piątek, 24 października 2014

Francja elegancja, czyli niesamowite alpy i lazurowe wybrzeże!

              
      Francja-elegancja, owako-Monako? W tej relacji opowiemy o urokliwym Taize, pięknych Alpach, lazurowym wybrzeżu, starych kobietach, ryku niedźwiedzia, drogich samochodach, luksusowych jachtach, chorobie wysokościowej, dobrych ludziach i ciekawych stopach! To wszystko i jeszcze więcej w tej relacji! Zapraszamy! :)






        Wyprawa francuska, w której udział wzięły łącznie cztery osoby, była trochę skomplikowana i miała nie wyjść. Kiedy już tak myśleliśmy, wszystko się udało. I po co planować? :)

              
           W środę, 20 sierpnia, ruszyliśmy z Wojtkiem ode mnie z domu. Stopy poszły nam jakoś opornie, przemiły pan Białorusin, zamiast jechać autostradą A2, jechał przez okoliczne wiochy, bo mu szef zabronił płacić za drogę. Tak oto przez kilka godzin przesunęliśmy się bardzo niewiele i nocleg zastał nas jeszcze przed Poznaniem, niedaleko autostrady. Kolejnego dnia nadrobiliśmy zaległości, bo dojechaliśmy aż do Strasburga. Jeszcze przed niemiecką granicą złapaliśmy państwa Włochów, którzy jechali aż do Norymbergi! Wow, większość Niemiec jednym stopem! Potem pan Niemiec zostawił nas przed Heilbronnem i już myśleliśmy, że będziemy spali niedaleko Strasburga, gdy złapaliśmy Polaków Krakowiaków właśnie tam jadących.
         
         W Strasburgu mieliśmy załatwiony nocleg u znajomego, świetnego Księdza Tomka. Podróżnych w dom przyjął i zgłodniałych nakarmił :) Rano szybkie zwiedzanie ślicznej, starej części Strasburga, tzw. małej Francji i zapierającej dech w piersiach katedry :)



         W prezbiterium tej katedry znajduje się witraż Matki Boskiej, nad którą widnieje wieniec z dwunastu gwiazd na niebieskim tle. Przypadek? Otóż nie. Podobno przy powstawaniu wspólnoty europejskiej, jej założyciele wybrali tę flagę bardzo świadomie i chcieli budować wspólnotę na gruncie chrześcijańskim. Szkoda, że skończyło się na chęciach... 







        Ksiądz Tomek odwiózł nas na autostradę w stronę Miluzy i pojechaliśmy różnymi stopami do Taize, gdzie czekała na nas Patrycja. 

       Czym jest Taize? Jeśli ktoś o tym słyszał to pewnie w kontekście corocznych spotkań noworocznych w dużych miastach Europy. I racja. Jednak kwintesencją Taize jest właśnie sama ta wioska. Bracia z Taize cały rok przyjmują młodzież z całego świata, która za niewielką opłatą ma zapewnione mieszkanko i jedzonko. Ekumenizm wspólnoty jest zadziwiający. Przyjeżdżają tam wszyscy chrześcijanie i nikt nikogo nie pyta czy jest katolikiem, protestantem, prawosławnym itp. Wspólna modlitwa, w której najbardziej przejmującym momentem jest cisza. Pełno tu międzynarodowych integracji, śpiewów, tańców hulańców i pracy. Atmosfera jest niesamowita i polecamy!!! A szczegółowe info tu -> tutaj    :)



      Wyjeżdżając z Taize odwiedziliśmy pobliskie opactwo w Cluny. Założone w X w. opactwo benedyktyńskie było niegdyś niezwykle ważnym miejscem w kościele, gdyż było wolne od wpływów świeckich, a papież bardzo je wspierał. Później wszystko się pogmatwało, inne klasztory przejęły inicjatywę i w wyniku tego w XVIII w. klasztor zamknięto i prawie w całości rozebrano. To co pozostało, jest przepiękne. Gotyk, monumentalność, wyniosłość tego miejsca urzeka :)




 






             












