltundze, mostach między Danią a Szwecją, spaniu w naczepie, jeździe camperem, ciężkim łapaniu stopa i zachwycie nad skandynawską naturą. W pakiecie również autostopowa piosenka hip-hopowa! ZAPRASZAMY! :)









11.08.14r.
               Z Łomży wyjazd parę minut po 8. Dojazd do Sierpca o 12:30. W Sierpcu obiad u Darka i o 15 byłyśmy już na trasie. 5 stopów i wylądowałyśmy w Szczecinie. Stopy były szybko-jeżdżące, więc poszło sprawnie. Wśród nich był pewien Belg, a raczej Polak, mieszkający od 25 lat w Belgii (od 11 roku życia), więc już pozwolę sobie na nazywanie go Belgiem :P Tym bardziej, że był bardzo, bardzo, bardzo ZACHODNI. Zachód wyczuwało się od niego nosem. Aż wydawał się być opętany przez swoją zachodniość. Z resztą, Polacy, z którymi miałyśmy styczność po przekroczeniu bram Sierpca, też byli bardziej zachodni niż wschodni (czym jest Polska? Wschodem czy zachodem? Może na wschodzie wschodem, a na zachodzie- zachodem?). Tylko państwo, którzy do Szczecina nas przywieźli byli po prostu… Polscy. W Toruniu miałyśmy trochę problemu z autostradą… ale wyszłyśmy z opresji.

     Jesteśmy w Niemczech. Jak?  W Szczecinie na obwodnicy, w tak zwanym „kurwidołku” jak się potem okazało, już się zastanawiałyśmy czy spać iść, czy łapać dalej, no ale jeszcze stałyśmy z tą nieszczęsną karteczką „D”, której na pewno w ciemnościach nie widać. Już dwa auta się zatrzymały, ale właśnie nie do D jadą :P. Do trzech razy sztuka i kolejna sztuka, jechała właśnie do Niemiec. Marek ze Słupska. Śmieszne z nich ziomki. Nasz hotel dziś to naczepa, a pokój mamy wraz z paroma tonami okien. Spadały dziś gwiazdy ;)


12.08.14r.

       Noc była chłodna, a nad ranem zimno. Śnił mi się goniący mnie niedźwiedź polarny, który na szczęście później odwrócił swoją uwagę walką z łosiem.
Marek dowiózł nas pod Hamburg, gdzie przekazał nas w dobre ręce panu, który jechał do Danii. Miło się gawędziło, kawa też była niezła. Niestety nadszedł czas rozstania, bo kierowca nasz jechał dalej na północ Danii, my potrzebowałyśmy na wschód. Padał deszcz. Pan nawet chwilę zaczekał, żeby opad się zmniejszył… i zaraz potem rozstałyśmy się z naszym ostatnim polskim stopem (tak sądziłyśmy). Trochę przeraziło nas, że trzeba się na angielski przestawić, no i ten deszcz… ale przyszła tęcza na poprawienie humoru. Potem z pomocą pojawili się Bułgarzy, którzy upchali nas do swojego ciasnego auta, mimo że byli już w trójkę. Tata i dwie córki. Ludzie południa, sympatyczni, głośni, weseli, pracują w Dani, córki młode, jedna młodsza od nas nawet. Obkupili nas trochę, dali nam dwie paczki żelek, dwie duuuże kawy, a wcześniej napoili redbullem, toteż moje serce trochę kołata się zbyt szybko i telepało całą mną. A mój pęcherz od pół drogi to już w ogóle wołał „pomocy!!!” Mosty- robią wrażenie. Tu woda, tam woda, wiatraczki na wodzie, elegancko. Złapałyśmy jeszcze jednego stopa w stronę Kopenhagi i na tym koniec tego dnia. Po prawie 2h czekania idziemy spać.


 























13.08.14r. 

       Udało się w miarę sprawnie przedostać do Szwecji, a przez przypadek dane nam było też zwiedzić jedno z miast po trasie – Helsingborg. Na początku byłyśmy trochę złe, że nas wwieźli do miasta, ale teraz kiedy leżałyśmy sobie na leżaczkach nad morzem, wsłuchiwałyśmy się w szum fal i jadłyśmy pyszną białą czekoladę z chrupkami… to byłam szczęśliwa. Nie wiem jak tam Daruś bo on oczywiście na nadmiar emocji nie narzekał, ale nie grymasił, to znaczy, że mu też się chyba podobało. Idealna przerwa od szumu autostrad, tym bardziej, że niby miasto duże, ale ciche i spokojne aż przyjemnie dla uszu. 





Stacja benzynowa przy autostradzie
                                    Nic się nie dzieje, na na na na,
                                     Tkwimy od rana, na na na na

14.08.14r.

        Wiele się zmieniło i od Goteborga jechałyśmy z Polakiem. Śmieszny koleś i co najlepsze, miał w miarę szerokie górne łóżko, na którym się z Darkiem wyspałyśmy do 9! Jako że dość mocno padało, a my smacznie spałyśmy, pojechałyśmy na rozładunek. Potem jak już troszkę deszcz się uspokoił zostałyśmy wyładowane za Oslo na drodze nr 6. Jeszcze raz było dane nam zobaczyć żarówiaście żółtą koszulkę, bo pan Mirek wrócił do nas jeszcze na chwilę żeby oddać nam paczkę chusteczek i szczotkę do włosów Darka :P Dostałyśmy jeszcze pół bochenka chleba, który jest nam bardzo cenny. Mamy numer telefonu pana Mirka, jakbyśmy chciały na północ zimną… no i oczywiście chęci to już są, ale wiadomo jak to z czasem bywa, że czasem ni ma. 
A teraz chwila rozrywki…
Hip-hop!
Auto stop!

Czy ten się zatrzyma?
O nie, o nie, o nie,
Ten się nie zatrzyma,
Bo benzyny ni ma.
Proszę autostopie,
Weź mnie w podróż do Europie!
Oby z autostrady,
Bo nie damy rady!
Halo,  halo, proszę pana,
My stoimy tu od rana,
Rano, wieczór, we dnie, w nocy,
Pan Tir Polak cię zaskoczy,
Czy to Oslo, czy Kanada,
Tam po polsku się pogada,
Droga pusta, co za pech,
Doczekamy godzin trzech,
Jeden kroczek z autostrady
I już zjadają nas owady!

 15.08.14r.

        Wczoraj przez chwilę szło opornie nasze stopowanie, ale przynajmniej deszcz nas omijał. Jak my do samochodu to on pada, jak my z samochodu to spokój. Kierując się na Ottę, skąd miałyśmy się już kręcić i wkręcać w góry, złapałyśmy campera. Starsi państwo jadący na wakacje, jeszcze 1000 km na północ. Ot problem! Bo w sumie można by z nimi jechać prawda… no ale góry… i jeszcze potem wracać +1000km. Wymieniłyśmy się z owym państwem kontaktami w razie coś byśmy jeszcze potrzebowały, bo byli nami strasznie zafascynowani.

Tak oto w Ottcie wylądowałyśmy. Tu złapałyśmy na stopa panią taksówkarkę, a zaraz później Brazylijczyka, z którym niestety sobie nie pogadałyśmy, bo po angielsku nie mówił. Tu też pomyślałam sobie, jaka Wer byłaby szczęśliwa :P 
No i spędziłyśmy noc w górach, lecz jeszcze przy oznakach cywilizacji bo nieopodal drogi, zaraz ruszamy szukać szlaku.


      Dziś dzień to była jedna wielka zabawa w berka z deszczem. To trochę uciekłyśmy, to on nas dogonił. Bez tragedii, bo były momenty pięknego słoneczka. Widoki bajkowe. Dosłownie, bo cały czas mamy widok na pastelowe błękitno-zielone jezioro. Dziś dość wcześnie skończyłyśmy nasz przemarsz, już przed 17, ale jakoś wyjątkowo brakło nam sił. Po dotarciu do wanny (jeziora – w miejscu które się okazało chyba najbardziej turystyczne w tych górach :P) postanowiłyśmy wziąć kąpiel. No może to trochę za wiele powiedziane… trochę się pomoczyłyśmy, obsmarowałyśmy szamponem, pochlapałyśmy ponownie wodą a potem resztę mydła wytarłyśmy z siebie ręcznikiem :P. Grunt, że włosy czyste ;) Pewnie zostałyśmy uwiecznione w tym całym procesie w dziesiątkach aparatów, ludzi robiących zdjęcia z góry… No nie ważne. Teraz mamy wyczesaną miejscówkę, taki widok z „balkonu”, że ja nie wiem, kiedy my spłacimy te wczasy :) 










16.08.14r.

      Po nocnych ulewach, deszczach i deszczykach obudziłyśmy się w chmurze. Nic nie widu, nic nie słuchu. A obudziło nas przerażające zimno pożerające nasze stopy.


17.08.14r.

       Wczoraj byłam zbyt skonana, by pisać.
Jeśli chodzi o wczoraj, dzień był dość owocny. Tak jak dzień wcześniej padać przestało koło południa, a około 13 to już nawet wyszło słońce. Szłyśmy sobie na oślep trochę, bo mapy nie mamy i jedyne co korzystamy z „pseudomapy” (na której tylko campingi są zaznaczone), której zrobiłam zdjęcie jeszcze na dole i z drogowskazów na zasadzie rzucamy monetą w którą stronę idziemy. Los poprowadził nas pięknie. Po zejściu do tego pięknego jeziora, poszłyśmy w górę, w górę, potem troszkę w dół, potem znowu w górę, trochę w dół, w górę, znalazłyśmy się w takim fajnym kociołku, a tam…. Stado dzikich RENIFERÓW Woow.





      Pomijając już te piękne widoki i lodowce, które zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie. Ta cała geofagia xD No ale renifery… one istnieją naprawdę? Do teraz były realne tak samo jak i Święty Mikołaj. Przyszła godzina 17, luzik, 18… spoko…. Ale jak już zaczęła zbliżać się 19 a my wciąż byłyśmy dość wysoko… i z przerażeniem patrzyłyśmy na perspektywę spania w tym zimnie. Postanowiłyśmy. Idziemy do 20.30 a potem będziemy się rozglądać za jakimś dogodnym do spania miejscem. Wnet pojawił się rozjazd. Jedna strzałka jakaś nazwa G…B.. z tendencją w dół, a druga strzałka G…S… niby prosto, ale nie w dół. To bez większego zastanowienia wybrałyśmy w dół. Nasze zadowolenie wzrosło, gdy parę minut później zobaczyłyśmy jezioro i szlak prowadzący na jakiś camping. Superancko. Idziemy! Ale co to było za zejście. Kamienie, trochę błota, ślisko troszkę i łańcuchy… niekiedy zamocowane tak, że nie wiadomo było co z sobą począć. A co przeszkadza najbardziej? Plecak. Nasze wielkie żółwie skorupy na plecach. Czasem trzeba było się nakombinować, żeby najpierw zestawić plecak, żeby potem zestawić siebie. Darek, jak to już ma w zwyczaju, krzyczał, jęczał, groził, krzywił się i mówił, że NIE ZEJDĘ! ZOSTANĘ TU NA ZAWSZE! No ale jakoś po malutko, krok po kroku znalazłyśmy się na dole, jeszcze kilometr, dwa i o 21:21 znalazłyśmy się na kampingu.


     Pospałyśmy, a teraz pada, a nawet leje =/ Siedzimy i czekamy, aż się znowu trochę rozpogodzi. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie tak siedzieć do południa…
Narzekamy na bóle wszystkiego jak stare dziadki. Stopa mnie boli, mnie kolano – mnie też… i łydka – uda! Ramiona oj…. Ręce- odciski od kijków...

18.08.14r. po 8

      Wylęgłyśmy się z namiotu wczoraj koło 10:30 licząc, że koło południa jak co dzień się rozpogodzi. Niestety, nic z tego tym razem. Troszkę nas przemoczyło i pół drogi grzęzłyśmy w błocie. Spodnie miałam po kolana brudne i jak doszłyśmy do „cywilizacji” – miejsca do którego dochodziła droga i stało kilka chałup i baza kempingowa, musiałam wyprać pół spodni w jeziorze. Potem znowu zaczęło padać, to się schowałyśmy do przedsionka schroniska, gdzie podłączyłyśmy się też do prądu. 


      Drogą nic nie jechało, ale to tym bardziej byłby wielki płacz gdyby przez nasze wygodnictwo zwiał nam jakiś cenny stop. Postanowiłyśmy się chwilę podładować i w drogę. Zaczęłyśmy iść drogą, właściwie to nawet nie wiedziałyśmy w jakim celu? Dokąd chcemy tego dnia dotrzeć? W zasadzie zupełnie bez planu, bez zarysu, tako poszłyśmy przed siebie. Wnet nadjechał samochód. Nie wziął nas. Pan ( a ja długo byłam przekonana, że to pani) wiózł w samochodzie ze trzy psy no i chyba już nie miał miejsca… no w każdym razie okazał nam bezradność. Po chwili za nim kolejny samochód. Bingo! Rzeczy na pakę, my się upychamy na siedzenie przy kierowcy i jedziemy! Gdzie? No właśnie same nie wiedziałyśmy, toteż wysiadłyśmy przy najbliższym rozjeździe. Była to miejscowość Tyin. Na początku łapałyśmy na Ardal, ale szybciej złapałyśmy na Lardal :P no i tak to się zadziało. Po drodze nawet złapałyśmy Polaków – w camperze! Miło. W Lardal miałyśmy troszkę zamotania ze znalezieniem miejsca do spania, ale koniec końców zdecydowałyśmy się na sympatyczny żwirek pod jakąś firmą… Dość wygodnie było i nie zimno jakoś dlatego nie powiódł się plan wstania o 5:30 tak jak zaplanowałyśmy. No nie potrafiłam się podnieść. Ostatecznie wstałyśmy o 7:30 :P Jacyś ludzie z budowy zaczęli stukać i tako pobudzili towarzystwo. Zaraz się zwijamy.



    Plan się zmienił i stop namówił nas żebyśmy jeszcze zobaczyły Bergen, bo to takie cud miód miasto, że trzeba zobaczyć będąc w Norwegii. Super nie było. Ale ok, każdy chwiali co swoje, moim zdaniem być w Polsce i do Łomży nie zajechać? Grzech. 
    Z Lardalu pojechałyśmy malowniczą drogą przez Fiord do Aurlandu, a następnie do Fame. A stopem naszym było rosyjskie małżeństwo z Petersburga. Fajni byli… i można było sobie „po naszemu” pogadać. Nasz Russkij kierowca powiedział, że życie jest piękne - a to zawsze buduje jak my młodzi słyszymy takie rzeczy od "nich" dorosłych :P 



Potem oni w Fame poszli na turystyczną przejażdżkę pociągiem, a my udałyśmy się na kemping podładować baterie i poszłyśmy na stopa, skąd wziął nas ten pan, który zawiózł nas do Bergen. Myślałam, że skoro nie ma obwodnicy to bardzo prosto będzie się wydostać… nie przewidziałam, że zaraz przy wyjeździe jest tunel… na który się wjeżdża ślimakiem tako prosto ze zwykłej ulicy w mieście…. I ogarniające to głupie uczucie, że jesteśmy w dupie, nie ma wyjścia, a jednak trzeba coś wymyślić. No i jakąś inną drogą niż przez ulicę, na której widniał znak zakaz ruchu pieszych, znalazłyśmy się na tym ślimaku. Stojąc tam, wymieniałyśmy coraz to nowe sposoby dlaczego mają nam się nie zatrzymać. Sytuacja była o tyle beznadziejna, że nawet ja powiedziałam, że nie zatrzymałabym się tu sobie. Praktycznie brak pobocza, zakręt… i w momencie, jak zaczęłam mówić, że „to jest REALNIE NIEBEZPIECZNE” podjechał samochód. Momentalnie upchałyśmy się do samochodu. No tak szybko jak nigdy i przygniecione całym naszym życiem, szczęśliwie ruszyłyśmy za Bergen. Podwiózł nas zaledwie 10km, ale były to naprawdę ważne 10km w naszej trasie i jeszcze podwiózł nas kilka kilometrów dalej gdzie lepiej ma nam się łapać. Kochany pan :) To aż nie możliwe, że tak szybko się żeśmy wydostały z tego Bergen :)



19.08.14r. Odda

    Niebo dziś całkowicie zasnute chmurami. Najważniejsze, że nie pada. I, że w nocy nie padało, to w końcu mamy w miarę suchy tropik. Złapałyśmy stopa, który przeprawił nas promem przez fiord. Chciałyśmy dziś jechać do Skieggedal i dziś iść na Trolltunge, ale okazuje się, że to nie jest taka sprawa hop-siup i lepiej jutro. Jutro według prognoz nie ma być lepiej niestety… no ale nadzieja jest w nas. Tak czy inaczej idziemy jutro na Trolltunge i nic tego nie zmieni.

Skjeggedal

     Siedzimy od paru godzin w namiocie, pada, a my czekamy na lepsze jutro i z trudem powstrzymujemy się od wyjedzenia wszystkich naszych zapasów. Tak sobie myślimy, że w sumie to dobrze, że teraz pada to może rano nie będzie?? Przecież zasoby wody w atmosferze kiedyś się kończą co nie? 

20.08.14r.

      Ole Ole Ole udało się, udało się!

Wystartowałyśmy 6:30. Było troszkę zimno, ale pierwsze kilkaset metrów w górę było o dość dużym spadku toteż rozgrzałyśmy się. Potem zaczęła się chmura. Deszcz. Błoto. Trochę pesymistycznie i Darek nawet powiedział, że szkoda tylko, że idziemy tam bez sensu. No nic nie było widać. Potem coś tam, ale nie wiele. Ale nadzieja umiera ostatnia. W momencie dojścia do celu koło 11:30, zaczęło się rozjaśniać… trochę… no ale drogie to nam :) Aparat oczywiście padał i z trudem wykrzesałyśmy z niego kilka zdjęć, ale jest :) Symbolicznie zjadłyśmy tam naszą najlepszą czekoladę Milkę oreo, potem jeszcze jedną czekoladę i kabanosy :P i z powodu panującej niskiej temperatury zaczęłyśmy się ewakuować na dół. Znowu ta sama historia. Chmura, deszcz, wiatr i jeszcze więcej BŁOTA. Potem na szczęście deszcz się skończył, wiatr ucichł, ale błoto podwoiło się i poziom komfortu i tak został taki sam :P Koło 17 zawitałyśmy w domu. O dziwo nikt go nie ukradł, ani żadnej rzeczy, która nasza jest :) Powoli będziemy się zbierać, a jeszcze czeka na nas gorąca kąpiel w zlewie. 





21.08.14r.

        Wczoraj z góry zjechałyśmy z Niemcami. Zbyt rozmowni nie byli, ale fajnie, że nas wzięli. Zaraz potem zatrzymał nam się sympatyczny, młody, wesoły i dużo mówiący Hiszpan. Zabawny to był koleżka, a przywiózł nas do Geilo, centrum sportów zimowych w Norwegii. Ponoć jechaliśmy bardzo ładną drogą przez góry. No ale jak to w górach mgła nas zaatakowała, więc nie widziałyśmy zbyt wiele, ale jakby nie było, już się na góry w Norwegi napatrzyłyśmy, więc nic się nie stało :P
Na przedmieściach Geilo spędziłyśmy noc, naprzeciwko hotelu… to już prawie jak w :D Rano przywitało nas słoneczko, które teraz ogrzewa nasze zmarznięte i mokre stopy, podczas gdy aparat i telefon ładują się w kiblu na parkingu. Znajdujemy się 10 km od miejsca startowego, z którego wcale nie łatwo było wyjechać.

   Potem kolejne 2 godziny na stopa. W końcu zatrzymał nam się chłopak, który pracuje na kempingu i co prawda mógł nas przewieźć tylko 15 km, ale zaoferował nam prysznic i kawę! Prysznic przyjęłyśmy ochoczo, ale za kawę podziękowałyśmy z bólem serca, bo miałyśmy chęć, ale no kolejna godzina dnia poszła by w pęcherz. No jeszcze nie wiedziałyśmy, że i tutaj poczekamy co najmniej godzinę, ale nagle słyszymy ktoś zatrąbił. Pan po nas zawrócił. Sympatyczny, tylko, że słabo mówił po angielsku, bo generalnie jest Duńczykiem i raczej ogarnia Norweski. Dowiózł nas do miasteczka znanego z niedźwiedzi.. jakieś zoo mają czy coś i stał tam taki sympatyczny trol.








      Stąd szybko złapałyśmy ekspresowo stopa pod Oslo. Potem jeszcze dwie przesiadki i zaraz wylądowałyśmy w ciężarówce szwedzkiej – tym razem ze Szwedem i tak oto wylądowałyśmy na granicy norwesko-szwedzkiej pełnej polskich ciężarówek. Tutaj zaczęłyśmy szukać sobie stopa, ale w końcu on znalazł sobie nas. Różni panowie sami podchodzili i pytali nas dokąd chcemy jechać i tak dalej :P o 21 ma wystartować nasz stop do Malmo. Tam się rozstaniemy i on pojedzie na prom, a my niestety przez Danię. W naszych marzeniach, za prom płaciło się od samochodu, a nie od osoby i nas kierowcy wzięli, no ale życie nie je bajka… ale i tak lepiej być nie mogło.

8:30 Malmo
   Zdarzenia uległy pewnej modyfikacji. Panowie, z którymi miałyśmy jechać nie mogli ruszyć, bo jakiś bałagan w papierach ta ich firma miała i jakiś mail nie dotarł i coś tam coś tam. No to pomyślałam sobie, że może lepiej by było poszukać sobie jakiegoś innego stopa. No i tak z panami rozkminiamy, który z samochodów będzie zaraz ruszał, żeby zapytać gdzie jedzie i akurat szedł pan z nowiutkiej Scani i zapytaliśmy. Jechał na prom, czyli do Malmo mógł nas zawieżć. Fajnym okazał się człowiekiem.Pół drogi z nim przegadałyśmy głównie o Północy (Skandynawii), pół przespałyśmy. O 3:30 byliśmy na ostatniej stacji przed Malmo. Ojej jak nam się nie chciało wychodzić w noc. Wtem pan stwierdził, że może tu z nami jeszcze półtorej godziny postać bo jeszcze trochę czasu. To i on się prześpi i my jeszcze do tej 5 rano. O 5 zrobiło się już w miarę jasno. Kochany pan, dał nam reklamówkę jedzenia! Bułki i pomidory! Z powodu zimna, postanowiłyśmy skonsumować śniadanie w toalecie stacji benzynowej :P
    Koło 6 poszłyśmy na stopa. Wszyscy Polacy jechali na prom =/ ruszyłyśmy się dopiero po 7. Wziął nas pan pod Malmo z drugiej strony i powiedział, że za godzinę dwadzieścia będzie tu jego kolega, który jedzie do Holandii więc może nas wziąć do Niemiec! Ta opcja bardzo nam się podoba, więc poczekamy na niego i na razie będziemy łapać tylko z tabliczką na „D”. Odmówiłyśmy już dwóm stopom do Kopenhagi więc mam nadzieję, że koleś przyjedzie. Obyśmy nie żałowały tych burżujskich odmów stopa. Z nudów jak zwykle wyjadamy zapasy. Niechże on już przyjedzie bo zabije nas niepewność i bezczynność.
10:00
Nie przyjechał =/ 
No ale bez tragedii
Dopiska po powrocie


Po niedługim czasie zatrzymał nam się pan do Kopenhagi. No i to była nasza największa zmora. Ta Kopenhaga, bo byłyśmy przy lotnisku, jeszcze przed Kopenhagą, tam gdzie w tamtym kierunku łapałyśmy na Malmo. Jeszcze nie mogłam długo przeżyć, że nie zjawił się po nas ten pan, co do Holandii jechał. Spod tego lotniska długo nikt nas nie chciał wziąć, też już nadzieję traciłam i to tak konkretnie, że miałam pomysł zawrócić powrotem do Szwecji i złapać kogoś za Kopenhagę, ale postanowiłyśmy poczekać do równej godziny jeszcze 20minut. I już zbliżała się godzina 0 i zatrzymały się nam 2 panie. Przeszczęśliwa byłam. Później był stop, u którego w samochodzie strasznie chrapałam =/ Darek potem się ze mnie wyśmiewał :P Później były okropne korki w okolicach mostu, podobno tak tam zawsze w piątek, ale w końcu znalazłyśmy się przy granicy Duńsko-Niemieckiej. Przywiózł nas tam baaardzo gruby Niemiec, co miał taki syf w kabinie, że jeszcze takiego syfu to nie widziałam. Tam okazało się, że mamy pecha bo godzinę temu chłopaki pojechali do Polski, a teraz to większość stoi tu na weekend. Zaczęłyśmy kierować się do wyjazdu na Hamburg, był deszcz, burza, potem znowu deszcz, nikt się nie zatrzymywał, ale nagle stop. I to do Polski! Jedna do jednego, druga do drugiego. Tej nocy wysłuchałam historii całego życia mojego kierowcy, spałam mało, ale o 14 byłam już w domu. :)

1 komentarz: