wtorek, 29 lipca 2014

Maramuresz 2014 - pomiędzy Rumunią a Ukrainą wzdłuż drutu kolczastego

       Na dobry początek górskiego sezonu wybrałyśmy dziki, rumuński Maramuresz. Bez ludzi, bez zasięgu, bez schronisk i bez szlaków. Natura, hura! 
O nocy w prawosławnym klasztorze, o śladach niedźwiedzia, o drucie kolczastym, o braku wody, niemiłosiernym słoncu, pięknych widokach, o rumuńskim domu dziecka i wielkiej ilości dobra, która nas spotkała! Na relację majówkową - ZAPRASZAMY!!! :)




       Jak to zwykle bywa, na początku był pomysł, by jechać na majówkę. Gdzie? Nie bardzo daleko, nie na bardzo długo - w góry, gdzie już nie ma śniegu. Tak padło na Góry Marmaroskie - pasmo graniczne między Rumunią a Ukrainą. Naszą majówkę nazwałyśmy kwietniówką, bo wyruszyłyśmy od razu po Wielkanocy. Po wielu wyjazdach czasem przychodzi takie uczucie, że już nic lepszego nie może się wydarzyć, że każda przygoda będzie słabsza niż te poprzednie. Bzdura! Każda podróż zaskakuje i kocham to, że nawet nie wyobrażam sobie, w jak cudowny sposób wszystko mnie zaskoczy! 


          24 kwietnia, o świcie, obie dotarłyśmy Polskimi Busami do Rzeszowa, ja z Krakowa, Aga z Warszawy. Tam spotkałyśmy się z Kasią, która dowiozła nas na wylotówkę w stronę granicy w Barwinku. 

          Stopy przez Polskę łapały się krótkie, ale ciekawe. Jeden pan chirurg opowiadał nam o swoich egzotycznych wyjazdach, np. do Indonezji :) Jedna dziewczyna żaliła się, że nie zda podstawowej matury z matmy... Super, że nie mamy takich problemów !

W końcu złapałyśmy dwóch panów jadących do Wiednia. Byli bardzo zaciekawieni naszym przypadkiem, że mając wolne nie chodzimy po imprezach i nie ćpamy (jak to wg nich każdy młody człowiek robi), tylko tłuczemy się do Rumunii, i to w góry. Jednak zapałali do nas sympatią i dali nam sporo jedzenia, mimo że nie chciałyśmy. Wysadzili nas w Presovie, który już znamy z naszej zeszłorocznej wyprawy. Tam nadszedł czas na stopa idealnego - przemiły pan Węgier, który dowiózł nas daleko, aż do rumuńskiej granicy! Okazało się, że ma żonę Polkę i nie mogłyśmy wyjść z podziwu jak rozmawiając przez telefon, jest ona w stanie w mig przestawić się z węgierskiego na polski (!). Wygodne, klimatyzowane BMW sprzyjało drzemce, którą sobie ucięłyśmy. Jechaliśmy przez malowniczy Tokaj, gdzie produkowane jest znane wino o takiej samej nazwie. Gdy wysiadłyśmy z jego samochodu, poczułyśmy, że tu już przyszło lato :) Byłyśmy na granicy w 6 godzin od czasu ruszenia z Rzeszowa!




       Przeszłyśmy przez granicę, załatwiając potrzebę fizjologiczną na pasie ziemi niczyjej pomiędzy dwoma państwami. Na rumuńskich bramkach, pani strażnik poprosiła nas o dokumenty i pożegnała nas miłym "ciau, ciau". 

     Nie sądziłam, że tak momentalnie wszystko naokoło się zmieni. Nagle stałyśmy się obiektem obserwacji wielu par oczu. Szwędające się dzieci, szwędający się różni panowie, zwłaszcza cyganie. Jej, poczułam się dziwnie. Oczywiście mały chłopiec podszedł do nas i powiedział głośno i wyraźnie : "Daj czekoladkę!". Dałyśmy mu, bo Aga poczuła wobec tego dziecka litość. Pewien pan spytał się nas po hiszpańsku, gdzie chcemy jechać, ja go poinformowałam i nic sobie z tego nie zrobił :P Całe szczęście udało nam się szybko złapać bardzo miłych panów, niemówiących w żadnym innym języku niż rumuński, którzy wywieźli nas na wylot z Satu Mare na Baia Mare. Niestety zaczął nam padać deszcz i długo nie mogłyśmy nic złapać. W końcu zatrzymał się pewien pan, my zadowolone, oczywiście wsiadamy. Nie było z nim żadnej rozmowy. Niestety, wysadził nas na samym początku dość sporego Baia Mare i kazał nam zapłacić. Nie pomogły tłumaczenia, że autostop, no money... Miałyśmy nauczkę, żeby mówić, że nie mamy kasy. 



    Skorzystałyśmy z toalety w pięknym, nowoczesnym centrum handlowym, które wyjątkowo nie pasowało do wszystkiego, co było wokół. Musiałyśmy daleko iść, by dotrzeć na wylot na Sighetu Marmatei. Tam przyczepiło się do nas dwóch chłopaków, którzy powiedzieli, że zaprowadzą nas na miejsce, gdzie się łapie stopa. Ich angielski był znikomy, ale chwalili się, że umieją francuski. Fajnie, tylko szkoda, że my nie :) Miałyśmy ich szczerze dosyć, zwłaszcza, że im się spodobałyśmy. Ale słowa dotrzymali i doprowadzili nas na miejsce, gdzie od razu złapałyśmy stopa. Przez góry, mnóstwo serpentyn, mega dziurawą drogę. Głowy nam opadały, ale dotarłyśmy! Robiło się trochę ciemno, ale w Sighetu też złapałyśmy szybko pana, który nijak nie mógł ogarnąć, jak możemy tak same do Rumunii, w góry, ale po co?! Gdzie śpicie? Nie wiecie? Jak to? Przecież jest ciemno! A wy jesteście w górach! No i tłumaczyłyśmy mu, ale jego umysł nie był w stanie przyjąć naszych wyjaśnień. Trochę już nas te jego zdziwienie i niedowierzanie irytowało, kiedy wpadł na pomysł, że gdzieś tu niedaleko jest klasztor i może tam nas przyjmą. Zawiózł nas daleko od głównej drogi, w  ciemny las. "Oni" by powiedzieli, że na pewno nas zgwałci, a może jeszcze poćwiartuje i nikt nas już nigdy nie znajdzie. A co tam było?

            Rzeczywiście, był tam klasztor, w którym przyjęto nas, nie pytając kim jesteśmy. Dostałyśmy swój  pokoik z łóżkami i łazienką. Nakarmiono nas do syta. Gdy wcinałyśmy pyszne ryby, mnich z długaśną brodą i w czarnym habicie, nalał nam pełne szklanki jakiejś cieczy. Myślałyśmy, że to kompocik lub coś. A tu niespodzianka - wino! ;) Może mszalne?  
    
     W ogóle nie dowierzałyśmy w to, co się działo. Znalazłyśmy się w prawosławnym, pięknym klasztorze, w środku rumuńskich gór! Był tam przemiły chłopak, Tibiu, który nam towarzyszył i mówił dobrze po angielsku. Po całym klasztorze krzątało się mnóstwo ludzi. W kuchni kręciło się kilkanaście kobiet. Trwały przygotowania do jakiegoś dużego święta, a jakiego dokładnie, nikt nie był nam w stanie wytłumaczyć. ;)

      Zmęczone po całym dniu stopowania, zasypiałyśmy przy dźwiękach przepięknych prawosławnych pieśni, które śpiewali, mimo że dochodziła północ. Byłyśmy zachwycone kaplicą całą w pozłacanych ikonach i ciężkimi, ozdobnymi szatami liturgicznymi zakonników! O piątej rano obudziły nas te same pieśni. Zastanawiałam się, kiedy oni sypiają :)
       
       Atmosferę wielkiego święta było czuć od razu po wyjściu z pokoju. Wszyscy w pośpiechu, drogą nadciągały tłumy ludzi. Każda kobieta ubrana obowiązkowo w spódnicę, a na głowie chusta w kolorowe kwiaty. Każdy pan miał kamizelkę, zazwyczaj z czarnej, owczej skóry i słomkowy kapelusz na głowie. Ależ nam się to podobało! Podziękowałyśmy serdecznie i udałyśmy się w stronę głównej drogi każdemu skinając głową i mówiąc coś w stylu "bonziur" ;)

Z Juliszką Krasną !
          Dotarłyśmy do Leordiny, gdzie podobno miała być droga prowadząca do Poenile de Sub Munte, z którego miałyśmy ruszać w góry. Tam spytałyśmy się pewnej starszej pani, która kazała nam się nazywać Juliszka Krasna, zrobić ze sobą zdjęcie i wrzucić na facebooka. Niezwykle pocieszna babuszka, z którą się udałyśmy przez sfałdowany, dziurawy most. Wytłumaczyła nam, że kilka wiosek jest tutaj zamieszkanych przez Ukraińców, dlatego też nie miałyśmy problemu w dogadaniu się z nią. Po jakimś czasie złapała nam stopa i wsiadła z nami do niego. Pan kierowca biegle mówił po niemiecku i portugalsku, co niezwykle mnie ucieszyło! ;) Poczułam w głowie nieopisany mętlik językowy, bo nie mogłam mówić po angielsku, gdyż pan nie umiał i musiałam się wysławiać trochę niemieckim trochę portugalskim, zupełnie wszystko mieszając. Juliszka wysiadła przy Monastyrze, udając się tak jak wszyscy, na prawosławne święto! Pan nas zawiózł tam, gdzie podobno wiedzie droga w góry. To właśnie był nasz ostatni kontakt z "cywilizacją" na dłuższy czas :)

        Przeszło obok nas kilka stad owiec z pastuszkami na czele i ruszyłyśmy w górę. Zapytałyśmy jednego pana pasterza, czy dobrze idziemy. Spędził dobre pół godziny na tłumaczeniu nam drogi i powiedział, że nie jest łatwo trafić na Fărcăul, najwyższy szczyt tego pasma, na który zamierzałyśmy dojść. Rozrysował nam skrupulatnie mapę, opisał wszystko, co jest przy drodze. Był zupełnie niesamowity! Mówił śmieszną mieszanką języka słowiańskiego i romańskiego. Chciał z nami trochę pójść w górę, ale wolałyśmy iść same, gdyż on wskoczyłby raz, dwa, a my z plecakami czułyśmy się trochę jak żółwie ;) Tyle dobra ! 

        Minęłyśmy uroczą polanę z mnóstwem drewnianych chatek, jednak trochę tam pobłądziłyśmy. Gdybyśmy się nie pomotały, nie znalazłybyśmy super huśtawki na wysokiej gałęzi, która wisiała nad malutką skarpą, co powodowało wrażenie lotu nad przepaścią wprost na góry!!! 




      Dokładnie w momencie, gdy na rozstaju dróg chciałyśmy skręcić źle, usłyszałyśmy chrząknięcie, wraz z którym zmaterializował się pan, który kazał nam iść w inną stronę. Po co się tam pojawił? Chyba był to nasz Anioł Stróż, bo gdy tylko nam powiedział, od razu zawrócił i już go nie było... :)
    
      Wieczorem doszłyśmy na Połoninę Rugasu, na której znajduje duża wioska pasterska. Pusta. Według naszego przewodnika, w sezonie letnim, można zaopatrzyć się w świeże mleko u pasterzy tam mieszkających. Zajęłyśmy jedną chatkę i cieszyłyśmy się ciszą i dachem nad głową w nocy. Parówki pieczone w ognisku były największym rarytasem naszej kolacji. I ten zachwyt nad nieskończoną przestrzenią, a do tego pustą. Nigdzie nikogo. Tylko my i góry, cuda natury :D




        













Po cieplutkiej nocy, ruszyłyśmy dalej w górę i znalazłyśmy niebawem super potok, w którym urządziłyśmy ogólną toaletę połączoną z zabiegiem pielęgnacyjnym, jakim było mycie się w lodowatej wodzie ;) 
    Idąc przez wielkie połoniny, krążyłyśmy między dziesiątkami pseudościeżek, wszystkie wiodące obok siebie, przecinające się, znikające, to znów pojawiające się gdzieś za krokusem, których podeptałyśmy miliony, bo były dosłownie wszędzie. 
    Cisza, spokój a nagle słyszymy głośne : "brum, brum, brum". Kilkanaście motocykli pomykało wzdłuż grani, do której szłyśmy. Szczerze chciałyśmy się z nimi 
spotkać, bo pewnie okazałoby się, że
to Polacy :) Jednak uciekli nam, a my szłyśmy po ich śladach. Ku naszemu zaskoczeniu, w końcu znalazłyśmy jeziorko u podnóża Fărcăula, w większości pokryte jeszcze lodem. Zostawiłyśmy plecaki za skałkami i wskoczyłyśmy na najwyższy szczyt Gór Marmaroskich o wysokości 1961 m n.p.m. Na szczycie naprawiłyśmy uszkodzony krzyż i podziwiałyśmy 360-stopniową panoramę. W oddali majaczyła nasza kochana, ukraińska Czarnohora z Popem Iwanem na czele, z drugiej strony dostojny masyw Popa Iwana, lecz Marmaroskiego ;)  Nadleciały chmurki i bałyśmy się, że może
Z Popem Iwanem Marmaroskim w tle!
być z nich jakaś burka, więc szybko leciałyśmy w dół. Gdy miałyśmy dojść do wschodniego trawersu omijającego szczyt, musiałyśmy pokonać połacie śniegowe, co nie było zbyt łatwe, gdyż to wciąż było strome zbocze. Powolutku, ostrożnie i się udało, jednak mi z plecaka wypadła butelka z wodą. Myślałyśmy, że już stracona, jednak na dole zatrzymała się na ścieżce i ją odzyskałyśmy! ;)




      















     Po obiedzie na pięknej polance z widokiem na szczyt, który przed chwilą zdobyłyśmy, ruszyłyśmy w dół stromym zboczem przez las. Niestety, ścieżek raczej nie było. Był za to śnieg. I to  miejscami do kolan. Cieszyłam się, że wzięłam stuptuty, bo Aga mordowała się ze śnieżkiem w butach. Aga wciąż zwracała uwagę na odchody jakiegoś niezidentyfikowanego zwierzątka. Badała kształt, skład, wiek i stwierdziła, że to misia... Obyśmy go nie spotkały!
    Po dłuższym czasie przedierania się przez lasy i krzaczory, wyszłyśmy po polankę na niewielkiej przełęczy, gdzie rozbiłyśmy obóz. Kolejne ognicho i cudowny zachód słońca. A zasięgu wciąż brak!




     W niedzielę, 27 kwietnia, oczy wszystkich były zwrócone na Kanonizację papieży w Rzymie. A u nas o tym, ani widu, ani słychu. Tylko wody trochę nam brakowało, dlatego załadowałyśmy do butelek śnieg. Przed podejściem na Szczawul trochę zbłądziłyśmy, ale dzięki temu znalazłyśmy super potok! Weszłyśmy na Nieneskę, szczyt, który powinnyśmy były ominąć. Dobiłyśmy już do granicy rumuńsko - ukraińskiej. Na początku lekko bałyśmy się ją przekraczać, lecz potem nie sprawiało nam to problemu :) Już tam spotkałyśmy pozostałości drutu kolczastego, odgradzającego Imperium od reszty świata.



   
       Szłyśmy cały czas wzdłuż granicy, która wiodła przez wszystkie szczyciki po kolei. Zatem góra, dół, góra, dół. Jedna z tych górek miała obejście z prawej i lewej strony. Wybrałyśmy prawy trawers, gdyż biegł po rumuńskiej stronie. Gdy doszłyśmy do rozstaju pseudościeżek, okazało się, że coś jest źle i musimy iść na przełaj po stromym zboczu, by dojść do granicy. Mnóstwo czasu przedzierałyśmy się przez krzaczory i śniegi, a słonko niemiłosiernie nam przygrzewało. W międzyczasie obiad przy wodopoju i... doszłyśmy! Co to była za dzika radość!!! 





     Potem dotarłyśmy do podnóża Stoha, który wydawał się ogromny i pionowy, a przecinka graniczna wiodła oczywiście po najstromszym zboczu. Stwierdziłyśmy, że wolimy podejść ostro w górę na zakończenie dnia, niż znowu się zgubić :) Westchnęłyśmy, że w nagrodę należy nam się odrobina zasięgu. Krok za krokiem, weszłyśmy. A tam stał słupek oznaczający, gdzie przed wojną była granica Polski, Rumunii i Czechosłowacji. I jaki piękny widok.




Stamtąd był rzut beretem na Popa Iwana Czarnohorskiego, który ze starą polską stacją meteorologiczną na szczycie był monumentalny i widoczny jak na dłoni. A za nim lekko chowała się Howerla, najwyższy szczyt tego pasma. Agi telefon spotkał się chwilowo z zasięgiem! ;) Kilkadziesiąt metrów przed szczytem, nawet pojawił się czerwony ukraiński szlak, który zaraz się skończył. Zmęczone już ogromnie, rozbiłyśmy się na pięknej połonince niedaleko druta kolczastego.


 W poniedziałek rano, ruszyłyśmy zaraz po wschodzie słońca i doszłyśmy szybko do budki straży granicznej, która była zamknięta na gwóźdź. Przecięłyśmy sporą gruntową drogę graniczną, wybudowaną podobno na potrzeby I Wojny Światowej. Skończyła nam się mapa, więc szłyśmy po prostu wzdłuż granicy. Długie, nieskończone połoniny, lekkie wzniesienia. Przyjemnie się szło, zrobiłyśmy niesamowicie wielki dystans. Cały czas miałyśmy dwie równoległe drogi. Zwykłą rumuńską, a po drugiej stronie, piękną ukraińską, tzw. sistiemę, która kiedyś usiana była wieżyczkami strażniczymi. W pewnym momencie wśród drutu kolczastego wyrosła metalowa brama. Rzeczywiste zabezpieczenie ;) Nazwałyśmy ją Bramą do Unii.

    Nagle na środek połoniny wjechał terenowy samochód. Panowie Rumuni byli bardzo zaskoczeni naszym widokiem, niemniej niż my nimi. Spytali się tylko, czy potrzebujemy pomocy i powiedzieli, byśmy nie przechodziły na ukraińską stronę. Kończyła się woda, a źródełek żadnych nie było widać. Zatem ugotowałyśmy na palniku całą menażkę śniegu i wykorzystałyśmy tą wodę do zrobienia obiadku. Jako, że w wodzie pośniegowej było dużo brudów i paprochów, przesedziłyśmy ją przez bandaż i była superczysta!  :) Potrzeba matką wynalazków! Słońce znowu nas nieźle wymęczyło. Kolejne ognisko i niesamowity widok czarnych, burzowych chmur oświetlonych promieniami! :) Całe szczęście, burka nas nie dogoniła.



        Gdy rozbiłyśmy się na przełęczy, Aga zażyła śnieżnego prysznica, kolejnej części zabiegów zdrowotnych zapewnionych przez nasz hotel ;)

      W nocy był przymrozek, ale dzięki kocowi termicznemu go nie odczułyśmy.  

     Rano ruszyłyśmy dzielnie przed siebie. Rumuńska ścieżka zanikała w lesie, więc szłyśmy ukraińską autostradą, na której gdzieniegdzie pojawiały się śniegi po kolana i zabierały nam dużo energii... Obiadek na przełęczy - zupa z chlebem i  znów w górę. Cały dzionek góra, dół, góra, dół, śnieg, nieśnieg. Piękne widoki, powoli wyłaniały nam się Alpy Rodniańskie, całe w śniegu. Znalazłyśmy źródełko i musiałyśmy uzupełnić swoje wodne niedobory, zatem zmuszałyśmy się do picia, wznosząc toasty za wszystkich znajomych :) Sił trochę ubywało, słońce wciąż. Rozbiłyśmy się nielegalnie po stronie ukraińskiej wśród kosodrzewiny.



      W środę rano przeszłyśmy obok skał nazwanych Babą, wskoczyłyśmy na szczyt Hnitesy (1767 m n.p.m.), gdzie również były ciekawe skałki, z których poskakałyśmy :) Góry się spłaszczyły trochę i szłyśmy po lekko nachylonym terenie. Znalazłyśmy duży potok z lekko żółtą wodą, która wyglądała jak gazowana. Mimo tego, napoiłyśmy się nią, a Aga umyła swój łepek. Był to zabieg zdrowotny - kąpiel w wodach szczawach, o walorach leczniczych! Ach, ten nasz hotel! :) Natknęłyśmy się na ślad misia, ale wokół misia ani śladu! 


   














        Na przełęczy, podczas kabanosowego obiadu, usłyszałyśmy dziwny szczek. Patrzymy, a w przecince trochę przed nami jakiś zwierzaczek. Lecz to nie on wydawał te dźwięki, tylko coś za nim. Nie był to na pewno pies. Strach lekko nas obleciał i zwiałyśmy. Tylko niestety w złą stronę. A to było miejsce, gdzie miałyśmy już zejść z granicy i iść na południe. Miałyśmy na przełęczy znaleźć wygodny,szeroki trawers okrążający pobliski szczyt, lecz oczywiście nigdzie go nie było widać. Zatem musiałyśmy iść na przełaj.


Znów przez strome zbocze i śniegi. Nogi bolały, a i nie tylko nogi, bo i ręce i twarze od wszystkich krzaczorów, przez które się przedzierałyśmy. Widziałyśmy cel - przełęcz, która wydawała się już za tymi drzewami.  I tak ciągle. Ze 3 godziny nam ta droga zajęła, a opisana była jako na 1 h. Doszłyśmy do opuszczonych szałasów i gdzieś tam, podobno, miał był szlak. Chciałam go usilnie szukać, ale Aga stwierdziła, że i tak go nie znajdziemy. Chodzimy po polanie, myślimy, gdzie by tu iść. A tu wisi na drzewach reklamówka kolorowa. Podchodzimy, a tam szeroka ścieżka. I to w dobrym kierunku. Znowu niezawodne Aniołki Stróże zadziałały!


Idziemy! W pewnym momencie stało się coś, czego chyba żadna z nas się nie spodziewała, chociaż każda chciała. Znalazłyśmy znak szlak! Tak po prostu się zaczął :) Już się ucieszyłyśmy, że jesteśmy na dobrej drodze na Przełęcz Prislop, cel naszej wędrówki. Idziemy, zachwycone, że mamy szlak. I gdzieś się zgubił. Jak, gdzie poszedł? My nie wiemy. Zaniepokoiłyśmy się tym, że bardzo znacząco traciłyśmy wysokość.  Zeszłyśmy sporo już w jakąś dolinę. Padałyśmy ze zmęczenia i rozbiłyśmy się przy tej dróżce. 

     Rano ruszyłyśmy w dół i dotarłyśmy do rzeki i większej, utwardzanej drogi, co potwierdziło nam, że gdzieś, niewiadomo gdzie, skręciłysmy i idziemy źle. Lecz nie miałyśmy już prowiantu, by cofać się w górę. Lekkie poczucie porażki, no ale trudno. Nic się nie dzieje. Umyłyśmy się w rzece, którą pokonywałyśmy boso :)  

    Aż tu nagle jadą dwa rozpędzone terenowe samochody. Jadą w dół rzeki, więc szybciej byśmy doszły odcinek 7-10 km do najbliższej wsi. Łapiemy, oni coś nam krzyknęli i pojechali. Narobili tumanów kurzu. I za chwilę jedzie jeden z nich z powrotem i nas bierze na przełęcz kilkaset metrów w górę. Jechałyśmy w bagażniku terenówki przez takie wertepy, że dziwie się, jak można po tym jeździć???!!! Przygrywała nam skoczna rumuńska muzyka i cieszyłyśmy się do siebie, że znów ciekawy zwrot akcji i mamy w perspektywie dotarcie na Prislop. 



   Przemili panowie wysadzili nas przy wejściu na prawdziwy, czerwony szlak. Szłyśmy nim i niebawem pojawiło się na drodze schronisko. Nikogo nie było, ale były szlaki. Jakoś ta pozaznaczane, że się motałyśmy i nie wiedziałyśmy, jak iść. W tym właśnie momencie pojawił się terenówką pan właściciel schroniska, który nam wytłumaczył drogę :)
   Już praktycznie bez jedzenia i sił, szłyśmy granią do Prislopu. A Góry Rodniańskie były coraz bliżej i bliżej. Gdy w zasięgu naszego wzroku pojawił się Monastyr stojący na Prislopie i droga, ktora tamtędy wiedzie, minęłyśmy czwórkę turystów w trampeczkach, którzy dość dziwnie się na nas patrzyli. 


     Na przełęczy Prislop czekała na nas nagroda - czekolada Milka karmelowa, którą niosłam cały ten czas, by zjeść ją na końcu gór. Byłyśmy ogromnie zadowolone i dumne z siebie, mimo że zmęczone wielce. Nadszedł lekki deszcz. Pierwszy na wyprawie, akurat, gdy zeszłyśmy z gór. Zaczęłyśmy łapać stopa. Po kilku minutach podszedł do nas pan i powiedział, że możemy się z nim zabrać, tylko że za pół godziny. Był opiekunek domu dziecka i zaprosił nas na jedzenie, które im zostało po grillu, którego przed chwilą robili. Ajjjj!! Zjadłyśmy ciepłe mięsko z chlebem i popiłyśmy smakowym piciem. Na koniec jeszcze czekoladowe ciasto. Jakie cuda się dzieją! ;)



     Zabrałyśmy się dużym busem z przemiłymi dzieciakami do Viseu de Sus. Tam chciałyśmy jeszcze dalej łapać, ale jakoś nam nie wychodziło, a byłyśmy tak spragnione prysznica i łóżka, że skorzystałyśmy z zaproszenia do domu dziecka. Gdy szłyśmy tam, myślałam, że będzie to placówka podobna do tej z filmu "Bandyta", którego akcja dzieje się w rumuńskim sierocińcu.
Było, na szczęście zupełnie odwrotnie, choć muzyka Michała Lorenca i tak grała w głowie :) Piękny dom w szwajcarskim stylu! Dostałyśmy pyszną kolację i prywatny apartament z szerokim łożem i łazienką. Cały wieczór grałyśmy z dziećmi w siatkówkę i radości wspólnej nie było końca, tak jak i śmiechu z języka rumuńskiego :)


    Znowu nie dowierzałyśmy tej ilości dobra, która nas spotkała! Po porządnym wyspaniu i królewskim śniadaniu, nasi gospodarze odwieźli nas na stopa. Okazali się baptystami i dali nam swój Nowy Testament. Boży ludzie mają nad nami pieczę na tym wyjeździe! Prawdziwy ekumenizm! :) Podziwiałyśmy po drodze strzeliste, piękne wieże drewnianych monastyrów.

    Rano ruszyłyśmy w stronę Sapanty, gdzie znajduje się Wesoły Cmentarz, wpisany na listę UNESCO. A jak Unesco, to  i tłumy z całego świata. I wtargająca komercja. Ciekawe to miejsce, na każdym nagrobku obrazek nawiązujący do tego, czym dana osoba się zajmowała lub jak zginęła i krótki słowny opis. Świetne! ;)
Pełno rolników, pasterzy, lekarzy, muzyków, gospodyń domowych. A wśród turystów, oczywiście Polaków.


 

   
         

      Gdy chciałyśmy wyjechać z Sapanty i ustawiłyśmy się na poboczu, podeszła do nas starsza pani w grubych okularach i pytała kto my, po co , gdzie i jak to, że stopem. Zaraz podeszło też ze czterech panów i tak wszyscy dywagowali nad nami po rumuńsku. Nie pomagało to w łapaniu stopka. Poszłyśmy sobie dalej :)


     Złapałyśmy stopa przez góry piękne i wielką burzę. Miły pan wysadził nas na rondzie, gdzie zatrzymał nam się autobus i kierowca pozwolił nam jechać do Satu Mare bez biletu. Długi spacer przez miasto i przeskoczyłyśmy na Węgry. Już jak w domu, już inny świat ;)
     Tam pan tir Rumun nas wziął i dowiózł nas na parking na autostradzie, gdzie było pełno Polaków. Powoli robiło się ciemno, a panowie rodacy powiedzieli, że wszyscy jadę rano. Próbowałyśmy łapać na wyjeździe. A tu wjeżdża na parking policja. Zwiałyśmy w głąb parkingu i podszedł do nas pewien pan i zapytał się nas, gdzie chcemy jechać i powiedział, że za chwilę jedzie do Polski! Tyle wygrać! Jechałyśmy cysterną pełną pysznego wina Kadarka, którego miałyśmy przyjemność posmakować. Po tym trunku drzemka przyszła dość łatwo :)  Aż tu po północy, na Słowacji, Pan Staszek mówi, że jest problem, bo pękła opona w naczepie i nie da rady jechać dalej... Szybko na radyjku krzyknął na przejeżdżające akurat polskie ciężarówki, które wzięły mnie do Krakowa, a Aga została i przyświecała przy zmianie koła. W taki sposób z super panem mądrym życiowo dojechałam do samego Krakowa, 3- go maja rano, gdy imprezowe niedobitki próbowały wrócić do domu. :)

    Najbardziej dziki, górski nasz wyjazd dobiegł końca. Bity tydzień chodzenia, bez ludzi, zasięgu, schronisk, a nawet szlaków. Wszystko było piękne, tak niesamowicie! :) Polecamy!!!

Na trasie korzystałyśmy z tego oto przewodnika : http://books.google.pl/books?id=xvMeCKipKugC&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false   wiele rzeczy opisanych bardzo szczegółowo, lecz mapy mało szczegółowe i niedokładne ;)

3 komentarze:

  1. Niesamowite jesteście!!! jestem pod wrażeniem Wyprawy!!! Mam pytanie, czy nie trzeba gdzieś w Rumunii zgłaszać straży granicznej taką wędrówkę? Wiem że od strony Ukrainy jest taki obowiązek. Interesują mnie dokładnie Marmarosze - nigdzie nic na ten temat nie mogę znaleźć. Pozdrawiam!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Marcinie! Dzięki za miły komentarz! Co do zgłaszania straży granicznej w Rumunii, my nie zgłaszałysmy nic nikomu. Było jeszcze trochę śniegu i strażników ani widu ani słychu. Tylko raz jak szłyśmy przez otwarty teren, podjechała terenówka (chyba strażników, ale nie jesteśmy pewne) i zapytali się czy nam pomóc. Ale powiedziałysmy, że dziękujemy, jesteśmy turystkami i nie mamy z niczym problemu :)

      Usuń
  2. Super wyprawa, jestem pod wrażeniem!!! Mam pytanie czy potrzebne jest jakieś pozwolenie na odcinek graniczny po stronie Rumuńskiej? Po Ukraińskiej jest wymagane, ale jak jest po Rumuńskiej nikt nie wie :). Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń