poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Norweski odlot!


       
        Norweski tydzień był cudowną namiastką kraju trolli, pełnego niesamowitych gór i zapierających dech w piersiach fiordów. Kosmiczne ceny, luksusowe samochody i mnóstwo Polaków. Wiele zaskoczeń, kontrastów i nowości, które nas spotkały. Na relację skąpaną skandynawskim wiatrem - zapraszamy! :)



   Norwegia nie stanowiła przedmiotu naszych planów czy marzeń. Pewnego lutego dnia znalazłyśmy tani lot do Oslo i stwierdziłyśmy - Czemu nie?
Dopiero po zakupieniu biletów doczytałyśmy się, że Norwegia jest aż tak niewyobrażalnie droga. Pomyślałam sobie : "Upss, co z tego, że tani lot, skoro na życie wydamy tak dużo?!" Na szczęście udało się tak wszystko ogarnąć, że 8- dniowy pobyt w Norwegii kosztował nas niecałe 100 zł na głowę, wliczając lot!




      Dzień przed odlotem spotkałyśmy się z Kasią w Warszawie, przekimałyśmy u Agi. Dziwnie było wyjeżdżać bez niej... Pytam się - Kaśka, masz szampon? - Nie. - A pastę do zębów? - Nie. Obie pomyślałyśmy tak samo: "Przecież ta druga weźmie!". Czekała nas więc jeszcze wizyta w sklepie. Ogromny zapas chleba, pasztetów, marmolady, chińskich zupek i kisieli stanowił zdecydowaną większość naszego i tak niewielkiego bagażu.

     Ruszyłyśmy rano Transludem za 8 zł na lotnisko do Modlina. Tam, niestety zabrano nam nasze świeżo kupione - szampon i pastę do zębów, bo miały większą objętość niż 100 ml. Biedronkowy wyrób nutellopodobny też został skonfiskowany, przez to, że był w szklanym opakowaniu. Nasz błąd, pierwszy raz tanimi liniami nas nauczył ;) Zimno, pada, pochmurnie, ogólne wielkie bleeee... Cudownie było wzbić się ponad chmury i zbliżyć się do słonka, które zostało z nami na długi czas!


     
       Wystarczyło, że wysiadłyśmy z samolotu, a powitało nas kilku panów oferujących transport do Oslo. Byli przedstawicielami firm takich jak "PKS Oslo" i "PolskiBuss". PKS Oslo był najlepszy! :) Nie skorzystałyśmy z ich usług - 65 zł w jedną stronę to dużo, a poza tym i tak wolimy stopa.
Było już późne popołudnie, więc pierwszą noc spędziłyśmy na lotnisku w towarzystwie wielu Rosjan z grzywkami przyklejonymi do czoła i przemiłego Włocha Enrica. Na środku lotniska wisiał baner : "Rekrutacja. Personel, wynajem." Bynajmniej nie jest on po norwesku ;)

       Tuż po szóstej rano, zjadłyśmy pożywne śniadanie i wyszłyśmy na wyjazd z parkingu. Ruszamy na Stavanger!  Zatrzymał nam się drugi samochód. Gadka szmatka i jak zwykle pytanie - Where are you from? - From Poland. - No to możemy mówić po polsku! Taki miły początek dnia! Zapytałam się po jakimś czasie - Czym się pan tu zajmuje?  Pan rzucił na mnie lekko zdziwione spojrzenie i rzekł słowa, których w ogóle się nie spodziewałyśmy - Ja tutaj jestem księdzem.
No to jesteśmy w domu, Opatrzność działa! :) Dobrze się zapowiada. Zostałyśmy zawiezione zamiast tylko do Oslo, aż do Drammen.
    
Hamburger z Colą za ok 130 NOK - 65 zł ! :)
      Łapanie stopa było niezwykle łatwe. Norwedzy zabierali nas chętnie, zaskakując niesamowicie dobrą znajomością angielskiego. Gdy stałyśmy dłużej niż 10 min i wydawało nam się, że to długo, zaczynałyśmy łapać na Radom, bo to właśnie ta nazwa była po drugiej stronie tabliczki ze Stavanger ;)
 
Samochody luksusowe, nowoczesne. Jednak nikt nie jechał szybciej niż 100km/h, nawet na autostradzie! Gdy mknęłyśmy tymi brykami przez puste drogi, aż prosiło się, żeby wcisnąć gaz. Oni tego nie robią. Dlaczego? Bardzo wysokie mandaty i często zabierane prawo jazdy. Nie opłaca się po prostu. A poza tym, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, Norwedzy są powolnym i spokojnym narodem. Nie śpieszą się, na wszystko przecież mają czas. Myślałam, że będą podobni do Niemców. Całe szczęście nie ;) 



