poniedziałek, 22 września 2014

Macedonia, Grecja 2014

Przez Potworów do Radomia, przez Rumunię do Macedonii, czyli jak dojechałyśmy i gdzie byłyśmy.  Macedońska przygoda - wyprawy część pierwsza: porwane przez Rumuna, burza na stoku,  poszukiwane przez straż graniczną, zagubione między granicami ... a jak to było dokładnie? Sam zobacz! Zapraszamy na relację. Aga i Daria w Macedonii ! :)






09.07.14r. – zaczęło się dość… ja bym to nazwała „śmiesznie”, ale przekładając na język polski wszech-znaczące w moim słowniku słowo śmiesznie zamienię na niezdarnie, nieudolnie. Najpierw do Radomia jechałyśmy przez Tomaszów Mazowiecki, potem wywiozłyśmy się autobusem miejskim w Krakowie trochę nie tam gdzie trzeba… złapał nas deszcz, opornie się łapało, toteż skorzystałyśmy z pobliskiego Maka aby poprawić sobie nastrój McFlurrem.


W końcu kilometr po kilometrze i udało się dotrzeć na Słowację. Stacja noclegowa Dolny Kubin.

10.07.14r. – tego dnia przejechałyśmy Słowację, Węgry, aż ostatecznie wylądowałyśmy gdzie? W Rumuni. To co z tego, że nie po drodze? Lubimy Rumunię to czemu nie :P Żarty żartami, ale były też momenty grozy…
Węgry: Budapeszt to Budapeszt i musiał narobić nam problemów, mimo że stop wywiózł nas na obwodnicę. Nastałyśmy się w piekącym słońcu bite 2 godziny, aż w końcu zatrzymał się! Tir z rejestracją RO. Biegiem! Pan przez  Szeged i Rumunie jechał do Sofii. Jako, że późno i deszczowo było, pojechałyśmy z nim do Rumuni. Mogłyśmy jechać do Sofii skąd już blisko mamy do Macedonii. Ale tak po prawdzie to miałyśmy już dość naszego drivera i podejrzewam, że vice versa. Bo kiedy  nastała pauza na noc zaczęło robić się nieprzyjemnie. Nasz Rumun – „dobry wujek” koniecznie chciał żeby jedna z nas spała z nim na dole (nie sex, nie sex, normalnie i ha ha ha, na górze nie ma miejsca). Jakoś mu wyperswadowałyśmy ten genialny pomysł z głowy i czym prędzej czmychnęłyśmy na górę. Od tej pory nabrałyśmy dystansu do naszego „dobrego wujka”.  W między czasie przeraziłam się dwukrotnie raz, że zgubiłam kijki trekkingowe, Darek też :P na szczęści szybko się znalazły – czyli były tam gdzie były :P Potem, zgubiłam nogawki spodni. Zrobiło mi się strasznie smutno, tyle ze mną przeżyły.  Ostatnio spodnie były po raz setny zszywane w kroku, a po z szyciu to niczym nówki sztuki. No nic, trudno.

11.07.14r. -   Ranek przysporzył nam jeszcze więcej emocji. Otóż ruszyliśmy, jedziemy i naglę zaczynam zauważać, że zboczyliśmy z naszej trasy i zaczynamy jechać na Bukareszt. Nagle zatrzymał się i mówi, że godzina przerwy, on musi się przespać. Już nie na żarty byłam zaniepokojona. Wyszłam z samochodu pod pretekstem rozprostowania kości i spisałam numery rejestracyjne samochodu. Wysłałam Wer w razie co. Po 15 minutach, chyba widząc nasze zmieszanie i zaniepokojenie ogólne, koleś wstał i mówi, że jedziemy.  Dla  pewności jeszcze raz zapytałam czy jedziemy do Sofii, on potwierdził. Tylko dlaczego ciągle jedziemy na Bukareszt??? – pytałam w myślach – kłamie, kurna kłamie W pewnym momencie skręcił na zjazd. Uffff. Zatrzymał się, a za nim jakiś inny samochód. (??? -wtf) Wysiadł. Wrócił i mówi „katastrofen, katastrofen „ wtedy odetchnęłam z ulgą. Koleś po prostu pomylił drogę i musieliśmy 20km cofnąć.
Marzyłam żeby wysiąść od niego. Sam nam zaproponował, że możemy wysiąść blisko granicy Serbsko-Rumuńskiej i jechać na Niś. Tak, tak, tak. Oby szybciej od niego! I poszłyśmy. Okazuje się, że do tej granicy to jeszcze kawał drogi, a nie kawałek jak to twierdził nasz Rumun. Krok po kroczku i znalazłyśmy się w miejscowości Kladowo nad Dunajem.  Musiałyśmy podejść spory kawałek zanim wyszłyśmy za miejscowość. Było gorąco, a nic nie chciało się zatrzymać. Już tak z nudów i oczywiście z geograficznych moich zapędów i miłości do map, postanowiłam przeprawić się na drugi brzeg ulicy i obejrzeć plan miasta i okolic. Znaczek, że plaża. Jeeej, a my tak byłyśmy spragnione prysznica… a „tuż za rogiem” czekała na nas najdłuższa wanna w Europie. Już postanowiłyśmy wrócić na plażę w drugą stronę od centrum Kladowa. Wracamy. Potem przypomniałyśmy sobie ileśmy się nalazły tutaj, to postanowiłyśmy jednak zawrócić i łapać dalej. Z planu wynikało, że w następnych miejscowościach też są plaże, więc będziemy sobie do nich po prostu dążyć na pieszo i łapać. Złapałyśmy bardzo miłego pana, który podwiózł nas już jakieś 4km przed miejscowość w której jest plaża. Tam uprałyśmy sobie ciuszki i zjadłyśmy posiłek. Fajnie wykąpać się w najdłuższej rzece Europy w brudach kilku z większych stolic Europejskich :P Czyste, nieco pachnące rybami, ale szczęśliwe niezmiernie mogłyśmy już ruszyć dalej.
Do Nisia przywiózł nas sympatyczny, martwiący się pan, który szybko jeździ i nie waha się wyprzedzać na serpentynach górskich, serbskich dróg. Jechało się pięknie, o zachodzie słońca, ze wspaniałym krajobrazem . Przywiózł nas na obwodnicę Nisia i wysadził przy nieczynnych hotelu, gdzie było dużo zieleni na której można było rozbić namiot.


12.07.14r. - W nocy ponoć ktoś nas odwiedził, czego ja nie zarejestrowałam do wiadomości… Sytuacja wyglądała tak, że Darek się obudził zaniepokojony latarką skierowaną z zewnątrz w naszym kierunku oraz pukaniem do naszego namiotu i budzi mnie:
- Agnez, ktoś nam puka do namiotu
- to niech sobie puka – podobno powiedziałam, a Darek stwierdził, że skoro ja mam to w dupie to i ona idzie spać.
Rano po intruzie nie było śladu. Po porannej toalecie na stacji benzynowej, przeskoczyłyśmy na drugą stronę autostrady i zaraz zatrzymał się stop na granicę. A był to tir, dwie osoby w kabinie, jeden Macedończyk. Od razu łatwiej się dogadywało niż z Serbami. Po zapytaniu czy nie to nie problem, że jesteśmy we czwórkę w kabinie, kierowca powiedział, że nie…. 4 euro i z policją nie ma problemu. :P Kocham te kraje, dla których prawo nie jest ponad wszystko. Nie mówię, że prawo jest złe, ale wg mnie, ważniejsze jest żeby być dobrym człowiekiem, a nie koniecznie na 100% PRAWYM :P


Z granicy wzięło nas 2 panów w ciasnym samochodzie i podwieźli nas kawałek po czym trafiłyśmy na kolesia, który kategorycznie zabronił nam iść w Góry Korab. Mówił nam, żebyśmy lepiej pojechały do Ohrid. Obiecałyśmy, że zaraz jak zejdziemy z gór to pojedziemy do Ohrid. Strasznie upierdliwie namawiał nas abyśmy dały sobie spokój z górami. Że tam jest niebezpiecznie bo to granica. Tam nie mieszkają ludzie. Jest pusto i tylko dzikie zwierzęta. Troszkę może dał sobie spokój jak się dowiedział, że ja studiuję geografię. Wysadził nas na „autostradzie” przy zjeździe do Totova skąd już tylko 25km do Gostivaru zostało. Kolejny stop to mistrzostwo świata. Przede wszystkim to dopiero drugi stop na naszej długiej trasie mówiący po angielsku!  Jest profesorem ekonomii na Uniwersytecie w Totovie i to wszystko tłumaczy J Kiedy dowiedział się, że chcemy iść na Golem Korab, strasznie się zmartwił i jako kolejny próbował nam to wyperswadować.  Co jest najgorsze? Tam nikogo nie ma! Empty, tam nie żyją ludzie! :P Po drugie w nocy w górach jest zimno! Tam są zwierzęta! A wy takie same we dwie! To nie jest dobry pomysł. Zadzwoni do kolegi który zna się na tych górach i zapyta go, czy wgl. z Mavrova jest możliwość wejścia na Golem Korab i zapyta czy to bezpieczne. Oczywiście, że niebezpieczne – tam nikogo nie ma… zimno :P no już mi się trochę znudziło słuchanie, że nikogo tam nie ma i dlatego jest to niebezpieczne, wytłumaczyłam panu, że właśnie dla tej pustki, ciszy, spokoju i ostrego górskiego powietrza tutaj jesteśmy i to nie jest w żadnym wypadku dla nas problem. Jako, że był nami bardzo poruszony, zaprosił nas do siebie na noc bo już było za późno żeby ruszyć na szlak. Jakoś bardzo nie stawiałyśmy oporu jako, że porządny wypoczynek przed pójściem w góry jest jak na zbawienie. Kiedy przyjechałyśmy do niego, jego żona przygotowała jakieś lokalne mega słodkie wypieki  i pyszny soczek pomarańczowy. Potem poszliśmy do informacji turystycznej i nabyliśmy mapę parku narodowego, na której nie było żadnych szlaków :P  Pan ma na imię Nazir, żona niestety nie pamiętam. 
Są Albańczykami, muzułmanami, czyli generalnie baaardzo niebezpieczni ludzie – nie dość, że Albańczycy to jeszcze muzułmanie! Miałytśmy piękny widok  na ogromne górskie jezioro i górki J Cud miód. Byliśmy na długim spacerze z naszymi gospodarzami. Zbieraliśmy różne kwiatki z których oni potem robią herbatę, a rośliny te są podobno powszechne tylko w tych właśnie górach. Super z nich ludzie. Ona jest nauczycielką w podstawówce i po prostu dobro z niej tryska litrami. Wieczorem wzięłyśmy potwornie zimny prysznic, naprawdę zimny jakby lód w stanie ciekłym…(?) Aż głowa bolała jak po niej polewałam, ale zdrowo i lepiej taki niż żaden :D Jutro przed nami 1500m w górę. Hu hu hu :D i 15km po prostym jeśli nie złapiemy stopa. A podobno ma go nie być…. Zobaczymy. 



13.07.14r. - Budzik dzwoni o 7, a tu ciemno. Jak w d… a to wina bambusowych żaluzji, które przyćmiły cały słoneczny blask. O 8 byłyśmy gotowe do drogi. Z głównej drogi po godzinie marszu, nadjechał stop. Znowu przemili Albańczycy i znowu: góry są niebezpieczne, tam nikogo nie ma, to jest strefa przygraniczna, a wy tylko we dwie??? i tak dalej i tak dalej. Oni strasznie się chyba boją samotności… Kolejni którzy polecają nam wybrani się do Ohrid… no chyba serio tam pojedziemy później.
Już myślałyśmy, że drogę do Slazymira będziemy musiały pokonać pieszo, ale szczęście sprzyja i Młody, 26-letni chłopak, z podstawami angielskiego. Jechał po brata, który chyba pasie owce. Albańczyk :D Sympatyczny, na imię ma Afed. Podwiózł nas aż do drugiej stacji granicznej. Ładne kilka kilometrów. Przy pierwszej stacji granicznej, musiałyśmy wysiąść i dać nasze paszporty strażnikom. Jeden z panów strażników, poprosił nas o pomoc, a mianowicie, abyśmy przyniosły mu kamień ze szczytu Golem Korab. Uprzedziłyśmy, że nie jesteśmy pewne czy będziemy wracać tą samą drogą, więc poprosił, że jeśli nie, abyśmy zostawiły kamień w stacji wyżej u jego kolegów. OK. Pojechaliśmy dalej. Wysiadłyśmy kilkadziesiąt metrów przed drugą strażą graniczną, pożegnałyśmy się z Afadem i rozpoczęłyśmy naszą pieszą wędrówkę, na moment zahaczając jeszcze o straż. Upaaaał i dużo owadów. Przyroda przemawia.



Szłyśmy, szłyśmy, szłyśmy. Cel osiągnięty, Golem Korab zdobyty! Doszłam już resztkami sił na szczyt. Na górze zaczęło się chmurzyć i coraz to nowe połacie cumulusów napływały na nas z wszech stron. Nawet czekolady na szczycie zjadłyśmy tylko pół, żeby się szybciej zacząć ewakuować niżej.  Po kilkunastu metrach w dół dopadła nas ulewa z gradem. Przyjemne to nie było, tym bardziej, że moja kurtka po niedawnych przeżyciach trochę nieprzeżyta, a jej zwłoki chłoną wodę jak gąbka. Zrobiła się mega ciężka, ale dość już tego lamentowania, bo za chwilę dostałyśmy idealną w tej sytuacji nagrodę… tęcza! Promyczki słońca na nowo zaczęły ogrzewać nasze, tym razem zziębnięte ciała i przyjazna aura wróciła. Długo nasza beztroska nie potrwała, bo zaraz zaczęło grzmień mocno z oddali. Efekt estetyczny zasłyszanej burzy robił dosłownie piorunujące wrażenie, a napływająca ciemność o lekki dreszczyk.  Zeszłyśmy sporo niżej i jako, że obie jesteśmy styrane i kolana mówią: STOP PRZEMOCY!, rozstawiłyśmy namiot na kawałku łagodnego stoku. Burza cały czas gdzieś się kręciła wokół nas, owce ciągle beczały gdzieś w oddali, a my miałyśmy wrażenie, że są blisko… dziwne to, bo tak naprawdę to w zasięgu wzroku wcale ich nie było. Burza przetoczyła się na nas, już trzaskało na tyle porządnie, że Darek powiedział „chyba zaczynam panikować” 
















14.07.14r. - Obudziło nas dziś piękne słoneczko. Zeszłyśmy do tej stacji i wyszedł do nas strażnik  i powiedział, że wczoraj wyszły dwie dziewczyny w góry i nie wróciły. No więc my beztrosko powiedziałyśmy, że to właśnie my, na co on, że szukali nas o 1 w nocy w górach bo była burza i myśleli, że coś się stało… Straszne nam było głupio, bo my przecież spokojnie drzemałyśmy sobie w namiocie…. Przeprosiłyśmy, a on na to „no problem” i generalnie, że nic się nie stało i żebyśmy poczekały chwilę to on nam kawę zrobi. Prawdziwą turecką! Jejku, jak dobrze, że oni są tu tacy sympatyczni! to chyba za sprawą słońca. Zero wyrzutów. Dobrze, że postanowiłyśmy wracać tą drogą, przy tej straży… inaczej pewnie wiadomość o naszym zaginięciu trafiła by do naszych rodzin- w końcu mają nasze dane z paszportów! Pyszna kawa, mimo że bez mleka, wypiłam ze smakiem. Przyszedł jeszcze jeden pan strażnik i pogawędziliśmy trochę na ile język pozwalał, powiedziałyśmy im o naszych dalszych planach, tj. przez szczyt Slazymir dojść do drogi, która wiedzie do Mavrova. Trochę się zdziwili, wyrazili obawę przed naszym zgubieniem się, ale generalnie spoko i ruszyłyśmy na nasz bezszlak.



Najpierw pseudościeżka, która po pewnym czasie przerodziła się w ścieżkę wyimaginowaną, a potem to już nawet ciężko było sobie jakąkolwiek ścieżkę wyimaginować i brnęłyśmy przez wysokie trawy, kujące chaszcze na szczyt. Po tym wszystkim pachniałyśmy jak sałatka z ziołami i nawet pewnie tak wyglądałyśmy bo różne małe stworzonka obgryzały nas jak chciały. Myślałyśmy wówczas, że jesteśmy na szczycie Slazymir, ale kilka kolejnych minut spędzonych z mapą i kompasem jednogłośnie wskazywało, że tak nie jest. Szłyśmy więc na ślepo granią, a potem trawersem ścieżką, aż w końcu zeszłyśmy w dolinę, przez którą przechodzi granica, a doliną płynie szeroka rzeka i jest „droga”. Zaraz jak poszłyśmy wzdłuż rzeki, przyjechali strażnicy. Troszkę się zestresowałam, nie wiedzieć czemu, a oni jak zwykle mili.  Tzn. jeden z nich był strażnikiem, a drugi jak się później okazało hydrologiem. Strażnik już słyszał o nas co nieco, ale miał chyba informacje z przed wczoraj bo nie słyszał jeszcze o nocnej akcji ani o tym, że chciałyśmy iść przez Slazimir. Tą ostatnią historię, tzn. w jaki sposób znalazłyśmy się na granicy z Kosowem, opowiedziałam mu ja, co by miał o czym rozprawiać z kolegami strażnikami (chyba im się nudzi skoro się nami tak zajmują ;P) Co było potem? Potem oni pojechali, a my poszłyśmy sobie pieszo dalej wzdłuż rzeki, aż natrafiłyśmy na rozwidlenie dróg. Troszkę targało nami poczucie porażki, że nie udało nam się dojść do wyznaczonego celu… i nawet myślałyśmy o tym, żeby jutro zrobić drugie podejście. Na strzałeczce przy rozwidleniu był znak na osadę która w sumie znajdowała się w miarę po drodze do naszego „byłego” celu. Darek powiedział, że uważa, że mamy skręcić, że to jest nasza dobra droga. Ta z kolei pięła się w górę, szeroką lecz krętą drogą w górę… to nas trochę zaniepokoiło i jako, że została nam godzina jasności i brak miejsca na rozstawienie namiotu, a z daleka słychać było grzmoty, zrobiłyśmy krótki, ale bardzo rzeczowy postój na podjęcie decyzji, czy konsekwentnie brniemy w górę mimo wszystko, czy zawracamy i idziemy dalej drogą. Szczerze? Miałam chęć iść w górę, ciągnęła mnie tam ciekawość, no i zaspokojenie „męskiej” dumy, żeby jutro dojść do wyznaczonego celu. Ale poszłyśmy w dół. Dlaczego? Bo Darek pierwszy raz w trakcie naszej wyprawy chciał zawrócić i się martwił. Więc jeśli coś pękło w Darku, to znaczy, że coś musi być na rzeczy i trzeba iść w dół. Schowałam dumę do kieszeni i podjęłyśmy decyzję pójścia w dół. Trafnie. Pomimo, że nie wiem co było tam na końcu drogi, mówię, że decyzja była trafna. Zaraz po naszym dojściu do głównej drogi z tyłu zajechał do nas ten sam samochód, co poprzednio na granicy i panowie pytają czy nie chcemy się z nimi zabrać, czy dalej wolimy iść pieszo. Jako że zmęczenie dawało nam się we znaki, bez zbędnego gadania wpakowałyśmy się do samochodu, a nasze plecaki na dach samochodu. Domyślili się, że źle skręciłyśmy, pośmialiśmy się. Dopytali gdzie będziemy spać, a my nie wiemy jeszcze. Gdziekolwiek się rozłożyć z namiotem, żeby jutro już zjechać do miasta. Hydrolog powiedział, że on jedzie do Mavrova i jak chcemy to on nas tam zawiezie. Na początku myślałyśmy, żeby spać jeszcze w górach bo nie wiedziałyśmy, że w Mavrowie będzie gdzie rozłożyć namiot, ale z rozmowy wynikło, że  możemy tam sobie kimać spokojnie za darmo i jak chcemy to on nas w dobrą miejscówkę podrzuci. Ta opcja bardzo nam się spodobała. oszczędziło nam to butowania 20km dnia kolejnego jeśli by zabrakło stopowego szczęścia, a taka właśnie odległość dzieliła nas do Mavrova. Przy okazji wynikło jeszcze kilka przyjemnych faktów. Po pierwsze jego rodzice są meteorologami! i stąd wiedział, że od jutra będzie padać (brawo dla nas, że zeszłyśmy jednak z tych gór!), po drugie on jutro jedzie do Ohrid, a my wraz z nim! Miejscówka nad jeziorem w Mavrowie okazała się rzeczywiście przednia, a my wzięłyśmy zdrową kąpiel w nowej dużej wannie. Napisałam smska do Nasira, że śpimy dziś w Mavrowie, odpisał, że oni są w Gosivarze, ale jak chcemy to przyjadą i będziemy u nich spać. Oczywiście nie było takiej potrzeby, ale bardzo miło, że się zaoferował. uwielbiam ich. Kończę te wypociny dnia dzisiejszego 







15.07.14r. - Jak 
obiecał, tak zrobił. Nasz hydrolog przywiózł nas do Ohrid i jeszcze kupił nam jedzenie :P Rzeczywiście miasto ładne, zwiedziłyśmy sobie zamek, raczej pozostałość…. Miasto jak to miasto- męczy. Co chwila robiłyśmy sobie przerwy… no i jak przystało na miejsce turystyczne za wszystko trzeba było płacić, chodź noclegi stosunkowo tanie – proponowali nam za 6 euro. Z Ohrid pojechałyśmy do Bitoli, a stamtąd złapałyśmy dwóch młodych Albańczyków. Nie mówili po angielsku ani po słowiańsku. Chłopcy ci, chyba coś nielegalnego przez granicę przewozili, bo na granicy nas wysadzili, powiedzieli, że problem i mamy wysiąść. Wysiadłyśmy, trochę nie bardzo wiedząc o co chodzi i do Grecji przeszłyśmy pieszo. Zaraz potem nadjechali oni i powiedzieli żebyśmy wsiadały. No to wsiadłyśmy. 
Chłopaki strasznie się z jakiegoś powodu cieszyli, dzwonili do kilku osób, zadowoleni … nie wnikam. Przy celnikach twierdzili, że jadą do Tesalonik, potem okazało się, że gdzie indziej i mogą nas zawieść aż do Kozani. Zanim co, zatrzymywaliśmy się kilka razy, żeby zapytać przechodniów o drogę. Potem trafiliśmy na autostradę i na obwodnicę Kozani. Tam zatrzymali się na stacji benzynowej, pracownik stacji służył nam za tłumacza i dogadaliśmy się, że wysiądziemy za niedługo bo oni skręcają gdzie indziej. Rozstawiłyśmy się na polu słomy. Trochę było nie równo, ale nic to.



Część II już niebawem ...

1 komentarz: