czwartek, 15 maja 2014

"Nic ne je nemozne!" czyli jesienne Bałkany 2013

     Na zakończenie sezonu, bez planowania ruszyłyśmy na Bałkany. Piękne, wapienne góry, cieplutkie, czyste morze, nielegalne noclegi, cmentarze, nocne stopy, dzikie psy, Polacy na plaży, zabytkowe miasta, lite skały, piesz psewodnik, krowie łajno, super stopy, chorwackie piwo, beka z Niemców. A przede wszystkim - "Nic ne je nemozne!" 




Dz. I  wtorek 10.09.2013    16.45
autobus 718 z Marek do metra

    Jedziemy! :) Oczywiście, jak to zwykle z nami bywa, jak już zechcemy coś konkretnego zrobić, to się nie udaje. Kilka dni temu było wielkie wahanie, czy jechać w ukraińską Czarnohorę, czy nie, bo podobno pogoda miała się zepsuć. I wyniknęła taka mała telepatia, która pozwoliła nam podjąć jakąś decyzję. Gdy usłyszałam, że mój brat cioteczny pojechał do Czarnogóry, pomyślałam, że może być to ciekawy cel kolejnej stopowej wyprawy. Lecz nie przypuszczałam, że już teraz. Potem Agi mama powiedziała, że lepiej byśmy do tej Czarnogóry pojechały, bo przynajmniej ciepło na pewno. Aga mi to tak w żartach powiedziała. Jak się o tym dowiedziałam, to WOW, może trzeba tam jechać?!

 I zaczęłyśmy o tym gadać. Już czytałyśmy o pięknie gór Durmitoru i przełomie rzeki Tara. Wszystko fajnie, aż do wczorajszego wieczoru. Otóż ja, roztropne i niegrzeczne zarazem dziecię, nie powiedziałam rodzicom o Czarnogórze, lecz o Czarnohorze, by szoku zbyt dużego nie było zanim wyjadę. W godzinach wieczornych zadzwonił mój kuzyn, który organizuje wyjazdy. I tak słowo do słowa, okazało się, że jutro jego autobus jedzie do Lwowa. No to oczywiście idealna okazja, żeby się nim zabrać. Aj…  Dzwonię do Agi i co? Jedziemy, skoro taka szansa nam się trafia. A potem gdzieś do czarnych gór, a czy Czarnohorskich czy Czarnogórskich, czas i pogoda pokaże! 

Dz. II środa  11.09.2013  7:15 czasu ukraińskiego
Pociąg ze Lwowa do Mukaczewa

Mamy za sobą dwunastogodzinną drogę studenckim autobusem. Stwierdziłyśmy, że stopy są wygodniejsze i się strasznie żeśmy wygniotły w tamtejszych warunkach. Generalnie było dosć chędogo, ale przez to teraz trochę śpiąco. Jedziemy sobie pociążkiem, Wer trochę niepocieszona, że nie na Rachiw. Narazie jedziemy szukać ciepełka i swojego miejsca na ziemi w Montenegro :) tzn. póki co, to z Ukrainy będziemy się wydostawać, więc może być dość zabawnie.



13:25  Berekszasz

Ukraina trzyma nas w swoich folklorystycznych ryzach. Jechałyśmy marszrutą do miejsca, gdzie odchodzi droga inna na Węgry. I fajnie, bo znowu niosą pomocną dłoń, kiedy widzą, żeśmy nie stąd i że nie zwykłe turystki, bo zwykli obcy się tu raczej nie zapuszczają. Zaczepiają, pokazują, proponują taxi – ale nie są nachalni. Lubimy Ukrainę, za to, że jest i za to jaka jeszcze jest, a wiemy, że czas zrobi woje i kraj ten się ucywilizuje. Jesteśmy jednak nie w tej miejscowości, co myślałyśmy… tak wyszło po dłuższym przestudiowaniu mapy.


14:45 węgierski TIR


   Pierwsze śmieszne węgierskie przygody zdarzyły się jeszcze tuż tuż przed Węgrami. Pomiędzy Ukrainą a Węgrami, w strefie, gdzie postanowiłam zrobić zdjęcie. Ogólnie wszystko fajnie, a zachodzimy do okienka paszportowego na granicy, a tu pani mówi nam coś takiego :  "Gdzie ten aparat co zdjęcia robił…..” w pierwszej minucie nie ogarnęłyśmy o co chodzi a ona nam „ co wy, w swoim języku nie rozumiecie?” Okazało się, że pani celnik po polsku mówi całkiem dobrze, a chodziło o to, że na granicy nie można robić zdjęć i że mamy je przy niej usunąć. Trochę wstyd ten aparat komukolwiek pokazywać ze stanem jego ekranu, ale przecież jak trzeba, to trzeba – zdjęcia nie były wielce wartościowe. Usunęłam. Pani dziwiła się jeszcze, że jak my tam ze Lwowa dotarłyśmy, potem dokąd zmierzamy i czy pieszo.
   Wyszłyśmy z granicy i zastałyśmy powszechne tam chyba zjawisko, czyli ludzi przelewających paliwo. Potem trafił się fajny stop – dokładnie w tej amej chwili, kiedy Wer zaproponowała, że pójdziemy uzbierać sobie jabłek w okolicznym sadzie, do którego miałyśmy tyle, co przez drogę. Z jabłek nici. Stop okazał się panem muzykiem, który gra w operze na trąbce, a na co dzień kształci Janko Muzykantów. Ma całą muzyczną rodzinę, a dzięki swojej pasji zjeździł również pół świata :) w Polsce również go nie zabrakło. Wysadził nas tuż za autostradą po drodze do Debrecen, gdzie zaraz po rozpoczęciu naszego łapania, pojawiła się policja… przez chwilę zawiało grozą… żartuję… bez przesady, może nie grozą, ale trochę czułyśmy się skołowane – co zrobić? Wzięłyśmy plecaki na plecy i w sumie chciałyśmy się na chwilę stamtąd usunąć. Nigdzie pójść nie zdążyłyśmy, bo pan Rendżers podszedł do nas i coś mówi. My nie rozumiemy, ale po chwili wysiłku wyszło, że pan policjant drogę nam wskazuje gdzie mamy łapać na Debrecen :) Straszną miałyśmy radochę, że tak sympatycznie. A odjeżdżając, jeszcze nam po rusku powiedzieli, żebyśmy się odrobinkę dalej przestawiły. Kolejny stop zjawił się w przeciągu 5 minut. I tak oto już dojechałyśmy do Debrecen, a teraz wyjeżdżamy za miasto i 220 km do Szeged. 

21:20  krzaki przy stacji benzynowej przy Oroshaza, Węgry


    Już wcześniej próbowałam pisać, ale mi za bardzo trzęsło. Dojechałyśmy do Szeghalom stopniowo – z państwem, którzy cicho, licho po angielsku próbowali mówić. Potem właśnie trzęsący się tir węgierski, ani be ani me w żadnym języku, ale to był pan, który się martwił :) Podwiózł nas do Besbeszo…. A zaraz po pierwszym tirze jeszcze byli dwaj panowie. Chaos trochę w tej relacji ale nijak przed chwilą nie mogłyśmy ogarnąć, ile tych stopów było i gdzie nas dowiozły. A do tu, gdzie jesteśmy przywieźli nas państwo i pan mówił po angielsku i niemiecku :) piękny był zachód słońca! Mamy tylko 50 km do Szeged i już zaraz serbska granica! Jest cieplutka noc, świerszcze cykają, gwiazdki świecą. Po tej nieprzespanej nocy w autobusie do  Lwowa, zaraz pójdziemy w długą i cudowną kimę! :) 


Dz. III czwartek 12.09.2013


10:20 macedoński TIR, tuż za serbską granicą
SERBIA!


    Z naszego pola namiotowego szybko złapałyśmy pana mówiącego po angielsku, który nas za Szeged wywiózł prosto na autostradę na granicę. Stamtąd fajnego pana złapałyśmy, który wywiózł nas na stację, tuż za granicą. A stąd łatwo poszło i mamy Tira aż do Belgradu, czyli ponad 200 km do przodu. Na GPSie drogę nam pokazał do naszego Żabljaka. I kolejne przekonanie, że TIR to dom – buty kazał nam zdjąć, postawić je na gazetach ;) i łatwo się dogadać, bo język słowiański. Tak przyjemnie, że się rozumie, nie to co poczucie analfabetyzmu w kontakcie z Węgrami! Śmiesznie, bo autostrada pusta… jak na razie nic tu różnego od Węgier, oprócz języka. Miłego nawet, a wszystkie nazwy napisane w dwóch alfabetach – normalnym i lekko zmodyfikowaną cyrylicą.

14:15  Serbia, w drodze do Tary


„Serbia to niebezpieczny kraj” – napisała mama, zasugerował jeden z ostatnich stopów. Czyżby?... no na razie sama życzliwość nas spotyka, więc dość tych stereotypów. Pan z Macedonii mówił, że Serbia nie problem, ale dużo problem Kosowo i stolica Czarnogóry, Podgorica. Żeby nas przypadkiem nie poniosło. Mafia i takie tam islamskie szaleje podobnież i dwie dziewczyny to niekoniecznie bezpiecznie. My pewnie i  tak byśmy przetrwały, ale szczerze mówiąc to nie mamy tam czego szukać :p teraz też fajny TIR, sam nas trochę złapał z innej drogi niż tej, na której stałyśmy. Leje, leje, leje…

15:17 TIR


Znowu zaniosło nas w dziurę i chyba fajnie, tylko szkoda, że pada. Pan kupił nam soki brzoskwiniowe, które przypominają syrop z brzoskwiń z puszki. Pycha… ;) nie udało się wytłumaczyć, że nie trzeba, że mamy wodę. Serbska gościnność : Co chcecie, co chcecie? I nie ma, że nie!


19:20 kierunek Montenegro

Zaraz po rozstaniu ze stopem, który pod sam przystanek podjechał, 


żebyśmy nie zmokły, zrobiłyśmy siku i zjadłyśmy parówki, czyli załatwiłyśmy potrzeby I rzędu z piramidy Malsona i zabrałyśmy się za rząd II, czyli poczucie bezpieczeństwa, co by się z tego „niebezpiecznego” kraju uwolnić :p a tak serio to po protsu zastopowałyśmy spod przystanku, bo lało niesamowicie, ale o tym już wspo
minałam. Po pewnym czasie i jednym falstarcie zatrzymali się Bośniacy. Wer do nich po rusku, a oni.. uwaga, uwaga – po angielsku!!! Super. W końcu zawiązał się sznur porozumienia (nić  zawiązała się po wyjeździe z Węgier do kraju słowiańskiego w mowie). Zawieźli nas do krainy tęczy i niebieskiego nieba, która znajdowała się zaledwie kilka kilometrów od miejsca uprzedniego pobytu. Tam spędziłyśmy zachód słońca i już zaczynałyśmy marznąć, gdy w końcu zjawił się stop do Czarnogóry. 


20:16  Prjepole


Jednak Czarnogóra jeszcze chwile na nas z utęsknieniem musi poczekać, bo wysiadłyśmy w Prjepolu. Stop jedzie przejściem granicznym, które trochę nam nie po drodze. Chciałabym, żeby te 80 km drogi z tym stopem trwało wiecznie, bo jest tu tak ciepło, a na zewnątrz wciąż leje.




Dz. IV piątek  13.09.2013  

7:15  namiot na polu w Prjepolu przy cmentarzu

      Obudziłyśmy się z deszczem niestety. Ciepło było w nocy, to pozytywnie.  Piękny dzień był wczoraj jeśli chodzi o stopy ;) krótko czekałyśmy i chędodzy ludzie byli! Jak przez góry do Tary jechałyśmy, to było ogromnie ekstremalnie, bo droga wiodła chyba ze 2 lub 3 godziny wciąż przez serpentyny, a do tego nawierzchnia nieciekawa, czasem nawet się zapadająca i szerokość malutka. 
Nasz pan kierowca kręcił kierownicą zawzięcie – w prawo, w lewo, w lewo, w


prawo. Trochę przysypiałam, bo ciepło i fajnie było :) a jakże w tych górach było folklorystycznie. Przy drodze stały chatki, takie bardzo prymitywne, często zawalone, przy nich chodziły kozy i jeździły wozy i przedpotopowe ciągniki. Wszędzie wielki kupy siana i spacerujące babuszki w chustkach. Mimo iż niewiele przemieściłyśmy się, uczucie było piękne, bo potęgowała je jeszcze serbska super muzyka! I naprawdę uważam, że umiemy złapać stopa tam, gdzie się nie da ;)  Z językiem wczoraj było trochę problemów, gdyż okazało się, że oni w większości nie mówią po rusku, a ten serbski niestety trochę trudny do zrozumienia i spory wysiłek wkładałyśmy, żeby się ogólnym językiem słowiańskim porozumieć. Polskim słabo, ruskim też, ale jakoś tam powoli do przodu. 


12:10 nad Rijeką Tarą


Po trochę długim łapaniu stopa, które wcale długie nie było, ale mało aut jeździło, zabrał nas za czarnogórską granicę i wysadził w Pljevljach.  (zostawiam tak jak w rękopisie – zdanie bez podmiotu, nie wiem dlaczego!) . Tam mała toaleta na stacji benzynowej i takie „świeże i pachnące” wsiadłyśmy do ładnej Skody Octavii, bo krzyknęłam mu, że taki mam samochód, więc się zatrzymał ;) Trochę mu w pięknym aucie syfu narobiłyśmy plecakami… dowiózł nas jadąc ponad 100 km /h po serpentynach, ścinając każdy zakręt. Wysadził nas tu, w pięknym miejscu, na moście nad przełomem rzeki Tara. 


Już widać
wapienne góry, rzeka super zielona. Słonko wychodzi, rozbieramy się coraz bardziej. I łapiemy stopa do Żabljaka, ostatniego przystanku przed ruszeniem w góry! Pogoda ma być ładna. Mapa już kupiona. Spotkałyśmy Polaków z Wrocławia, jeżdżą autem po Bałkanach. Już taki przedsmak gór, ale jeszcze nie smak, bo jeszcze nie szlak. Pogodo, bądź dobra! :)

Słońce świeci nad nami, ale cóż z tymi stopami?










    14.55 nad Żabljakiem

    No to była ładna pogoda. Wzięła nas na stop Niemka. Miła rozmowa sytuacyjna w trakcie drogi oczywiście wyniknęła :) Zakupy chlebowe zrobione, spróbowałyśmy jeszcze nowego jagodowego Sommersby! Ruszyłyśmy, szlak znalazłyśmy, a tu burzę słychać i lać zaczyna. Więc rozstawiłyśmy tropik i siedzimy pod nim. Burzę gdzieś daleko słychać. Niby przestaje padać, ale niewiadomo, czy iść, czy siedzieć…

20:35 nad Jeziorkiem Zminjym


Udało się ruszyć w góry!  Po burce wędrówka spokojna i niestety krótka. Ok. 17 dotarłyśmy tu i padało. To mała posiadówa pod tropikiem oczywiście. I małe zgubienie, bo gdzie ten szlak. To powędrowałyśmy wzdłuż jeziora pod górkę. Lecz znów szlak zniknął i rozpadał się deszcz duży. Więc raz już trzeci rozkładałyśmy tropik. Pod nim już zaczęło nam się robić zim
no i czas było szukać miejsca do noclegu. Zawróciłyśmy więc z powrotem do punktu wyjścia nad jezioro. Całe szczęście mamy ze sobą cały czas PSZA PSEWODNIKA, którego nazwałyśmy BOK. A dlaczego tak? Bo zawsze jest przy boku, a poza tym „bok” to po czarnogórsku cześć. Dziś był piątek 13- ego i jakoś nie zrobiłyśmy nikomu żartu, że jest zapisany do startu w maratonie warszawskim.


1:45 

Pobudka, bo z zimna nóg spać już jakoś się nie dało. W sumie nie jest tak źle, bo po sobie niezimno. Ale nogu po dłuższym czasie robią swoje, dlatego teraz mała przerwa na ciepłą herbatkę i zaraz z powrotem lulu :) a BOK na boku sobie leży i powarkuje czasami, jakby napastników odganiał! Siku zrobiłyśmy, nawet ja, bo od zimnych nóg. Teraz niebo jest jeszcze bardziej czarne, a gwiazdy jeszcze jaśniej świecą. I ta nieprzenikniona cisza wokół. Prywatny las, nad prywatnym jeziorem, w prywatnych górach. W nocy w Czarnogórach :) wierzę, że ten nasz BOK to zmaterializowany Anioł Stróż! Bo tych nawet i niematerialnych nam nie brakuje!


Dz. V sobota 14.09.2013

7:15

Nie do wiary – niebieskie niebo… i to nie tak trochę, lecz wszędzie!!! Pięknie! Prawda li to, że jest słonko :) 





13:35   gdzieś ok. 2200 m n.p.m.

    Idziemy dzielnie w górę. Już 700 m podejścia za nami. Widoki niesamowite. Krok za krokiem coraz lepsze. Niestety w pewnym momencie oprócz naszego cudownego Boka pojawiły się wokół nas jeszcze trzy psy, w tym jeden, który się ze wszystkimi bił. Bałyśmy się trochę, bo wyglądało to ostro. ale na razie sobie poszły. Spotkałyśmy dwójkę Belgów idących do „hostelu” nad Jezerem Skrckim.  Dogoniły nas również dwie Niemki niosące rowery na plecach, fazerki! Chmurki prędko po niebie się przesuwają, co jakąś chwilę zasłaniając słonko. Tak oto co chwilę akcja zakładania lub zdejmowania kurtek, która łączy się z zakładaniem lub zdejmowaniem plecaków, co już nie jest takie łatwe!


21:45 nad Jezerem Vielikim Skrckim, ok. 1700 m n.p.m.


Śpimy na dziko. A chciałyśmy nie. Trochę nam prysznica potrzeba, więc zdecydowałyśmy się pójść do niby-schroniska nad tym jeziorkiem i spytać, czy jest prysznic. No to poszłyśmy, przywitał nas pan bezzębny praktycznie. I rzucił nam 6 euro od osoby, niby niedużo, ale po co płacić jak nie ma prysznica. Więc podziękowałyśmy i poszłyśmy, a on się upominał o bilety, których oczywiście nie miałyśmy ;) Słabo szło się z nim dogadać. Tylko na odchodne powiedział, że w parku spać nie można. No ale my co? Śpimy tu i tak. Skitrałyśmy się w krzakach niedaleko szlaku i tej chatki. I siedzimy i myślimy, czy przyjdzie nas szukać, bo przecież oczywiste, że nie dojdziemy do Żabljaka, do którego jest ponad 15 km! Tak więc na każdy szmer reagujemy wyłączeniem światła i rozmową szeptem. W trakcie naszej dzisiejszej wędrówki co krok zachwycałyśmy się pięknem skąpanych w słońcu wapieni. Chłonęłyśmy ogromnie! Zdjęcia, zachwyty, a BOK nam gdzieś zniknął. Poszedł za innymi turystami. Okazało się również, że nasza mapa jest super nieaktualna i szlaki nijak nam się nie zgadzały. Główny szczyt, na który chciałyśmy iść, okazał się bardzo daleko i znikąd nie było na niego szlaku… i idąc tak jakby wg mapy, wylądowałyśmy z innej strony gór niż chciałyśmy. Ale i tak było pięknie. A noc będzie zimna. 


Dz. VI  niedziela 15.09.2013 

5:25

Ciemnica. Ugotowałyśmy herbatę i powoli będziemy czekać na świt. Pan nas nie ścigał i mamy nadzieję, że dziś też nie trzeba będzie udawać głupa ;)



8:30 bezpieczne na szlaku


W wielkiej konspiracji i intrydze udało nam się niezauważalnie przemknąć okrążając chatkę. Zeszłyśmy najpierw do jeziora, już myśląc sobie „bez sensu, bez sensu, trzeba było iść jak ludzie przy chatce i najwyżej się jakoś tłumaczyć szczerbatemu”. No ale jak już zeszłyśmy, to idziemy. Potem nagle, po wspinaczce pionową ścianą w lesie, rozwidlenie – hura! Widać chatkę z daleka. Idę sobie pierwsza i „o-oł!”. Ludzie wyszli z chatki. Odwracam się, a tam, tuż za mną…
Tak, tak, właśnie ja…. Ale niezwyczajnie, bo padłam za krzaczkiem, chąc ukryć się przed wzrokiem strasznego bezzębnego i wpadłam ręką w krowie łajno!!! Aga też zaraz padła koło mnie, ale krzak był tak mały, że cała wystawała, a że była czerwono-niebieska i się ruszała, łatwo byłoby ją zauważyć. Gdy tylko Belgowie ruszyli na szlak, a facet strażnik się schował, pędem ruszyłyśmy przed siebie w stronę szlaku, żeby skryć się za górką. Zapewne ta cała szopka niepotrzebna, ale przynajmniej śmiesznie było. A teraz siedzimy, jemy czekę i mamy bekę! :D



11:20


Co to kur.. było!?!?!?
Szlak nie okazał się łagodnym szlaczkiem, a trudnym szlauchem. A przynajmniej dla ludzi z plecakami jak nasze. No i w sumie spoko, idziemy sobie, aż tu nagle moment. Dokładnie ze 3 m w dół, których nijak z plecakiem przejść się nie da. Zrzuciłyśmy kijki. Ok., daleko nie poleciały. Teraz trzeba zrobić coś z plecakami. No i tak sobie zdjęłam go i zrzucam  - próbując położyć.

 Jeb,

       jeb,
              jeb, 
                     jeb,
                            pach,
                                      bach, 
                                               trzzz,
                                                         trzz,
                                                                  jeb, 
                                                                           bach…



Może się zatrzyma na kamieniu? NIE. Bach, bach…. BACH – stoi! I tak oto musiałam schodzić z 70m niżej, po pionowym gruzowisku. Ale za to widziałam Niepylaka Apollo i kopulujące ślimaki. Pachniało ziołami. Potem weszłam po gruzie starając się nie wywołać lawiny… zabrałam po drodze namiot, który oczywiście wypadł. No i już po wszystkim  - tylko trochę niepotrzebnej energii straciłam. 











15.30

         BOBOTOV KUK (2523 m n.p.m.) - najwyższy szczyt Durmitoru  zdobyty! Poszłyśmy bez plecaków na sam szczyt i całe szczęście, bo co najmniej 2 godziny dłużej byłoby z nimi. Cieszymy się, że pogoda się udała, a na szczycie panował bezwiatr. Miałyśmy na szczycie swoją prywatność, bo godziny szczytu szczytu minęły, kiedy wchodziłyśmy i mijałyśmy mnóstwo schodzących ludzi – oni tak fajnie nie mieli. Po drodze zaliczyłyśmy parę poślizgów, wzlotów i


upadków. Widoki były nie do opisania, żyć nie umierać, zwłaszcza spadając w przepaście wokół! ;) mijałyśmy zdechłego gryzonia, być może mysz, który miał wielkiego pecha, bo dostał kamieniem w głowę. Robi się chłodno, więc zaraz będziemy się szykować do drogi. Chmurzy się, pełno cumulostratusów na horyzoncie i nad nim. Mamy nadzieję, że nic nie przyniosą.

19:45 Żabljak, nasz apartament


Po zdobyciu Bobotova, zmęczenie nas wzięło wielkie. Wprawdzie było na kamieniu napisane, że do Sedla, do którego zmierzamy było tylko 1h 15 min, my szłyśmy prawie 3, rozbierając się i ubierając, bo słońce jak było, to było gorąco, a jak zachodziło, było totalnie zimnooooo. Spotkałyśmy parę Polaków ze Śląska, którzy z Sedla wyszli i jutro chcą zdobyć Bobotova. Hmm, niezłe z nas szczęściary, bo miałyśmy super pogodę, a jutro znowu ma być zimno, mokro, wietrznie… było naprawdę chędogo, lecz dziś rozładował nam się aparat. Nasze oczy zrobiły najlepsze zdjęcia! Gdy zeszłyśmy do Sedla, to Aga z daleka machnęła ręką i zatrzymał nam się samochód pary z Podgoricy. Znali angielski, więc przyjemnie było pogawędzić. I tak oto niecałą godzinę po zejściu ze szlaku, jesteśmy w naszym pokoiku, który kosztuje nas 10 euro. Może dałoby się znaleźć taniej, ale byłyśmy bardzo styrane i w informacji turystycznej był pan właściciel tego. Mamy małżeńskie łoże, plazmę, kuchnię i wielką wannę w łazience! 
 A dziś rano nie było wesoło, bo mój nos nie umiał oddychać, a zatoki bolały. Trochę zmartwienia miałyśmy, ale wystarczyło wejść w góry, a wszystko wróciło do normalnego stanu. Dzień był obfity we wszystko i już wiemy, że nasze podchody i wpadkę w gówno będziemy wspominać wiele wiele razy! Szlak z jeziorka naszego na Bobotova miał zająć nam 3h30min, a szłyśmy ok. 5h! Kilka momentów naprawdę ekstremalnych. Cieszyłam się tylko, że nie dopada nas wtedy panika, bo byłby paraliż i o wypadek nietrudno. Było niełatwo, ale cudownie! Poobijane nogi, łokcie, poobdzierane lekko dłonie… lecz czymże to jest w porównaniu do uczuć, które w nas te góry wzbudzają? NICZYM! I dlatego fajnie się pomęczyć. Bo jak ciało zmęczone, to i radość większa ;)
O! właśnie wyszła czysta i pachnąca Aga! Aj, inna dziewczyna normalnie! Kto nie widzi i nie czuje jej teraz, niech żałuje :P Gdy weszłam do łazienki, zobaczyłam w lustrze nie-siebie ;) Jakieś ono felerne… Aga już szczęśliwa! Już nie powie, że „życie jest ciężkie”, cytując starsze generacje.

Dz. VII poniedziałek 16.09.2013

11:30 w   stopie z Rosjanami

Łapałyśmy stopa, użądliła mnie pszczoła. Wszystkie stopy pokazywały, że gdzieś skręcają, więc postanowiłyśmy podejść dalej, zobaczyć, gdzie oni wszyscy jadą. Zobaczyłyśmy krowę przechodzącą przez drogę tak jakby nigdy nic, bez żadnego łańcucha ani człowieka ;) chciałam zrobić zdjęcie, ale zanim zrobiłam, krowa przeszła i sensacji nie było. W tym samym niemal czasie zatrzymał się stop. I gdzie? Prosto do Kotoru, nad morze! Czyli jeszcze nie Chorwacja, ale jedziemy tam.


12:00 ruski stop


Ale fajni ci nasi Rosjanie! Nie wiedzą tylko, że jak mówią między sobą, to ja sporo panimaję ;) mieszkają na Syberii, w okolicach Krasnojarska. Mają samochód z napędem hybrydowym! I z tak uroczym akcentem mówią po angielsku. Wszędzie wokół chmury, zimno i popaduje. Dobrze, że oglądamy to z samochodu, a nie z gór.
Się przestać zachwycać nie mogę, gdy jedziemy przez góry Czarnogóry. Ten cały kraj to jedna wielka trasa widokowa ;)

17:00 Kotor



Droga była widowiskowa. Oczywiście ni słowami, ni zdjęciem nie dało się tego ująć. Zaatakowało nas tu miękkie powietrze i od razu się ciężej oddycha. Zaraz będziemy zwiedzać. Tak, tak, to nie żart – my zwiedzać! ;)


17:40


No tak, długo nie potrwało. Pokrzątałyśmy się między wąskimi uliczkami. Prawda – urocze. Prawda – ładne i robi wrażenie, ale ciekawsi są ludzie, turyści. Mamy z nich podśmiechujki. Robią zdjęcia wszystkiemu, czy to małe, czy to duże, ładne, brzydkie, interesujące, czy nie. My, idąc, też niee omieszkałyśmy zrobić zdjęcia drzewu, które zdawało się być dla ludzi atrakcją niczym Wieża Eiffle’a.  obecnie pada deszcz i tłóczymy się w bramie miasta z masą ludzi i dzieciaków ze szkolnej wycieczki.

22:50 krzaki przy drodze za Kotorem


Dzień stopowy naj : najdłuższy stop – ruski, z którym przejechałyśmy ok. 5 h i najdłużej łapałyśmy stopa i go nie złapałyśmy! Od 19:00 do 22 łapałyśmy i szłyśmy i wylądowałyśmy hen, daleko, gdzie już się latarnie skończyły i wlazłyśmy w kłujące krzaki przy drodze. Jest ciepło, nie pada, księżyc nam przyświeca, a wokół zarysy czarnych, strasznie-wyglądających gór. Prawda li to, że Czarnogóra pełna Polaków. Lecz dopiero tu ich spotykamy sporo. I nie biorą nas na stop. Tak więc po zwiedzeniu starego miasta, wpisanego na listę UNESCO, chcemy udać się do Chorwacji. Świerszcze cykają! Po raz kolejny dzisiejszego wieczoru miałam poczucie cudne trwających wakacji – gdy poszłyśmy niedaleko ładnego, starego kościółka nad brzeg zatoki oświetlonej licznymi światłami i jadłyśmy kolację przy tradycyjnej bałkańskiej muzyce – ACHH!!!! Takie chwile mogą trwać wiecznie. Jak lite skały! Prawda lito lita! ;)




Dz. VIII wtorek 17.09.2013

6:41

Budzimy się. Pada. Przestaje. Pada. Przestaje. Ktoś idzie i szczeka. Lepiej spadajmy stąd, skoro już ludzie zaczynają szczekać. Całe szczęście potem szczekają również psy ;) znowu pada…

7:05 


Pada. Przestaje, znów. Teraz spoko, to wychyliłyśmy główki z namiotu i bawimy się w fotoradar robiąc zdjęcia przejeżdżającym samochodom. Ten spojrzał, ten nie. Aga mówi, że oni może sobie myślą, że my to krzaki ;)


11:30 Dubrownik


Siedzimy tu przy pewnym typie w Dubrowniku i robimy sobie zdjęcia. Jak mówią przewodnicy, jest to famous writer, pan Marin Drzic. Stare miasto w Dubrowniku zachwyca swym klimatem i architekturą. Stare, wyślizgane kamienie przypominają o dawnej świetności tejże warowni, bla, bla, bla. Prawda li to! Super tu, ale dla nas nie na długo ;) Przyjechałyśmy na granicę z trzema śmiesznymi panami, którzy ogarnąć nie mogli, że my w namiocie w kiszę, czyli deszcz śpimy. A na granicy Polacy nas wzięli z Poznania i przywieźli tu, do starego miasta wpisanego na listę UNESCO ;)



























15:00 ok. 30 km od Dubrownika

Po szybkim zmęczeniu pięknym miastem, szłyśmy sporo w górę, do drogi na Split. Tam spotkałyśmy ludzi łapiących stopa na Split właśnie. Idziemy i mówimy : „Dziwne, jeśli to nie będą Polacy”. Podchodzę i pytam : „Hi, where are sou from?” I słyszę w odpowiedzi : „From Poland!” ;) hihi, fajna para z nich i wyglądali na dość zakręconych ludzi. Chwilka rozmowy i poszłyśmy dalej. Był przystanek, a na nim dwa piękne krzesła ;)



Usiadłyśmy więc wygodnie i złapałyśmy stopa szybko. Tylko 10 km, ale to nic. Koleś nam powiedział, że Chorwaci nie lubią Serbii i Czarnogóry, przez wojnę domową, która była niedawno całkiem. Szybko zatrzymał nam się TIR i jedziemy aż do Zadaru ;) mkniemy wielką maszyną przez super krętą, super widokową magistralę adriatycką! Pogoda zaczyna być piękna, jutro chcemy morze! A mój fotel ma tak fajne sprężyny, że tak lekko unosi się i opada na nierównościach drogi amortyzując mi je!

17:00 

Burza z gradem. Jak dobrze być w tirze ;) ulewa i słońce. Genialne widowisko z wnętrza, farciary! ;)


Jest tak pięknie, że aż chcę o tym napisać. Ale nie wiem com bo nie ma odpowiednich słów na to jak wybrzeże dalmatyńskie mi się podoba. Wer śpi, rozkołysana nierówną drogą. Ulewa minęła i zostały po niej tylko olbrzymie kałuże. Uwielbiam te rozmowy na migi z kierowcami. A nasz obecny kierowca ma tak przesympatyczny wyraz twarzy. JAK CUDOWNIE ŻYĆ!

21:40 na kamieniach przy morzu na przedmieściach Splitu ;)



Jechałyśmy tirem miałyśmy do Zadaru, ale nasz przesympatyczny kierowca dostał telefon, że musi skręcić do Bośni i jechać po jakiegoś kolegę. I wysadził nas za Makarską na parkingu. Szybkie jedzonko i piękny zachód słońca rozlewający swe ciepłe a zarazem ostre barwy po wodzie Adriatyku i wzgórzach płowych ;) Złapałyśmy stopa. Koleś bardzo szybko jeździł, ogarniał bezproblemowo ogólny język słowiański. Wpadł na pomysł, że Aga jest Rosjanką, a ze mną się ożeni i zaczął mnie w rękę co jakiś czas całować. Na imprezę chciał nas zabrać, ale my grzecznie podziękowałyśmy. Śmieszny typ, niegroźny, ale wolałabym bez tych zachwytów… wiadomo, że tylko na nich się skończy, ale są niewygodne. Wysadził nas przed Splitem i jesteśmy przy morzu zaraz, przy czyimś niedokończonym domu ;) woda chlupie o brzeg, już na pomoście zjadłyśmy kolację przy pełni księżyca. 




Dz. IX środa 18.09.2013 



8:15 na pomostku przy obozowisku



Noc była najpierw ciepła, potem zimna, ale ogólnie spoko. Ludzie uprawiający poranny jogging na wybrzeżu musieli mieć niezłą zagwostkę, co tu robi namiot. A teraz siedzimy i jemy, może na mostku należącym do ruskiego milionera? 

11:15 na plaży przed Splitem


Ciepło, słonko, morze, czy lepiej być może?! Zwłaszcza mając świadomość, że w Polsce zimno, pada… No to dziś dzień wakacyjny. Leżymy, jemy herbatniki. Pływamy w krystalicznie czystej wodzie! Tylko słabo trochę, bo pełno wokół nas Polaków. Właściwie tylko oni. Lecz my byłyśmy pierwsze, gdyż nasz hotel serwuje pobudkę zaraz po wschodzie lub nawet przed!

Usmażymy się dziś i odpoczniemy fest. Nowe motto Stopami właśnie powstało : „W DOMU DOBRZE, ALE WSZĘDZIE NAJLEPIEJ”

















22:45 przy zjeździe z autostrady przy Szybeniku


    Śpimy już. Łapanie stopa ze Splitu było masakryczne. Szłyśmy, szłyśmy, coraz dalej i dalej i nic. W końcu patrzymy, a na poboczu stoi sobie pusty autobus. Pytamy się kierowcy. Wziął nas i podwiózł na wyjazd na autostradę. Tam dłuuuuugo nam zeszło, ale zatrzymał się pan nawijający po niemiecku. O dziwo go rozumiałam i się dogadałam ;) podwiózł nas do bramek przy autostradzie, bo tam jest szeroko i każdy zwalnia. Od razu zatrzymał nam się taki bus Volkswagen, jakim niegdyś hippisi jeździli. A za kierownicą siedział chłopak z dredami i brodą! Byli parą ze Szwajcarii, super ludzie, którzy właśnie tu nas podrzucili. Ruch niestety tak późno znikomy, więc się rozbiłyśmy.




Dz. X czwartek 19.09.2013 


11:08 okolice Zadaru


Ciężko było się wydostać z wjazdu na autostradę przy Szybeniku. Warto było jednak swoje wystać, aby trafić na takiego fajnego, mówiącego po słowiańsku pana. Postawił nam kawkę z mleczkiem i rogalika. Był super i cieszył się nami niemal tak jak my nim. Kiedy powiedziałyśmy, że podoba nam się tutejsza muzyka, podarował nam płytkę. Zwiózł nas z autostrady i teraz czekamy sobie na stopa.


Tutaj link do jednej z piosenek z płyty podarowanej przez Pana :)

 Oczywiście wielu Niemców przejeżdża, ale oni nas wziąć nie mogą, bo w ich vanach przecież jest za dużo miejsca. A w przyczepach nie przewiozą, bo nie można, choć tak bardzo by chcieli. Mamy z nich podśmiechujki, kiedy bezradnie rozkładają ręce, że no by nas wzięli, ale nie mogą ;) Oni są tak nudni, że bez nich świat byłby nudny :P Może jeszcze pojedziemy obejrzeć Jeziora Plitvickie, ale zraża nas cena, bo czemu za cuda natury płacić trzeba? Podobno ładnie tam…

Słonko grzeje, wiatr wieje, Niemców kupa jeździ. Są tak mili! Tak bardzo chcą nas wziąć. Hmm, oni chyba od zawsze potrzebowali więcej przestrzeni życiowej… bawimy się w obstawianie z jakiego kraju samochód jedzie. Niemców zgadujemy z daleka w 100% ;) „Bo przepisowo jedzie”, „Bo wypasiona bryka”, „Bo wielka przyczepa”, „Bo nudni”

12:00


Mit chwilowo obalony! Jedziemy z MŁODYMI Niemkami! Kierunek Jeziora Plitvickie. Zatrzymały się na linii ciągłej! Warto wyruszyć w świat, żeby zobaczyć takie dziwy. 

Dz. XI  piątek 20.09.2013


4:20 granica serbsko-chorwacka dla tirów


Ach, co to był za dzień…

Po długiej jeździe górskimi, krętymi drogami w wielką ulewę z ginącym gatunkiem i fajną muzyką, dotarłyśmy do Parku Narodowego Jezior Plitvickich. Uderzył nas tłum. Ogrom turystów z całego świata. Japońców z aparatami również… aj, bolało to. Ogarnęłyśmy, że bilet kosztuje 120 kun, czyli po tamtejszym kursie ok. 70-80 zł. Co jak co, ale dotychczasowy koszt całej wyprawy tyle wyniósł. Nie podwoimy go zatem w jedno popołudnie. Na pewno widoki piękne, ale pewnie piękniejsze nieraz miałyśmy za darmo. I nie lubimy natury z tłumem ludzi. Zatem popatrzyłyśmy z góry, z takiego mostku, spojrzałyśmy na rzekę zieloną i piękny wodospad. Ruszyłyśmy na stopa w stronę Zagrzebia. Złapałyśmy całkiem szybko. Dwóch starszych panów. Jeden polski nawet ogarniał.  Gadał niesamowicie dużo i długo. I gadał, gadał… o tym, że Niemców nikt nie lubi, a Polacy dobre ludzie. Kupili nam również piwo, bo my Polki i z definicji lubimy pić… dobrze go rozumiałam nawet, ale czasami się gubiłam w ilości i prędkości jego przekazu. Tak bardzo chcieli, żebyśmy spały gdzieś w hotelu, tak jak oni, bo niebezpiecznie wieczorem łapać. Oczywiście różne pokoje itp., bo przecież oni normalni są i nie idioci. No oczywiście, hehe! Dlatego taka troska o nas! No ale my chciałyśmy łapać dalej póki dzień. Myślałyśmy, że nas wysadzą gdzieś dobrze na Budapeszt. Ale nie. W miarę w środku miasta to się okazało. Kolejna stolica. Brrrr. A potrzebę sikania po zafundowanym piwie miałyśmy ogromną, tak ogromną, że Aga od zmysłów odchodziła i była bliska miotania się w gorączce szaleństwa. Gdy tylko nas wysadzili, wielkie oddawanie uryny uczyniłyśmy w jakimś krzaczku pod normalnym blokiem. Potem, o parę litrów lżejsze, ruszyłyśmy przed siebie. Przelazłyśmy wiele, wyszłyśmy na autostradę we wszystkich kierunkach. Jeden pan nas olśnił, że tam, gdzie stoimy, na Budapeszt nikt


 nie będzie jechał, bo ten zjazd jest po drugiej stronie miasta! Lipa. A że podwiózł nas na rozwidlenie na Słowenię i gdzieś tam niby na Węgry, przepraszał nas, że nie może nam więcej pomóc. Miły pan :) łapałyśmy na dwie strony. Ciemno i późno było, bo po 22. stwierdziłyśmy, że na Słowenię szybciej byśmy coś złapały. No i prawda lita to była. Pani Cristina nam się przemiła zatrzymała i zawiozła nas na granicę ze Słowenią, ale niestety nie tą nam po drodze, bo do Ljubljany. Kurde.  Niby się ruszyłyśmy, ale w złą stronę. Przebiegłyśmy 30 – pasmową autostradę szeroką tak w miejscu pobierania opłat. Połapałyśmy chwilę na Słowenię i stwierdziłyśmy, że to bez sensu, więc przebiegłyśmy nazad i zaczęłyśmy łapać znów do cudnego Zagrzebia ;) z myślą, że nas ktoś na wylot na Budapeszt wyrzuci. No i złapałyśmy szybko, pana Bułgara. Nasz pierwszy bułgarski stop! Język jego całkiem komunikatywny, bo do ruskiego podobny i się dogadujemy! Mamy ciepłą noc, trochę spaną, trochę nie.  Więc jedziemy do Belgradu z powrotem i oby udało się szybko złapać coś dalej! Ciekawi są bardzo ci kierowcy. W trakcie długiego oczekiwania na granicy, wpadł do niego kolega. Wypili sobie kawę zalaną zimną wodą, z mlekiem i popili energetykiem. Śmieszni bardzo. A Aga myślała, że wiodą takie nudne i  samotne życie. Jechaliśmy przez pustą prawie autostradę, zapłacił 54 euro. Niedziwne, że tylko tiry i Niemcy nimi jeżdżą. Transowa muzyka nas szybko uspała i jeszcze czerwone światło w kabinie.  Pytali się również nas co po polsku znaczy „ku…”, bo polscy kierowcy używają tego słowa jako przecinka. I zdziwili się, że to samo co u nich. Opowiadał nam o dyskotece, na której byli sami transwestyci i była całówka. Co to? Całowanie oczywiście. Bardzo nam się to słowo spodobało, bo przypomina całkę, czołówkę, stówkę, skuwkę itp. ;) Pod wrażeniem jestem, jak szybko i zwinnie ci kierowcy poruszają się tymi wielkimi maszynami! A tymczasem 2,5 h na granicy. A to dopiero chorwacka. Jeszcze serbska. Ale przynajmniej ciepło i fajnie…

8:50 granica ciąg dalszy

Aga już nie może. Kręci się, wierci, jęczy ;) ale myślę, że niebawem ruszymy! Słonko ładne i ciepło jest. Oby do Belgradu i odbijamy na północ ;) stoimy sobie w miejscu, gdzie czekamy na jakieś pieczątki sanitarne. Pełno tu takich małych kontenerów z kantorami, spedycjami itp…


13:13

Zabawna historia, bo i my i nasz obecny kierowca byliśmy w tarapatach, a dzięki wzajemnej pomocy wyszliśmy na prostą. Peter odrzucił nas w trochę niewygodnym miejscu i tylko dzięki Austriakowi, którego zapytałyśmy, czy nas na Węgry weźmie, dowiedziałyśmy się, że Węgry w drugą stronę. No to hyc na drugą stronę. Zero węgierskich samochodów. Dziwne… sami tutejsi plus trochę Niemców i Austriaków, czyli jesteśmy skazane na to, że się nie zatrzymają. Jechali też Polacy, ale do Chorwacji… czyli ten rozjazd był w więcej niż jednym kierunku. Na uboczu tejże autostrady stał TIR. Pan z tira zapytany przez nas, czy to dobry kierunek, powiedział, że tak. To o tyle dobrze. Po jakimś czasie sam pan podchodzi do nas i się pyta dokąd jedziemy. Okazało się, że on jedzie do Polski, tylko że nie ma kasy na opłatę autostrady i jeśli mu pożyczymy 10 euro to nas zabierze i odda z nawiązką. Tylko, że miałyśmy 6 euro.. no i kombinujemy, kombinujemy. Na całe szczęście okazało się, że mogą Wer kartę Visa przyjąć. Tak też mamy transport, jedzenie i picie, które dał nam Peter ;)



Dz. XII sobota 21.09.2013 

15:50 Bielsk Podlaski

POLSKAAA!
O kurde, ale był dzień i noc. Okazało się, że pan Serb Ljubisza jedzie do Rosji przez Białą Podlaską. Więc miałyśmy bezpośredni transport prawie do domu, ale nastąpiło tak, że on musiał przed granicą 3 h stanąć a potem na niej również wiele. Tak więc wysadził nas w Subotnicy, jakiś niewielki czas przed granicą i tam od razu nas wziął rekordowy stop. Ponad 500 km ! Taki super Pan kierowca Słowak – po polsku rozmawialiśmy i wiózł ukraińskiego kierowcę tira. Wesoło niezwykle z nimi było i szybko – 150 km/h na autostradzie ;) Ten pan powiedział nam, że jesteśmy dziwną młodzieżą, bo nie robimy tego, czego nie można, tylko to, co można, lecz nie jest łatwe. Skwitował naszym kolejnym nowym mottem : "NIC NE JE NEMOZNE!"Węgry całe niepostrzeżenie minęły i nadeszła Słowacja, czyli dziurawa droga i już poczucie jak w domu! Odwieźliśmy Ukraińca na granicę do Użgorogu! Ach, jak wróciły wspomnienia dawnej, a niedawnej wyprawy! I była północ. A my postanowiłyśmy jechać w nocy. Nasz cudowny pan, który na serio się o nas martwił, znalazł nam tira słowackiego. I tak oto ten TIR nas podrzucił 1,5 h na skręt do Świdnika, gdzie dużo polskich kamionów szło, a my w drodze dremkałyśmy ;) O 1:30 w nocy stałyśmy w lekkim deszczu, łapałyśmy tam stopa. Niemożliwe? A jednak złapałyśmy! Pana Czecha, a raczej Słowaka, który słuchał czeskiego rocka i wypasioną furą zawiózł nas aż za Świdnik;) Wysiadłyśmy na nieczynnej stacji benzynowej. W deszczu, zimnie, górach i księżycem w pełni za chmurami. I ciemno jak w dupie. Patrzymy, a tu cmentarz! Hah, znowu mamy towarzystwo! No to prawie na pustej drodze połapałyśmy prawie nic. Aż tu w egipskich ciemnościach dostrzegamy człowieka. Zarys postaci ledwie widoczny, idący zygzakiem. No i oczywiście podszedł. Był to człowiek ogromnie pijany i oferował nam pomoc. My podziękowałyśmy i przez niego kilka tirów pod rząd nam uciekło. Potem przelazł na drugą stronę drogi prawie wpadając pod samochody i udając, że łapie stopa. A potem nazad. I wsiadł do samochodu. Pojechał. Wielkim zygzakiem, pod prąd, w prawo, w lewo i do przodu. A potem cud. Cysterna polska nas wzięła. I tylko na granicę pan fajny nas podwiózł, bo sam gdzieś skręcał. Tak na orlenie w Ojczyźnie się znalazłyśmy. Wszystkie tiry spały, ciemno, pada. 4:30 była. Aż w końcu, po długim wyglądaniu jak obłąkane i zapukaniu do czystego baru, który miał przerwę na sprzątanie, zatrzymał nam się pan z Sandomierza. Stwierdziłyśmy, że z nim jedziemy ;) było sucho, ciepło, fajnie, wygodnie. Wyspałyśmy się porządnie, obudziło nas słonko. Kolejny fajny pan opowiadał nam o rumuńskich kurtyzanach, które wchodzą same do samochodu, rozbierają się, kładą na łóżko i mówią : „sex”. Hehe, nasadził on na nie ku…ami, jak to polski tirowiec ;) dowiózł nas na swój parking, przesadził w osobówkę i odwiózł na drogę do Lublina, która była oczywiście gdzie? Przy cmentarzu ;) tam zabrał nas pan, który opowiadał o tym,  jak przewiózł w tirze na promie chłopaków z Włoch do Grecji. Dowiózł nas do Kraśnika. Tam pierwsze zapiekanki za złotówki. I? i pan super konserwatywny katolik, który nam mówił wiele o tym, jak to świat i polityka w Polsce dziś wygląda. Że do pedałów i zboczeńców trzeba strzelać i on wierzy że jego postawa jest jedyną słuszną. Uczy swoje dzieci, że powstanie wciąż trwa i że mają być gotowe do walki i jest pewien, że we Lwowie, Wilnie i Grodnie kiedyś znów zawiśnie orzeł biały. I będzie o to walczył choćby własną krwią. Pozwoliłyśmy mu się wyprodukować, ile chciał. Podwiózł nas za Lublin. Potem miły pan za Lubartów. Potem pan ciota do Radzynia. I z Radzynia nasz mistrz – pan Andrzej ;) Do Bielska Podlaskiego nas zawiózł, długa i obfita w opowieści była droga. Totalne przeciwieństwo poprzedniego stopa. Z Bielska, w którym zjadłyśmy symboliczną ostatnią czekę wziął nas pan z Boćków, który ma konia i może nam dać kiedyś pojeździć. Musimy pamiętać, by w jego wsi pytać o zakład ślusarski. Potem pan, który się dziwił, zawiózł nas do Mienia. A tu nic. Pole. Polska. Polska. Polska. Spokój. Pustka, cisza. Aj. I czekamy na wielkie jeżdżące NIC.

I chyba Monika po nas przyjedzie. Więc skończy się wyjazd nieplanowany. Kolejny piękny, kochany, stopowy. I pogłębia się nasza miłość. Do świata, do ludzi, narodów wielu i kultur. Do Bałkan(ów), które już kolejne, głębsze, za jakiś czas! ;) Wszak świat to ciekawy, arcyciekawy! TIRowe znajomości zawarte. Zmęczenie wielkie, zadowolenie znów. I poczucie, że robimy to, co kochamy. Minimalnym kosztem materialnym! 
A tak na koniec naszej opowiastki chciałabym jeszcze dodać słówko od siebie: różnych się można światopoglądów nasłuchać, ale lepiej niech jednym uchem wpadnie, a drugim wypadnie, chyba, że chodzi o taką prawdę, że trzeba przekraczać granice własnego umysłu! :)





1 komentarz:

  1. Bałkany? Ja też jestem nimi zauroczony, choć byłem tylko przejazdem. Pierwsza styczność to była Chorwacja na przełomie wieków, więc coraz mniej z niej pamiętam. Ale zauroczyło mnie połączenie Greckiego słońca (jakie jest Greckie słońce, poznałem kilka lat później) ze słowiańską gościnnością. W ramach nieplanowanej wizyty zachaczyłem też o szpital - do dziś jestem pozytywnie zaskoczony tym, jak można przyjąć 9-latka z ulicy, który ani me ani be w języku innym, niż polski.
    Później miałem jeszcze przyjemność zawitać do Bułgarii, Rumunii (przejazdem niestety, ale Karpaty są FE-NO-ME-NAL-NE). Słyszałem o ogromnej gościnności Albańczyków, Ukraińców (niestety znam tylko ze słyszenia :( ). Bo to wszystko w sumie, to prawie jak nasze własne - język, podejście do życia, poglądy, gościnność i stosunek do obcych itd.

    Niesamowite jest to, że chce Wam się opisywać te przygody - mam jednego fana coachsurfingu i jazdy na stopa po Europie, ale on niespecjalnie spisuje to w pamiętnikach, nie robi zdjęć itd. A ogromna szkoda, bo mnóstwo pozytywnych rzeczy w ten sposób umyka.
    Mnie pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś się uda zabrać z kimś na stopa i kto wie, może wejdzie nam to w krew :> ?

    OdpowiedzUsuń