     
     Rozmawiając z Norwegami, każdy mówił, że Polacy to bardzo dobrzy i sumienni pracownicy. Zaskoczyło mnie tak miłe zdanie o naszych rodakach, o których nie zawsze inne narody wypowiadają się pozytywnie. Jednym z naszych najdłuższych stopów był pan, który opowiadał, że niedawno wrócił z karnawału w Rio. Zapytałam się go, w jakiej części Rio mieszkał. A on mi na to - No wiesz, mieszkałem zaraz przy Copacabanie w tych pięciogwiazdkowych hotelach, mimo że ceny podnieśli aż trzykrotnie.   Bam, bam, bam. Nawet nie próbuję sobie tych sum wyobrażać. I doceniam w takich sytuacjach niebycie bogatym... Gdy zatrzymaliśmy się na stacji i pan poszedł zatankować, stwierdziłyśmy, że przydałoby się coś zjeść. Za chwilę wrócił z hot dogami dla nas :)


    Jedna pani chyba stwierdziła, że biedne z nas dzieci, bo dała nam   100 NOK (koron norweskich, ok. 50zł). Szczerze nie chciałyśmy tej kasy brać, ale ona się uparła. Powiedziała, że chociaż na lody. Tam pewnie na lody by nawet nie starczyło... ;)

    Krajobrazy przesuwające się powoli za oknem otwierały z zachwytu nasze szczęki. Góry, fiordy, jeziora, lasy, skały, uaaaa... 


         To wszystko skąpane w intensywnym słońcu i smagane skandynawskim wiatrem, który jest cudowny! Ciągłe mosty, zakręty, tunele, wiadukty. Nie można było się tą drogą znudzić! Stopowy dzień zakończyłyśmy darmową taksówką z pakistańskim kierowcą do samego centrum Stavanger. Przebycie 500 km zajęło nam aż 12h. 



     Tam czekał na nas Rafał, jeden z czterech Polaków, u których mieszkałyśmy. Przez kilka dni miałyśmy swojski, polski dom w mieście, w którym podobno 10% mieszkańców to rodacy Polacy. Stolica wydobycia ropy, mimo że bardzo mała, przyciąga wysokimi zarobkami. 
Polski sklep oczywiście działa! 

   





  Po porządnym odespaniu ruszyłyśmy na podbój Preikestolenu - niesamowitej skalnej póki wiszącej nad fiordem Lysefjorden. Trochę pobłądziłyśmy po Stavanger w poszukiwaniu promu do Tau. Gdy się udało, zachwycałyśmy się widokami, które nas otaczały. Prom pełen skośnookich biznesmenów i my dwie w zielonych kurtkach i górskich butach :)


Stopa złapałyśmy bardzo szybko, pod sam szlak na Preikestolen. Podwiózł nas pan, który nieopodal ma chatkę, w której wypoczywa ze swoją żoną. A wokół ani żywego ducha. Tylko góry, karłowate sosenki, woda. Prawdziwa bajkowa kraina sprawiająca wrażenie, że mieszkają w niej trolle ;) W sezonie to miejsce odwiedzają setki ludzi dziennie a my miałyśmy tą przestrzeń na własność! Minęłyśmy tylko tabliczkę z ostrzeżeniem, że szlak może być niebezpieczny i wchodzimy na własną odpowiedzialność. 






         Zaczynałyśmy marsz jesienią lub wiosną, z czasem zastała nas zima. Resztki śniegu, trochę lodu. Słonko nieśmiało przebijało się przez chmury. Gdy doszłyśmy, oniemiałyśmy. Widoki jak z obrazka. Stwierdziłyśmy, że nasze zdjęcia na tle fiordu wyglądają, jakbyśmy się wkleiły w Photoshopie albo usiadły na tle jakiegoś obrazu i udawały, że Norwegia :) Jednak są prawdziwe, najprawdziwsze. Oddają tylko po części piękno tego widoku. Szkoda, że na zdjęciach nie widać wiatru, który prawie nas przewracał. :)

     



     



            Gdy wchodziłyśmy na Preikestolen, miejsca ustąpiło nam dwóch chłopaków. Powiedziałyśmy do nich "Hi", a oni nam odpowiedzieli to samo, lecz dokładnie tak, jakby chcieli jeszcze dodać "Hitler". Nawet nie musiałyśmy się zastanawiać skąd byli ;)

       A wszędzie, gdzie byłyśmy, był z nami Radom! Tyle przejechał, tyle zobaczył!  W drodze powrotnej, gdy już zeszłyśmy ze szlaku, ruch był zerowy. Musiałyśmy zatem dojść kilka kilometrów do głównej drogi. Szłyśmy same przez wąską, skandynawską drogę. Ogromnie mi się podobała! Uwielbiam to uczucie, kiedy jestem w miejscach, które wydaje się, że nie istnieją naprawdę, tylko w filmach lub na pocztówkach.




     Tam, gdzie nic nie jeździ, stopa łapie się łatwo. Wzięła nas dziewczyna, która jak miałyśmy wrażenie, nie za bardzo przypominała Norweżkę, bo szybko jeździła, była ładna i wyluzowana ;) Podwózka pod sam prom, którym przedostałyśmy się z powrotem do Stavanger.
      Dnia kolejnego zaplanowałyśmy wejście na Kjerag - bardzo znany i odwiedzany przez turystów kamień wciśnięty między dwie skały, wyglądający na zdjęciach spektakularnie. Również zapragnęłyśmy takie mieć! Lecz nigdzie w internecie nie znalazłyśmy informacji, że o tej porze roku szlak może być zupełnie niedostępny. Zaledwie 150 km od Stavanger, myślałyśmy, że pogoda będzie w miarę podobna. Jednak, kiedy zaczęłyśmy już łapać stopa w tamtą stronę, pewien kierowca autobusu olśnił nas, że tam jeszcze 5 m śniegu. Super...


       Było już po 11, więc dość późno na ruszanie gdzieś daleko. W małym przewodniku po okolicy, wyczytałyśmy, że zaledwie 20-30 km stąd jest szczyt o nazwie Bynuten, z którego rozciąga się 360- stopniowa, piękna panorama. Siedziałyśmy na przystanku autobusowym, w przeciwnym kierunku i jadłyśmy czekoladę, gdy podjechał do nas samochód i państwo w nim powiedzieli, że zawiozą nas w stronę Bynutenu. Dziwne, ale jakimś sposobem zobaczyli naszą tabliczkę leżącą na ławce. Tak oto sytuacja się rozwiązała i wylądowałyśmy w malutkiej miejscowości Oltedal. Tam szukałyśmy informacji turystycznej, której za bardzo nie było, ale pani w sklepie z tradycyjnymi norweskimi ubraniami nam pomogła, znajdując odpowiednią mapę w internecie. Ruszyłyśmy na poszukiwanie wejścia na szlak. 
        Szłyśmy, a naprzeciwko nas jechał traktor. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wyrzucał z siebie pod przeogromnym ciśnieniem coś na odległość kilku metrów. Tym czymś był obornik. Odór był niesamowity. Bałyśmy się, że ten gówniany deszcz przez przypadek spadnie na nas. Całe szczęście miałyśmy tylko przykre doznania węchowe, obyło się bez prysznica ;)





     Weszłyśmy na polną dróżkę, myśląc, że może to szlak. A tu niespodzianka, za nami wjeżdża ciężarówka i wysypuje nam pod nogami kamienie. Co najmniej dziwne... Przy okazji pan kierowca powiedział nam, że to nie szlak, a do szlaku jeszcze ponad kilometr :)





   Gdy znalazłyśmy w końcu miejsce wejścia na szlak, ruszyłyśmy w górę. Ciepło, słonko, piękne jeziorko po drodze ;) Myślałyśmy, że wędrówka zajmie nam ok. 1,5 h, jednak zajęła 2,5 h w jedną stronę. Na szczycie dogoniły nas chmury, wiatr i nawet śnieg. Zrobiło się szaro i buro, lecz pomimo to pięknie! Znalazłyśmy zeszyt, gdzie uwieczniłyśmy swój pobyt :)


 

     Z powrotem gnałyśmy co sił w nogach, żeby nie zastał nas zmrok, bo musiałyśmy jeszcze wrócić do Stavanger. Przemoczone i zmęczone wpadłyśmy na prawie pustą drogę, gdzie od razu złapałyśmy stopa do Sandnes. Niestety zostałyśmy wysadzone w centrum i długo szłyśmy w stronę wyjazdu na Stavanger. Po około godzinie udało się złapać przemiłą panią, która podwiozła nas pod sam dom  :)

     Dzień kolejny poświęciłyśmy na przejazd do Oslo. Złapałyśmy jednego Polaka. Jednak rekordowym stopem był Fryde. Niezły ewenement jak na Norwega. Początkowo miał nas zabrać tylko 150 km, jednak okazało się, że jedzie do Oslo i jechałyśmy z nim ponad 400 km! Młody chłopak, a pracuje na budowie z Polakami i jeździ rozwalonym samochodem. Zupełnie odwrotnie niż jego 


norwescy rówieśnicy. Chyba wyjątkowo mu się nie udało w życiu ;P Bardzo soczyście mówił : "Ku**a mać!" ;) Na początku spokojnie, gadka szmatka i wolna jazda. Zrównoważony, normalny człowieczek, Kaśka spała a ja z nim konwersowałam. Jednak w Kristiansand dosiadł się do nas jego kolega, co mnie ogromnie ucieszyło, bo mi również głowa opadała. Zmiana była nagła. Jakby za kierownicę wsiadł zupełnie kto inny. Wpływ kolegi był przeogromny. 170 na liczniku, śpiewanie, skakanie za kierownicą itp... Pomyślałam sobie, że życie mu niemiłe skoro TAM jechał tak szybko. No ale przecież przed kolegą trzeba zaimponować :P I tak to jechali chłopcy do stolicy dobrze się napić i zabawić. Po drodze puszczali nam polską muzykę :D  Oczywiście chcieli z nami poimprezować, jednak my nie dałyśmy się skusić. Odwieźli nas pod sam dom Afgańczyka Nasima, naszego hosta z  CS'a :)

      Oslo - jedna z najdroższych stolic świata. Nie zachwyciła nas. Całkiem spokojne i niewielkie miasto, mniejsze od Krakowa. Jednak będąc w nim, ciężko zauważyć w jakim kraju się jest. Na ulicach można spotkać każdy kolor skóry i usłyszeć mnóstwo różnych języków. Najwięcej Polaków i cyganów. Niestety ci drudzy żebrzą i kradną...
    Nie ma wielu zabytków. Wszystko, co zostało nam polecone jako godne uwagi, zdążyłyśmy zobaczyć w jeden dzień :) Pałac królewski, ratusz, twierdzę Akershus, operę, park rzeźb. Ten ostatni, dzieło sztuki składające się tylko z nagich ciał w różnych przedziwnych orgiach... Udało nam się również wejść za darmo do Narodowego Muzeum Sztuki, gdzie wisi oryginał "Krzyku" Muncha i wiele innych znanych obrazów, których my raczej nie znałyśmy :)
     Poszłyśmy na polską Mszę do kościoła, w którym w każdą niedzielę jest jedna Msza po norwesku, jedna po angielsku i trzy po polsku. Trafiłyśmy akurat na przygotowania do I Komunii Św. Jak u nas, pełen kościół, biegające, śpiewające dzieci. Wcale jak nie za granicą.
     Dużo spacerowałyśmy korzystając z przepięknego Słonka. Z naszymi hostami zawiązywały się ciekawe rozmowy. Szkoda ich jednak, bo uciekali ze swojego kraju przez wojnę. 
    Kolejną rzeczą, która wzbudziła nasze zainteresowanie były elektryczne samochody, których w Oslo było dużo. Wprawdzie są drogie, ale mają za darmo miejsca parkingowe w centrum miasta, mogą poruszać się po dodatkowym pasie ruchu przeznaczonym dla autobusów oraz dostają za darmo prąd do ładowania auta. Tak oto na ulicach stoją słupki-ładowarki, gdzie można podłączyć samochód jak komórkę
i czekać, aż się naładuje :)





   Kwiatki znalezione w publicznej toalecie bardzo nam się spodobały :D Śmiałyśmy się, że pewnie zostały zrobione przez panie sprzątaczki z Polski. Widywałyśmy na ulicach sporo rowerów składających się z dwóch pedałów trzymających się za rękę ;)












     Reklama okularów z księdzem w roli głównej - chwyt marketingowy w zateizowanym kraju :)

    Ostatniego dnia pobytu kupiłyśmy chleb - jedyny nasz zakup w Norwegii. Za 20 NOK, czyli 10 zł. Najtańszy z najtańszych :)


















         Ostatnia noc przekoczowana na lotnisku i wracamy do Ojczyzny, w której powitał nas wielki wiatr. Niestety, już nie skandynawski...   
Wszystkim wyprawę na północ polecamy i czekamy na kolejną możliwość wyjazdu tam ;)

2 komentarze:

  1. Serio? Nie ma komentarzy żadnych pod relacją z takiej wariackiej wyprawy?
    Ciężko wyrazić, ile bym dał za taki wyjazd - ot, ciskam w kąt wszystkie rzeczy powiązane ze studiami, pakuje się do plecaka na tydzień i wio, do kraju o którym jako cel turystyczny nie myślał nikt w mojej rodzinie. A tu lipa - wyjedziesz na tydzień, to prowadzący już by zjedli żywcem "gdzie był, i po co? zajęcia są!".
    Dobrze, że chociaż taka relacja, jest jakaś namiastka i dodatkowa zachęta do wyjazdu do Norwegii. Nie wiem z kim (bo samemu słabiutko), ale obiecuję, że pojadę :P

    OdpowiedzUsuń