        Z Cluny musieliśmy udać się gdzieś na noc. Wyczailiśmy na komórkowej mapie rejon z wieloma jeziorkami. Stwierdziliśmy, że tam właśnie pojedziemy. Wiozły nas kobiety z Mauritius, których skóra była czarna z domieszką żółtej ;) Gdy nie wiedziały jak dokładnie nas zawieźć, spytały swojego spotkanego znajomego i to on nas tam zawiózł. Tak oto w środku niczego znaleźliśmy się nad jeziorkiem, które okazało się błotnistą sadzawką o dużej zawartości krowiego łajna... Znaleźliśmy dogodne miejsce i rozbiwakowaliśmy się. Spokoju nie dawały Patrycji odgłosy dochodzące zza krzaków. Czy ktoś chodził? A może coś? Na wszelki wypadek pokrzyczeliśmy trochę : "Bonjour, Monsieur!", gdyby czaił się na nas właściciel tego poletka. Poziom grozy podniosła wieść, że niedaleko nas jest turystyczna lodówka pełna łusek po nabojach, a także czarne beczki o nieznanej zawartości. Tam z kolei pewnie były trupy! ;) 


      Po chwilach napięcia okazało się, że odgłosy były wydawane przez krówki, a wieczór umiliło nam wcinanie przepysznych jeżyn i super specjalnego dania - makaronu z sosem i parówkami.

      Rano latały nad nami myśliwce, czy inne jakieś odrzutowce i miałam wrażenie, że spadną nam na głowę!

    Ruszyliśmy na stopa. Praktycznie od razu złapaliśmy dwóch panów jadących busem. Gdzie? Prosto w góry! :) Do Gap. Kilka godzin drogi przez cudne pagórki, a potem już  przez góry, przez Grenoble i kręte serpentyny. Widoki za każdym zakrętem piękniejsze! :)



      Trochę czasu spędziliśmy w centrum Gap, Wojtek couchsurfingował, a my z Pati kupiłyśmy mapę parku narodowego Les Ecrins (za 16 euro!), do którego się wybierałyśmy. Byłyśmy pod wielkim wrażeniem, jak szczegółowe są u nich mapy, ale jednak zarazem drogie :/ Rozbiliśmy się na wzgórzu nad miastem, na łączce. Deszcz przyszedł w nocy i nie chciał ustąpić rano. Padało, padało, a my czekaliśmy, bo stwierdziliśmy, że jak wyjdziemy to momentalnie będziemy mokrzy. Spędziliśmy zatem prawie cały dzień śpiąc w namiocie. Ok. godz. 17 trochę się rozpogodziło i ruszyliśmy. Wieczorem, po zrobieniu zapasów żywnościowych, nadszedł czas na odjazd Wojtka. Na środku deptaka pożegnaliśmy się na ponad miesiąc. Tam właśnie rozpoczęła się inna, wielka brazylijska wyprawa, która jest tematem na oddzielny, długaleśny artykuł :)!

         My zostałyśmy we Francji, bez znajomości francuskiego i ruszyłyśmy w ulewie na stopa w góry, w pobliże szlaku. Dziwnie się czuję, gdy komunikacja jest aż tak utrudniona, my rozumiałyśmy co nieco, ale już wysłowić się było ciężko, zwłaszcza, że cisnął się na usta angielski, włoski, hiszpański, a Francuzi obcymi językami władają sporadycznie.

         Znalazłyśmy się w wiosce, gdzie nie było nikogo żywego chyba, a do tego rozbiłyśmy się tuż obok cmentarza. Podświetlony kościół i wielkie góry dookoła naprawdę podkręcały tajemniczość tego miejsca :) Modliłyśmy się o dobrą pogodę. I się udało! Rano powitało nas niesamowite słońce i widoki! Niedaleko znalazłyśmy kran i zadbałyśmy w nim o swoją higienę.
















      Ruszyłyśmy na szlak. Nie miałyśmy ze sobą kijków trekkingowych, więc leśne patyki bardzo dobrze wywiązały się z roli podpieracza :)  Najpierw kierunek na wieś l'Ubac. Tam drogowskaz, że na szczyt Pic de Petarel 4,5 h. Miałyśmy realne szanse tam dojść. Nie doszłyśmy. Dlaczego? Nie wiem w jaki sposób Francuzi policzyli ten czas, ale pod ten szczyt dotarłyśmy kolejnego dnia w południe. Fakt, nie szłyśmy bardzo szybko, ale nie szłyśmy też tempem żółwia. Stwierdziłyśmy, że każdy ich czas trzeba mnożyć razy 3 :)


       Kroczyłyśmy potężną doliną lekko pod górę. Po ok. 4 - 5 h zamiast być na szczycie byłyśmy wciąż w dolince i słonko powoli chyliło się ku zachodowi, zatem nadchodził czas na znalezienie miejsca do spania. W dolince, w krzakach niedaleko szlaku znalazłyśmy kawałek trawy i już miałyśmy się rozbijać, aż Patrycja stwierdziła, że ktoś tu chodzi. No to standardowy tekst : "Bonjour Monsieur!" a w odpowiedzi : "Beee!". Przeogromna, niezliczona fala owiec zalała nas nagle z każdej strony. Myślałyśmy, że może będzie z nimi chociaż pies albo człowiek. Nie było ani tego, ani tego...


      Tuż nad miejscem, gdzie napłynęły na nas owce, stała chatka pasterska, tzw. cabana. Weszłyśmy do niej. Wyglądała na zamieszkałą : ciastka, świece, śmieci, buty, ubrania, śpiwory itp... Miałyśmy lekkie opory przed spaniem w niej, gdyż było pełno pająków i różnego syfu, jak również obawiałyśmy się, że właściciel się niebawem pojawi, zwłaszcza, że wszędzie naokoło chodziły krowy, a krowy same się nie wydoją. Stwierdziłyśmy, że poczekamy, aż zrobi się ciemno i tam zamieszkamy. W tym czasie wykurzyłyśmy mnóstwo niemiłego robactwa...

      Siedzimy, debatujemy nad zejściem w dolinę, aż tu nagle ryk w dolinie. 
  - O, to pewnie jakiś pies. - powiedziałam.
  - Nie! To był na pewno niedźwiedź! - odpowiedziała mi Pati.
  - Skąd wiesz, słyszałaś niedźwiedzia?
  - Tak.
  - A gdzie?
  - W ZOO!

    Aj, ale śmiechu było z tego naszego dialogu pełnego grozy. Jednak czyjkolwiek nie był to krzyk, nie zachęcał nas do zejścia w dół i zostałyśmy w cabanie, którą ochrzciłyśmy copacabaną :D Z deka brzydziłyśmy się spać na tamtejszych pryczach pełnych żyjątek, więc postawiłyśmy w środku namiot, a pod niego podłożyłyśmy grube gąbki z łóżka i miałyśmy cieplutko i mięciutko, a przy okazji ciemno jak nie wiadomo gdzie, bo na oknie były prawie nieotwieralne okiennice. Tego wieczoru modliłyśmy się, żeby nikt do nas nie przyszedł. I tak się stało. :)


         Wstałyśmy przed wschodem słońca, lekko niewyspane ale gotowe do drogi. Napisałyśmy kartkę do właściciela używając słów, które powymyślałyśmy, coś pomiędzy włoskim a francuskim, z podziękowaniem i przeproszeniem, że się wprosiłyśmy. Najlepszy tekst : " My tu spać, bo niedźwiedź w dolinie" :D 

       Zaczęłyśmy ostro piąć się w górę, wokół nas było pełno śmierdzących kup. Myślałyśmy, że może niedźwiedzich, ale jednak okazały się owcze. To właśnie owieczki wspinały się wysoko po praktycznie pionowych skałach i tam wcinając trawkę załatwiały swoje potrzeby ;) Gdzieś na horyzoncie zamajaczyły nam kolorowe ludzkie postacie, jednak już ich potem nie widziałyśmy.                                                             
                                                
 Szlak był oznaczony słabo, często znikał i właśnie wtedy pojawiało się mnóstwo rozgałęzień i ścieżek we wszystkich kierunkach. Wypatrując ścieżek wyglądających na najbardziej uczęszczane wędrowałyśmy z zapałem w stronę słońca. Pati zaczęła się zachwycać i dziękować mi, że ją tam zaciągnęłam, choć nie było łatwo :) Po drodze zaczęły wyłaniać nam się kolejne cudowne twory skaliste. Natknęłyśmy się na kolejną cabanę, lecz w stanie nie sugerującym, że jest zamieszkana. 


         W końcu doszłyśmy na przełęcz Col de Petarel (2530m n.p.m.),
z której do miejsca skąd startowałyśmy poprzedniego dnia były  2,5 h drogi. Chyba sprintem :D Wyłonił nam się widok zupełnie niezapomniany. Jak król, górował przed nami szczyt L'Olan o wysokości 3654 m n.p.m.! Zachwytom nie było końca. Niestety, w którą stronę byśmy nie poszły, musiałyśmy schodzić dużo w dół. Chciałyśmy zatem wskoczyć na szczyt oddalony o 15 minut i dalej za nim, szlakiem w dolinę. Po ok. pół godziny przedzierania się przez osuwające się kamienie znalazłyśmy się na skalnym czubku. W każdą stronę dolina a szlaku ani śladu. O kurde, jak tu zejść. Pocieszyłyśmy się myślą, że wlazłyśmy chyba na szczyt o wysokości ponad 2600 m.n.p.m. i zaczęłyśmy powoli, na tyłkach zsuwać się z kamieniami w dół rozmawiając o schabowych :)



Wkurzyły nas te francuskie oznaczenia i poszłyśmy inną drogą, w stronę pięknych jeziorek. Tam też ścieżka nam uciekła. Obok jeziorek zrobiłyśmy obiad. Była już prawie 18, a miałyśmy 1500 m zejścia przed sobą. Oznaczenia powiedziały nam, że pokonamy to w 1,5 h. Bez żadnej przerwy, idąc serio szybkim tempem, zrobiłyśmy to w 2,5 h...

Na zabójczym zejściu zaczęły mi się zatykać uszy. Głuchłam, głuchłam, więc gdy w końcu zeszłyśmy do wsi, już nie słyszałam prawie nic. Nie było to przyjemne, ale cóż, przynajmniej nie bolało. Kolanka też dostały niezłą dawkę wysiłku i trochę pobolały. Styrane, ledwie żywe, ale super zadowolone z widoków rozbiłyśmy się niedaleko drogi, na łące pod lasem. Wypiłam fervexa, owinęłam się we wszystkie ubrania jakie miałam i walczyłam z katarem i ogólnym zawaleniem zatok. Był plus mojego stanu - gdy Patrycji wydawało się, że ktoś chodzi koło namiotu i pytała się czy słyszę, z czystym sumieniem odpowiadałam : "Nie!" :)







        Rano wciąż moja głowa była pudłem rezonansowym, tylko już bolącym. W takim stanie, z bólem serca zdecydowałyśmy, że w góry już nie pójdziemy :( Ruszyłyśmy więc w stronę morza! Rozmawianie w stopach miałam utrudnione jeszcze bardziej, przez to, że nic nie słyszałam. Przez moją nienawiść do autostrad, straciłyśmy dużo czasu, a ja zdrowia. A to było tak...

      Uparłam się, że szybciej pojedziemy nie-autostradą. Nasza bardzo poglądowa mapa Europy nie uwzględniła tego, że droga, którą chcemy jechać wiedzie na przełaj przez góry. Wkopałyśmy się. Przez różne małe miejscowości, przedostałyśmy się w miejsce, w którym już prawie nic nie jeździło. Gdy przeszłyśmy na drugą stronę ulicy by usiąść i zjeść kanapki, zatrzymał nam się dziadek i powiedział, że jedzie w stronę Nicei. No to super, wsiadamy. Choć coś mi się nie zgadzało, bo przecież nie łapałyśmy stopa i byłyśmy po drugiej stronie drogi. Ciężko było z nim gadać, a jechał 30-40 km/h, bo ciągle pod górkę po serpentynach. A mój łepek dawał czadu. I tak, po dłuugim czasie wjechaliśmy na 2800 m n.p.m.! Samochodem! Pogoda była brzydka, chmury i lekki deszcz, a różnica temperatury też niesamowita.Podobno najwyżej położona droga w Europie :)


     Dziadek ciągle nam tłumaczył, że gdzieś niedaleko ma hotel, jest turystą. A może to chciałyśmy zrozumieć. Gdy pytałyśmy się, dokąd jedzie, zmieniał wersję. W końcu powiedział, że pojedzie do Nicei i stwierdziłyśmy, że on po prostu chce nas tam zawieźć. Byłoby to pomocne, gdyby nie fakt, że nie mogłam już z bólu wytrzymać i przy pierwszej miejscowości powiedziałam, że wysiadamy. Pati skoczyła do apteki, ja wzięłam leki przeciwbólowe i próbowałam ożyć. W międzyczasie, nasz dziadek kierowca zawrócił i coś jeszcze gadał, ale go nie słyszałam. Chciałam, żeby tylko przestało mnie tak boleć. Usiadłyśmy, przeczekałyśmy trochę. Ból zaczął przechodzić. Siedząc na ławeczce przy informacji turystycznej, spotkałyśmy dwóch panów Polaków będących tam w pracy. Pogadaliśmy trochę. Powiedziałam im o mojej przypadłości i powiedzieli, że spokojnie, to tylko wysokościówka i mi szybko przejdzie.

 
    Gdy już się ściemniało i myślałyśmy, że będziemy musiały rozbić się jeszcze w górach, zatrzymał nam się stop prosto do Nicei :) Było do niej tylko 70 km , a wciąż byliśmy w  górach. Jechaliśmy ze 2 h, a wciąż góry. Bach, a tu nagle palmy i morze! :) Miałyśmy zagwostkę, gdzie udać się na noc, bo przecież w środku wielkiego miasta pełnego pijanych ludzi, nie zaznamy nocnego spokoju. Chłopak i dziewczyna, którzy nas wieźli, super mówili po angielsku i powiedzieli nam, że zawiozą nas kilkanaście kilometrów za Niceę, do Saint-Jean-Cap-Ferrat, miejscowości na półwyspie, gdzie nie ma takiego tłumu, jest spokojnie, a nawet luksusowo. Zgodziłyśmy się na to, jednak musiałyśmy na nich poczekać ok. 2 h w centrum Nicei, bo wybrali się na romantyczną kolację. Było nam głupio, że w takim momencie na nich czekamy, ale oni sami bardzo chcieli nam pomóc i wskazać dobre miejsce do plażowania ;)

 Spędziłyśmy czas na przyrządzaniu naszego super spaghetti na kuchence gazowej, obserwując wielką imprezownię, która była wokół. Wszystkie kolory, wszystkie języki, najdroższe samochody... Na każdym rogu kurtyzany, zazwyczaj niesamowicie brzydkie, ale mające wzięcie. Obserwowałyśmy długo dwie z nich, siedzące na ławeczce pod drzewem tuż przy drodze. Brzydkie jak noc, ubrane jak z ruskiej dyskoteki.  W pewnym momencie podszedł do nich facet. Kilka chwil rozmowy i jedna z nich poszła z nim do samochodu. Nie minęło 5 minut a już wracała, dłubiąc sobie w zębach. Jeeeej, jak nam się to w główkach nie mieściło...
      Po romantycznej kolacji naszej pary, zawieźli nas rzeczywiście na plażę w zatoce. Udostępnili nam swój prysznic w porcie, gdyż sami mieszkali na jachcie. Było ok. 3 w nocy. Cisza, spokój, tylko wysokie kamienice wchodzące prosto do wody i luksusowe jachty unoszące się na wodzie. Tam się rozbiłyśmy i było na tyle gorąco, że spałyśmy bez śpiworów. Głowa przestała boleć, uszy mi się odetkały.




    A rano, woow! Jak pięknie, jak cudownie! Prawdziwe lazurowe wybrzeże! Woda przezroczysta o kolorze niebiesko - zielonym. Słonko świeci! Aj, prawdziwe wakacje. Jako, że byłyśmy na plaży publicznej, zaczęli nadchodzić ludzie. Sami starzy, sami brzydcy, sami Francuzi... Panie nie miały oporów przed opalaniem się toples, choć ich cycki były wysuszone, oklapnięte i w ogóle blee, a całe ich ciała były suche i pomarszczone jak słonie i brązowe bardzo. Morale nam wzrosły i stwierdziłyśmy, że błyszczymy urodą :P



      
    

     Cały dzień pływania i opalania zadziałał zbawiennie na nasze zmęczone kolanka i ramiona :) Cieszyłyśmy się, że możemy być w takim miejscu i nie wydawać tysięcy na hotele, przejazdy itd... Tylko nad ranem śmierdziało sikami i kupkami piesków, po których Francuzi nie mają zwyczaju sprzątać...
    
      Super, świetnie, ale leżenie nie jest w naszym stylu i jeden dzień wystarczył. Po kolejnej ciepłej nocy, popływaniu i prysznicu (który był na plaży!) udałyśmy się na stopa. Popytałyśmy ludzi i wszyscy polecali nam odwiedzić Monako. Tam jest tak pięknie, mówili. Stwierdziłyśmy, że jesteśmy bliziutko, to pojedziemy. Stopa nie łapało się tam łatwo, bo wszyscy udawali, że nas nie widzą. Gdy w końcu złapałyśmy, poprosiłyśmy, by pan nas zawiózł na plażę. 



      Wysiadłyśmy i się załamałyśmy. To ma być ten raj na ziemi? Marzenie wszystkich biznesmenów? Miejsce stworzone dla milionerów? Masakra. Hotele wielkie jeden na drugim poustawiane jak fawela w Rio na zboczu wzgórza. Tak mało miejsca na wszystko, że drogi budują pod skałami, wszystkie parkingi również. Kasyna, banki, salony limuzyn, biura sprzedające jachty, mieszkania. Wszystkie ceny w milionach, nawet w dziesiątkach milionów euro. Jachty jeden przy drugim, wielkie, pokaźne. Wszędzie napisy również po rosyjsku. Cieszyłam się, że mogłam to miejsce zobaczyć, ku przestrodze. Że bogactwo wcale nie jest takie fajne i wiem, że o nim w żaden sposób nie marzę! :) Wolę być biednym studencikiem, który przyjedzie pooglądać świat niż milionerem wydającym na wszystko zawrotne sumy i żyjącym od imprezy do imprezy na swoim świetnym jachcie... 


       Usiadłyśmy na chwilę na plaży, pogoda już się zepsuła. Popatrzyłyśmy naokoło i przekonałyśmy się, że rajskie Monte Carlo to jedna wielka lipa. Byłyśmy tam dziwnym zjawiskiem. Po krótkim czasie stwierdziłyśmy, że wracamy. Zaczęłyśmy łapać stopa. Pewna rosyjska babcia powiedziała nam, że nie można tutaj tego robić i policja zaraz nas zgarnie. Musiałyśmy butować przez całe państwo! Całe szczęście nie wyszło tego więcej niż może 2-3 km :) Wśród tego wszystkiego stał mały, śliczny kościółek. Weszłyśmy do niego, było pusto i przyjemnie chłodno. Była niedziela, ale niestety spóźniłyśmy się na Mszę św., a na kolejną musiałybyśmy czekać do wieczora...  :( Gdy wyszłyśmy z powrotem do Francji, czułyśmy się takie wolne! Złapałyśmy na stopa francuskiego metalowca pięknie mówiącego po angielsku. Powiedział nam, że jeżeli ma się słaby samochód to policja nie wpuszcza do Monako. Dziwne, że nas nie wyprosili za nasz wygląd... Grał również z Polakami na koncertach, jednak nie znałyśmy tych zespołów.

 






         Stopy były krótkie i ciężko szły... W końcu, w okolicach Cannes złapałyśmy super chłopaczka, który jechał do Avignon. Okazał się fanem delfinów i muzykiem, perkusistą i gitarzystą. Nie umiał nic po angielsku, ale komunikacja jakoś nam się udawała i mieliśmy wszyscy z siebie nawzajem wielką radość :) Śpiewaliśmy po francusku i polsku muzykę z Króla Lwa, Boba Marleya itp. Wtedy, gdy tak mknęliśmy przez piękną, górzystą Francję, poczułam jak ogromnie kocham jeździć po świecie, a na stopa zwłaszcza. Aj :D 
Wysadził nas pod mostem w Avignon, przy zjeździe z autostrady, na bramkach. Po tym moście jeździło TGV. Niezła jest jego prędkość. 


       
 Już myślałyśmy, że nic nie złapiemy, a było zimno i wietrznie, gdy zatrzymała nam się czarna BMW. W środku chłopak i dziewczyna. On mówił po angielsku, ona nie. Jechali aż za Lion, dokładnie do Dijon, czyli przewieźli nas praktycznie przez całą Francję! Ten chłopak był tak ogromnie nas ciekawy, o wszystko się pytał, wymienialiśmy doświadczenia, spostrzeżenia i w ogóle gadka gładko szła. Ona ciągle spała. Zaprosili nas do siebie na noc, a kolejnego dnia rano poczęstowali śniadankiem. Ona wcześnie wyjechała do pracy, a on, Etienette, zawiózł nas na autostradę w kierunku Niemiec i obdarował talonem na jedzenie na 20 Euro. Kolejne, świetne stopowe doświadczenie!
    Na pewnej francuskiej stacji łapałyśmy na Niemcy i nie szło nam, więc głupawka się pojawiła. Przy okazji na parking dla TIRów zaczęły się zjeżdżać samochody z przyczepami campingowymi. Mnóstwo ich, jeden za drugim, jechali i jechali, przystawali itp. A TIRy nie miały gdzie wjeżdżać i powstawała napięta atmosfera. A pan Rumun, kierowca siedział na murku w dresie i się patrzył, to na nas, to na ten cały rozgardiasz :)



     
       Potem dotarłyśmy do Metz, gdzie utknęłyśmy przy autostradzie i kilka godzin łapałyśmy, aż w końcu wziął nas rasowy Niemiec, który wyglądał jak SS-man i miał na imię Klaus! Wysoki, chudy, blady, łysy z malutkimi okularkami. Ojej, a to był 1 września.... Okazał się bardzo ciekawym człowiekiem, malarzem, który ma domek gdzieś w górach. Pojechałyśmy wprawdzie naokoło, bo przez Luksemburg i w stronę Bonn, ale przynajmniej Niemcy. Wysadził nas na wielkiej stacji benzynowej, a na pożegnanie poprosił, byśmy milej myślały o Niemcach :)
Tam spotkałyśmy kierowców Polaków, z którymi długo gadałyśmy. Tam również spędziłyśmy noc i rano przedostawałyśmy się przez Zagłębie Ruhry, gdzie zagęszczenie autostrad jest tak ogromne, że myślałam, że nigdy stamtąd nie wyjedziemy. Udało się. Z Niemcami niemówiącymi po angielsku, potem z Portugalczykami również ze słabym angielskim. Następnie złapałyśmy Hiszpana aż do Berlina, czyli 450 km. Nie mówił po angielsku, po niemiecku słabo, więc hiszpański poszedł w ruch i udało nam się dobrze dogadać :D
      
         Pod Berlinem wyczaiłyśmy samochód z Białegostoku! Spytałyśmy się, czy nas wezmą, zbyli nas i powiedzieli, że pomyślą. Napakowani, z łańcuchami na szyi  i Dolce&Gabbana na piersi... Poszłyśmy do łazienki i byłam pewna, że gdy wyjdziemy, już ich nie będzie. Tak też się stało... Buraki z Białegostoku, cóż.
Udało nam się szybko złapać, wskoczyłyśmy do Polski przed zachodem słońca. Na granicy złapałyśmy pana busa do Łodzi. Po drodze zajechaliśmy na rozładunek na bazę GLS-u :) Potem przesiadłyśmy się do jednego, potem do drugiego TIR-a i znalazłyśmy się w Warszawie w środku nocy. Przejazd w stronę Marek zająłby nam mnóstwo czasu, a po ciemku i tak znikome szanse na złapanie czegoś, więc po okupowaniu McDonald'a udałyśmy się na autobus do Zambrowa i o wschodzie słońca byłyśmy u mnie w domku! :)

      Jestem dumna z Pati, która przeżyła swoją pierwszą wielką, 3-tygodniową wyprawę autostopową. Dała radę i pokonała wiele własnych granic! :)

A informacje o parku narodowym Les Ecrins, który odwiedziłyśmy znajdziesz tutaj :) Niestety, po francusku...

1 komentarz: