wtorek, 7 października 2014

Macedonia, Grecja 2014 - cz. II




Co w części drugiej? 
Na pace na świata końcu, szczęście w nieszczęściu na Mitikasie, utkwione w Atenach, lądowanie w Maratonas, przez Chorwację do domu! 
Było gorąco. Zapraszamy na relację 

- Grecja no autostop!
- Jak to nie? oddaj mapę i spadaj !  ;)





Pierwszą cżęść wyprawy do Grecji i Macedonii znajdziesz tutaj :)




          16.07.14r. - Bardzo, bardzo gorąco. Bardzo opornie. Mało jeździ i trochę tkniemy. Żółto w tej Grecji i sucho. I tak było dopóki nie wjechałyśmy w góry. Los nas poprowadził przez miejscowość Karia. Stałyśmy się atrakcją, będąc w miejscu pięknym, a wcale nieturystycznym. Nasza obecność tam wywołała niemałe zdziwienie. Z pewnej miejscowości, której nazwy nie pamiętam, przez przymus samochodowego bezruchu i troszkę za sprawą presji mieszkańców owej miejscowości złapałyśmy autobus za 2 euro do Karii, skąd już tylko 25km było do Leptokarii.. Karia to niewielka miejscowość – wieś, w górach, bardzo klimatyczna, gdzie wszyscy się znają. 


       Troszkę popadało, toteż spędziłyśmy ten czas w tutejszej kawiarni  pijąc kawę. Kiedy przestało padać, powstałyśmy i wyszłyśmy. To co się później stało przerosło nasze oczekiwania o milion procent. Pomijam już  samochód z baranem w bagażniku i genialny pomysł umycia głowy pod kranem przy cmentarzu. Złapałyśmy fajnego stopa.  Myślałyśmy, że już przed 25 kilometrowym przemarszem nic nas nie uratuje, a tu proszę. Ledwieśmy spłukały łebki, aż tu nagle samochód. Zatrzymujemy. Stoją. Rzeczy pod pachę i biegniemy. Mówią, że nie jadą do Leptokarii, kurcze, no to nic, zawsze kawałek nas podwiozą. Wskakujemy na pakę. Chyba innej drogi tu nie ma. 






      Oj jest :P skręciliśmy w jakąś boczną drogę pod górę i wjeżdżamy… oj tam, oj tam przynajmniej jest fajnie. W końcu po wielu, bardzo wielu zakrętach zajechaliśmy gdzieś. Panowie coś nam zaczęli tłumaczyć, ale co poradzić , że my Greckiego ni w ząb i tyle rozumiemy,  że mamy poczekać aż się rozładują. A wieźli chyba jakąś mąkę w wielkich workach. Następnie wywieźli nas na kolejną pustą drogę, tym razem na Platamonas i zatrzymali się. Zaczęli się rozglądać. Nic nie jeździ. Eh… ostatnią rzeczą jakiej mi się wtedy chciało to butować 25km po asfalcie, no ale jak nie ma wyjścia to cóż. Panowie pokazują na mapie, że jadą do Kalitei skąd zaczęła się ta nasza droga, teoretycznie stamtąd można odbić na dużo bardziej uczęszczaną drogę w kierunku wybrzeża… no ale my nie chcemy.. już jak brnąć to konsekwentnie. Oni jednak namawiają nas żebyśmy wsiadały. Ehhh, no niech im już będzie. Pojedziemy na około…. =/ wsiadamy. A oni… zamiast zawrócić, to jadą w kierunku Platamonas! Dobre serduszka mieli Ci panowie. Bardzo, bardzo fajni. Cała droga była nieziemska. Wiatr we włosach, widoki jak z bajki. Z góry zjeżdżaliśmy w kierunku wielkiej błękitnej plamy. Morze! A kolejny stop był dość intrygujący… bo musiałam siedzieć mu na kolanach, a Daryjka gnieździła się pomiędzy siedzeniami  utrudniając kierowcy zmianę biegów. Bardzo radośni panowie :P I oto wylądowałyśmy za Leptokarią, nieopodal Litochoro. Posiedziałyśmy trochę nad morzem, wykąpałyśmy się w mega słonej wodzie i ruszyłyśmy w Litohoro. Zaraz złapałyśmy stopa do tam, potem wyszłyśmy za miejscowość, rozstawiłyśmy namiot i poszłyśmy spać. 





          17.07.14r. -  Wstałyśmy o 5 naszego czasu i już o 6:30 byłyśmy gotowe do łapania stopa. Długo nie czekałyśmy, kiedy zatrzymało się auto. Troje ludzi, dwoje starszych- rodzice i młody chłopak, około w naszym wieku. Rysy typowo Greckie, jak większość Greków :P Okazało się, że chłopak też sporo podróżuje na stopa i pasjonuje się górami. Był w Durmitorze, w Alpach Julijskich w Słowenii, trochę pojeździł po Chorwacji… miło spotkać człowieka, z którym ma się tyle wspólnego. Rozdzieliliśmy się na parkingu w Prioni gdzie zaczynaliśmy wędrówkę ku szczytowi. Przed nami było 2000m w pionie. Jeszcze nigdy tyle nie przeszłam. Pierwsze 1000m szło jak po maśle. Dobry czas, dobre poczucie fizyczne. Dotarłyśmy do schroniska. Chwila przerwy, rozstanie się już na dobre z naszymi ziomkami od stopa i dalej w górę. Szlak stawał się coraz bardziej morderczy. Tak dla mnie, jak i dla Darka, który boi się zejść. Już wiem, czemu się tamten chłopak zdziwił, że idziemy z plecakami… no ale idziemy. Ja padam ze zmęczenia fizycznego, Darek z psychicznego, a niebo przykrywało się coraz to gęstszymi chmurami…. Widoczność spadła do zera. Wody mało  w butelkach, za to z nieba zaczęło się sączyć. A my pniemy się konsekwentnie w górę. Doszłyśmy gdzieś. Nie wiemy gdzie, bo mgła. Nic na około nie widać. 

         Zastanawiamy się gdzie jest to schronisko „Skala” co to nam kazali tam plecaki zostawić i skąd jest już 45minut na szczyt. I nagle mnie olśniło. Przecież nikt nie powiedział, że Skala to schronisko! Wyjęłam mapę i patrzę… Skala to szczyt. To to, na czym właśnie spoczywamy. Więc już tak blisko do Mitikasa. Tylko, że co z tego. Pada. Nic nie widać. Więc po co? Chyba trzeba zawrócić. Razem z nami na Skali siedziała też jakaś wycieczka młodzieży. Puściłyśmy ich przed sobą i zaczęłyśmy powoli schodzić. Jakże mnie irytowali! Darli się w niebogłosy, jeszcze jacyś zadowoleni w obliczu mojego nieszczęścia… a nieszczęście jeszcze się pogłębiło, gdy odwracałam się za siebie. Bo chmury zaczęły się przerzedzać. Wołam Darka. Weltschmerzen. Wróćmy. Nie daruję sobie, jeśli odpuszczę w tym momencie. Darek definitywnie i nieodwołalnie mówi, że nie zawróci. W tym momencie pojawił się pewien pan. Rosjanin. Szedł w górę. Teraz to już wiedziałam, że nie mogę odpuścić. Znowu zaczęłam namawiać Darka, a on tylko „nie” i „nie” i każe mi dogonić faceta i iść z nim. Chwila namysłu i decyzja. Wracam. Nie mam już fizycznie sił, ale wiem, że muszę. Plecak zostawiłam pod opieką Darka, schowałam aparat do kieszeni i już mnie nie ma. Nagły przypływ energii ( albo po prostu lekkość po zdjęciu plecaka) pozwoliły mi dogonić pana i jeszcze wyprzedzić go, toteż kiedy zaczęłam samotną wspinaczkę w kierunku Mitikasa go jeszcze nie było. Tym razem ze Skali widać wszystko jak na dłoni. Pięknie. Zejście ze skali na przełęcz poszło mi dość sprawnie. Hop hop po „kamyczkach” i już jestem między Skalą a Mitikasem. Cykałam zdjęcia jak opętana.

      Piorunujące wrażenie robił na mnie ten widok.  Te głębokie przesuszone, V-kształtne doliny. Strome zbocza. Wooow. Zaczęłam się wspinać na Mitikas. Siły powoli zaczęły ulatywać… czas leci… aż tu nagle, cholera, jak tu dalej iść. Jestem już blisko, ale… gdzie jest szlak? Którędy ja tu wlazłam? Nie widziałam drogi odwrotu. Nie widziałam drogi do góry. Panika lekka. Zaczęłam powoli cofać się niżej, chciałam odnaleźć wzrokowo szlak, gdzieś się zawieruszył. Stąpałam delikatnie na kuckach i bach. Kamienie się pode mną obsypały, a ja razem z nimi. Odruch samozachowawczy na szczęście działa i rychło w czas złapałam się ręką o porządnie osadzoną skałę. Ufff. Nie uleciałam dużo, ześlizgnęłam się raptem niecały metr, ale w te pół sekundy myślałam, że zaraz zniknę z tego świata. Trochę czasu straciłam zanim się pozbierałam do kupy. Głupia ja. Gdybym się szlaku pilnowała… Znalazłam szlak. Dobrze, że nie zginęłam, bo przecież 300m niżej czekał na mnie Darek! Nie będzie czekał w nieskończoność. No i już niestety za dużo czasu straciłam, a musiałyśmy dziś wrócić na poziom morza. Taka kara. Nie zdobędę samego wierzchołka. Tak postanowiłam, a wraz z tym, postanowiłam się jeszcze tym nie zadręczać i nie wypominać tego sobie. Przecież dużo więcej bym z tego szczytu nie zobaczyła, a trzeba też trochę i o innych pomyśleć, a nie o własnym ego. Nie chcemy przecież schodzić z Darkiem po ciemku. Tak oto skończyło się moje „nie” zdobycie Mitikasy, ale Olimp jak najbardziej, bo Skala to jeden ze szczytów tego oto masywu. Wróciłam do Darka cała i zdrowa. Ten powrót uważam za największy sukces dnia. Pytacie co się stało z Rosjaninem? Darek go widział jak poszedł w drugą stronę razem z jakimiś innymi ludźmi i Darek myślał, że ja też poszłam razem z nimi. Darek trochę zmarzł biedaczek i mówi, że trochę żałuje… Schodziłyśmy sobie coraz to niżej w ślad za kozicami, aż kompletnie wyczerpane dotarłyśmy do Prioni, mojego tymczasowego raju… woda, była tam woda. Niekończące się źródło życia… Spałyśmy przy drodze, w miejscu przeznaczonym do mijania się samochodów.








        18.07.14r. - Dziś udałyśmy się do Litochoro, w pół pieszo, w pół stopem. Nasze nogi były na nas trochę złe, ale dziś miały solidną rekonwalescencję na plaży. Trochę nie jesteśmy przywyknięte do bezczynności, więc już koło 16 zebrałyśmy się i poszłyśmy na stopa. Łatwo nie było. Konfrontacja z policją na autostradzie, wiele butowania, gorąco. Ale w końcu trafił się miły pan tir Stiven.

        19.07.2014r. - Co przeraża o 5 rano w Grecji? To, że siedzę w klapkach krótkich spodenkach, bluzce na krótki rękaw i nie jest mi za zimno. Jest tak w sam raz.

Stiven pozwolił nam spać w drodze plus w trakcie 4,5h pauzy, więc mimo 5 rano byłyśmy w miarę przytomne. Wysadził nas na stacji benzynowej na autostradzie na której spędziłyśmy czas do 9. Do Aten stamtąd miałyśmy już tylko 60km. W końcu doczekałyśmy się stopa i dotarłyśmy do Aten. Musiałyśmy się z przedmieścia przedostawać na pieszo do centrum, ale nie było to aż tak strasznie daleko. Przeprawa przez barierki na ulicy sprawiła, że miałyśmy czarne nogi od brudu z barierek. Miasto. Upał oczywiście niesamowity, o niczym innym nie marzymy, tylko o tym, żeby móc zdjąć plecaki. Tak też zrobiłyśmy i na Akropolu zostawiłyśmy plecaki w muzeum. Wstęp miałyśmy za darmo jako studentki z Unii Europejskiej, chociaż wszystkie panie sprawdzające bilety myślały, że jesteśmy z Rosji… pół dnia zwiedzałyśmy Akropol, punktami charakterystycznymi naszego przemieszczania się były cienie. Chodziłyśmy od cienia do cienia, żeby sobie chwilę posiedzieć. Później z pomocą przyszła nam wielka burza. Była naprawdę potężna. Aż się włączały alarmy samochodowe. Troszkę się w tym popłochu pogubiłyśmy i miałyśmy mini problem, żeby wrócić do muzeum, a przecież musiałyśmy, po plecaki :P Po odnalezieniu się, najedzeniu i napojeniu tutejszą chlorowaną wodą poszłyśmy w stronę Pireas aby tam zacząć stopować dalej, dalej.
Wyjście z Aten, nie należało jednak do najprostszych… jeszcze dobrze nie wyszłyśmy, ale te już nie miasto, a jeszcze nie przedmieście ciągnęło się  w nieskończoność toteż zaczęłyśmy łapać tam gdzie stałyśmy. Chwilę później zatrzymał się koleś. Oczywiście tylko dlatego, że jesteśmy ładne dziewczyny. Podbijał różnymi tekstami, których cytować nie będę :P Zawiózł nas nie do końca tam gdzie chciałyśmy- na wybrzeże, ale w Atenach, ale zawsze coś. Woda tam była tak brudna, że gdyby nie to, że już i tak czułam się brudna, to w życiu bym tam nie weszła. Wyszłyśmy z niej całe zielone, ale to nic, bo potem zaczęła padać czystsza woda z góry :P Odwiedziłyśmy jeszcze Carrefour i  poszłyśmy na tramwaj, który jechał do Pireas. Już byłyśmy ucieszone… wjechałyśmy, a tam… autostrada. Fuck. Zapytałam przypadkowego przechodnia, jak się stąd wydostać w stronę Lamii. Powiedział, że to będzie trudne, ale wskazał nam drogę na odpowiedniego ślimaka. Rzeczywiście dupa. Minęło sporo czasu i nic. Zaczynałam tracić nadzieję, aż tu nagle podjeżdża taxi. Już chcę mówić, że nie trzeba, patrzę, a to ten facet, którego pytałyśmy o drogę. Powiedział, że podwiezie nas na lepszy wyjazd. I wróciłyśmy do Aten, na wylotówkę z Aten. Tutaj też był totalny krajzys co prawda, ale miło ze strony tego taksówkarza. Owy krajzys zmusił nas do spędzenia nocy w Atenach na trawniku.  Byłyśmy tak zmęczone, że było nam wszystko jedno. Bez przebierania, bez śpiwora, bez wbijania śledzi. Szybko się rozbiłyśmy.






           20.07.14r. - rano jeszcze szybciej złożyłyśmy. Chciałyśmy iść do Lidla, ale był zamknięty. Wróciłyśmy łapać. Powtórka z wczoraj. Duupa. Jakiś pan radził nam iść na autobus, że tutaj nie ma autostopa, ale my jeszcze zaciekle próbowałyśmy. Potem siły znowu opadły i już z tej niemocy nawet chciałam iść na ten autobus, tylko gdzie? Chciałam zapytać jakiegoś pana przechodnia, ale oczywiście się nie zrozumieliśmy i tylko wskazał nam inne miejsce do stopowania. Po drodze zahaczyłyśmy o jeszcze jednego Lidla i znowu zamknięty. Co jest? Przecież już 8, a czynny od 8! I zaraz się okazało, że dziś niedziela… od 11. Potem znowu długo sobie postałyśmy…. W pewnej chwili zatrzymuje się mały samochodzik, ale stoi, więc biegnę. Nadzieja nie zginęła, ale zaraz morale opadły, bo pani mówi, że nie do Lamii. Mówię, że gdziekolwiek –„MARATONAS!” – tak, tak, może być, gdziekolwiek z dala od Aten. Potem wytłumaczyła, że czeka na kogoś, „friend”. Ehhhh czyli nici… ale przyszła Friend i rękami wskazują nam, żebyśmy przyszły. No to jedziemy do Maratonas!!!! Szalone to były Albanki mieszkające od wielu lat w Grecji. Południowy temperament, czułyśmy się przy nich zbyt normalne :P Z Maratonas, bocznymi drogami dobiłyśmy do autostrady. Ze stacji benzynowej na autostradzie, wzięli nas w ciasny samochodzik para z dzieckiem.


 Abyśmy się zmieściły, dziewczyna musiała wziąć chłopczyka na kolana. Troszkę byłyśmy przygniecione przez cały nasz świat, ale przynajmniej dalej od Aten :D Dali nam kanapkę z Maka i nie chcieli słyszeć słowa sprzeciwu, potem jeszcze dali nam rogaliki i wodę, a my niepotrzebnie zaczęłyśmy podejrzewać, że chcą od nas kasę, raczej pytania były o to, czy nam kasy nie potrzeba :P chyba wyglądałyśmy biednie… albo po prostu nietypowo.  W Lamii zażyłyśmy gorącej kąpieli w morzu i uciekłyśmy łapać stopa. Jakiś chłopak na skuterze zaoferował, że zabierze nas do Larisy  bo jedzie zaraz autem, ale musi odwieźć do domu kolegę. Czekałyśmy, ale w końcu postanowiłyśmy zacząć łapać ponownie – nie zaszkodzi. I nim ten obiecany jegomość przyjechał, zdążyłyśmy złapać sobie stopa. Tir, dwóch panów. Generalnie – śmiesznie było, raczej nie zapomnimy szybko tego stopa, różne dziwne propozycje też były, ale raczej wszystko śmiechem żartem, już mnie wcale nic nie dziwiło, przyzwyczaiłam się, że w Grecji już tak jest, że  co się u nas wstydzą powiedzieć, zapytać, tutaj nie mają żadnych hamulców. Panowie świetnie władali językiem rosyjskim, bo studiowali w Moskwie, toteż dogadywaliśmy się niemalże 100 procentowo. Dostałyśmy morele, brzoskwinie i nektarynki takie prosto z drzewa -  Bo musimy jeść witaminki/ Pysze były. Namawiali nas, żebyśmy jechały z nimi do Thessalonik, a jutro do domu. Udało nam się z tego wywinąć i wysadzili nas na zjeździe do Evizoni i pokierowali gdzie mamy iść. Było tragicznie: gorąco, lepko i chmary komarów. Ale to dosłownie chmary. Nawet ciężko było spokojnie namiot rozłożyć i pomimo, że starałyśmy się ze wszystkich sił, żeby do namiotu żadnego nie wpuścić, kilka okazów miałyśmy przyjemność zabić, a z paroma nieprzyjemność spać. 



       21.07.14r. – Bardzo tęskniłam za Macedonią. Cieszyło mnie przekraczanie granicy. Dnia dzisiejszego wylądowałyśmy w Chorwacji i tam czułyśmy się już jak w domu. Wcale nieskomplikowanie… 3 stopy , z czego jeden na 500km i był to prywatny szofer jakiegoś niemieckiego bogacza.  Drugi opowiedział nam trochę greckiej historii i o miejscach w których byłyśmy… o Maratonas, o Lamii i Termopolis. Dojechałyśmy jeszcze Tirusiem do Osjak i nie chcąc jechać autostradą, poprosiłyśmy o wwózkę do miasta. Przeszłyśmy sobie miasto. „Zwiedziłyśmy” twierdzę, nawet chciałyśmy iść do zoo, ale kurczę o 21 było już zamknięte…. =/  Nikt nas nie chciał zabrać po ciemku… już prawie poszłyśmy się rozkładać, przy stacji, ale ktoś na wstecznym po nas cofnął podwieźli nas tylko kawałek do następnej wsi i tam właśnie sobie spałyśmy. 



       22.07.14r. - Stop szedł wooolno, ale przyjemnie . Temperatura powietrza idealna i piękna przyroda, która już się nie wydziera tak w niebogłosy jak na południu, sprawiała, że humor dopisywał. Step by step i byłyśmy u Madziara. Dojechałyśmy sobie spokojnie nad Balaton, zaczęło padać. Padało i padało, nie przeszkodziło nam to w kąpieli. Woda była czysta i nawet w miarę ciepła. Popływałyśmy, zjadłyśmy, trochę poleniuchowałyśmy pod tropikiem ;P i koło 17 zaczęłyśmy się zbliżać do Budapesztu. Budapeszt klasycznie – problem. Państwo, którzy nas wieźli przetyrali nas przez centrum w gigantycznym korku i podwieźli na koniec miasta, że niby już gdzieś tu możemy łapać stopa. Tylko, że lało i powoli zaczynało się ściemniać. Poszłyśmy sobie dalej w kierunku północy. Zatrzymałyśmy się na pewnym przystanku i łapiemy. Trochę nie wierzyłyśmy, że może nam się tu ktoś zatrzymać… ale nie ma rzeczy niemożliwych i bach. Stop. Młody koleś, mówi, że może nas zabrać tylko kawałeczek bo zaraz już skręca. My mówimy, że w sumie to gdziekolwiek chcemy oby dalej. Zaczął się zastanawiać , co tu by zrobić, jak tu nam pomóc. 
-Pada, ciemno, daleko dziś nie zajedziecie.  Może chcecie u mnie przenocować, a jutro koło 11 będę jechał na Sun festiwal to kawałek was odrzucę.
-Darek?
-Ty zdecyduj
-Nie, Ty zdecyduj!

        Zostałyśmy u niego. Jako, że kiedy go spotkałyśmy był w drodze do taty, to zaraz po tym jak odwiózł nas do siebie, pojechał z powrotem zostawiając nas same u siebie w mieszkaniu. Wychodząc uprzedził nas, że wróci jego współlokator, który nie mówi po angielsku i jeszcze nie wie o naszym istnieniu, ale nie odbiera telefonu :P Darek zrozumiał, że ten współlokator to jego syn…. Wydawało mi się to niemożliwe jako, że Victor wyglądał młodo, no góra 30-35 lat…. Nie może mieć syna który wraca do domu koło północy.

       Pierwszy ciepły prysznic od czasu wyjazdu z Warszawy… Nim „syn” się pojawił, wrócił Victor. Pogadaliśmy sobie. Jest nauczycielem angielskiego w Budapeszcie, dzieciństwo i młodość spędził w Londynie, dużo podróżował i jego hobby jest  ekstremalne jeżdżenie rowerem po górach. Długo nie wysiedziałyśmy i zaraz poszłyśmy spać. Udostępnił nam swoją sypialnie, z ogromnym łożem, który miał większą powierzchnię niż nasz cały namiot.

        23.07.14r. - Wyspałyśmy się. Obudziłyśmy się koło 7. Byłyśmy strasznie głodne i żyłyśmy nadzieją, że nasz gospodarz nakarmi nas czymś z rana. Nie mogłyśmy się doczekać aż wstaną. A na śniadanie – jajecznica! Poznałyśmy współlokatora Victora, któremu ja dawałam lat 15-16, Daria 13 :P a okazało się, że ma lat 19! I nie jest jego synem, tylko jakimś krewnym. Koło 11 zebraliśmy się i pojechaliśmy. Zajechaliśmy po kilku znajomych Victora i wyjechaliśmy z Budapesztu! Gdzie na obrzeżach miasta stało dwóch ludków z karteczką PL. Zatrzymaliśmy się i okazało się, że to Estończycy. Na początku marnie nam się razem stopowało, mimo, że staliśmy oddzielnie. Ludzie którzy się zatrzymywali jechali na ten Sun festiwal, a poza tym nikogo. W pewnym momencie zatrzymał nam się pan, który całą naszą czwórkę zabrał na Słowację! Wtedy my poszłyśmy do łazienki na stacji benzynowej, zrobiłyśmy jeszcze zakupy w postaci studenckiej i coca coli, wróciłyśmy, a ich już nie było, szybko poszło.
 My też nie czekałyśmy długo - tylko zdążyłam zdjąć buty i skarpety z zamiarem zmiany butów na klapki, a tu stop. Na szybko powrotem nasunęłam skarpetki, buty pod pachę i jedziemy do Martina. Jak miło z panem Słowakiem. Wyjeżdżając ze Słowacji do Polski, stop spełnił Darkowe marzenie o Bounty i kupili nam po batonie. Najlepiej na świecie było wsiąść w polskiego stopa i móc słowami wyrazić wszystko co się tylko chciało, tym bardziej, że Pan był bardzo miły i podjadany naszą podróżą. Poleca Norwegię, zazdrości, zazdrości i cieszy się z nas. Z Rabki tirkiem do Krakowa. Sympatycznie było, aczkolwiek pan wysadził nas przed Krakowem bo skręcał. Ciemno już było bo koło 22, szanse małe na odjazd, ale jednak zatrzymał się pan, który na drugi koniec miasta nas przewiózł. Trochę się przy tym nagadał, że w nocy to źle, żebyśmy zostały w Krakowie i tak dalej i tak dalej. Zaraz później pojawił się stop, który jechał w stronę Kielc i odwiózł nas około 90km. Na nasze nieszczęście zaczęło lać.
Przez chwilę, to nic sobie z tego deszczu nie robiłyśmy i łapałyśmy dalej, ale to było bez sensu. Pewnie nawet nikt nas nie widział, a jak już widział to brał nas za jakieś psychiczne.

       24.07.14r. - Poszłyśmy na stację benzynową po drugiej stronie. Tam zadomowiłyśmy się w pewnym uroczym miejscu, najlepszej miejscówce na świecie, z boku stacji przed parkingiem, gdzie byłyśmy osłonięte od wiatru i miałyśmy oko na drogę, więc widziałyśmy, kiedy ktoś jadący w naszą stronę wjeżdża na stację. Prawie nikt :P Co pewien czas chodziłyśmy do łazienki aby suszarką do rąk się trochę podsuszyć i ogrzać. Było miło i sympatycznie w miarę. To ludzie do nas zagadywali, to my do ludzi. Wszyscy jak jeden mąż jechali w stronę Krakowa i nie mogli nam pomóc. Ełk nawet zajechał- nie mają miejsca. Ehhh trudno.  I tak sympatycznie minął nam czas do 3 nad ranem. Darkowi zachciało się pepsi, toteż kupił sobie 2 litry… kto bogatemu zabroni :P a tak serio to promocja była :P Nadszedł czas na punkt zwrotny w naszej historii. Zajechał tir. Jadący w naszą stronę. Już się cieszymy. Idę do pana, jeszcze nie doszłam, a on do mnie mówi:
-ależ tu u was pogoda!
-nie u nas :P jedzie pan może w kierunku Warszawy?
-no jadę, ale tylko do Kielc… tylko, że jest nas dwóch
- szkoda, bo tkniemy tu z koleżanką już kilka godzin
- w sumie to mógłbym was wziąć, tylko, że nie wiem czy tu wam nie będzie lepiej. Tutaj macie przynajmniej dach nad głową, a tam nie będzie, no i będziecie przed Kielcami bo dalej nie będę mógł was zawieść.
-ehh no w sumie racja. To może zostaniemy
- ale popytam na radiu
No i tym popytaniem sprowadził na nas totalne nieszczęście. Świra. Niestety postanowiłyśmy skorzystać z jego pomocy… to było zanim zorientowałyśmy się, że koleś jest głupi. Ten oto facet, mówi nam, że jesteśmy na totalnie złej drodze, że na Warszawę nikt nas stąd nie zabierze. Jesteśmy bez szans i kto nas tu w ogóle przywiózł! Jakiś idiota! Że owszem da się dojechać tędy do Warszawy, ale przez pipidówy i jak chcemy to on nas zawiezie do głównej drogi na Warszawę. Kurcze, wydawało nam się, że jedziemy dobrze, no ale on  sumie jest kierowcą to się lepiej zna. No dobra to podwieź nas do dobrej drogi. Ruszyliśmy. I zaczęło się: „Polska to bieda. Polska to dziura. Polaków przedstawiał niemalże jako żebraków co ledwie wiążą koniec z końcem, generalnie jest beznadziejnie, a na wschodzie Polski to już wgl. masakra i szkoda gadać! Zaskakująco nie najeżdżał na mnie za studiowanie geografii, za to najechał ostro na Darka za studiowanie logistyki! Toż to gówno ta logistyka i to i tamto, najlepiej rzuć te studia bo do niczego nie dojdziesz! Takie z was podróżniczki? Ale mówię wam, nie jedźcie do Rumunii, bo was tam zjedzą! Już nie wrócicie.” Z ust tego człowieka nie padło żadne pozytywne stwierdzenie, miałam dość jego gadania, była 3 rano i chciało mi się spać, a trzeba było mu coś odmrukiwać na te jego narzekania. Po tej litanii, jak to u nas źle zapytałam go, gdzie właściwie jest ta „główna” droga do której on nas wiezie, bo my chciałyśmy Kielce-Radom. A on mówi, że no tam byłyśmy, ale tam to tydzień byśmy jechały, a on nas wiezie… za Zawiercie, na główną drogę z Katowic do Warszawy. Cooooooooo?
Ojej jaka ja byłam wściekła. Tyle co się naklnęłam na tego człowieka to chyba jeszcze nikogo tak nie zbluzgałam. Oczywiście to było już po wysiądnięciu od niego. Wysadził nas na autostradzie, na której musiałyśmy jeszcze przebiec na drugą stronę. Lało jeszcze gorzej niż wcześniej, a jeszcze na domiar złego przejeżdżające tiry robiły nam dodatkowy prysznic. Ledwie od świra wyszłyśmy, a już nie było na nas suchej nitki. Stanie na deszczu zaczęło być nam już obojętne bo gorzej być nie mogło. Kryzys. Dawno nie byłam taka wściekła. Serio. Nawet trudno sobie wyobrazić. Zaraz też zaczęłam być zła na przejeżdżające samochody, że się nie zatrzymują – bo co oni serca nie mają!!!  Potem to już się uspokoiłam w sobie. Przecież do niczego tym sposobem nie dojdę. Pozbycie się gniewu w tej sytuacji to była rzecz nie prosta, ale sprostałam. Wpadłam w hipnotyczny stan po prostu stania z wyciągniętym kciukiem, gapieniem się przed siebie i modlitwą o wydostanie nas stąd. Jasne było to, że hipokryzją byłoby jednocześnie się modlić i nienawidzić tego pana co nam to zrobił. Przecież chciał dobrze. Chciał pomóc. No nie wyszło, ale przecież nie specjalnie. Już spokój. Boże pomóż. I pomógł. Zatrzymał się stop. Wsiadłyśmy i opętała nas chwila dzikiej radości, objawiona równie dzikim śmiechem, aż koleś zapytał  z czego się tak cieszymy – z tego że jesteś chłopie! Potem jak emocje trochę opadły, zrobiło się zimno i mokro. Dojechałyśmy do Łodzi. Tutaj też pożegnałam się z Darkiem, który z naszym stopem pojechał dalej do Włocławka, a ja wysiadłam aby pociągiem przetransportować się do Warszawy. Pani w kasie biletowej na dworcu była tak niemiła, że na myśl przyszło mi tylko jedno stwierdzenie „koniec wyprawy” i  symbolicznie wyrzuciłam do kosza kurtkę, a raczej jej zwłoki. Zdjęłam polar, buty które też były przemoczone, zamieniłam na klapki, wyjęłam mapy, żeby się nie zniszczyły, kupiłam sobie zapiekankę i tak doczekałam się pociągu do Warszawy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz