poniedziałek, 17 marca 2014

Rumunia 2013 - II część

O tym, co zdarzyło się po spotkaniu z niedźwiedziem, o milczeniu owiec, o najwyższym szczycie Fogaraszy, o walce z własnymi słabościami, o niebezpiecznym stopie, o zgubionych butach, o plaży, morzu i  o wypadku tirów. Zapraszamy na drugą część relacji z Rumunii! ;)




Tutaj znajdziecie pierwszą część relacji :)

Na szczęście osobnik był dla nas niegroźny, położył się na zielonej trawce i się relaksował, może nawet nas nie widział. Oddaliłyśmy się szybkim marszem ani myślałyśmy nawet zdjęcia robić. Odkryłyśmy, że gdzieś niedaleko bytują Polacy, niestety dowodzą tego polskie śmieci… słodka chwila doktora Edkera i wszystko jasne.

12:32
Całkiem niedawno słychać było ciche grzmoty gdzieś z oddali. Żyję nadzieją, że burza pójdzie gdzieś bokiem.  Szum wody słychać spadającej do stawu kilkaset metrów pod nami. Znowu grzmi. Stwierdziłyśmy, że w górach burza jest namacalna, bliska, że da się jej dotknąć. Może to przez to te owce tak beczą… albo one po prostu tak mają…





16:13

Już całkiem późnawo. Mamy za sobą 6h łażenia, ale jest przyjemnie.  Aktualnie doskwiera nam głód, ale już zaraz coś przyrządzimy. A potem lecimy w poszukiwaniu wody i miejsca do spania. Były momenty kryzysowe, bo ja się nie boję niczego, oprócz kamieni a kamieni jest tu mnóstwo. 
Tutaj wszystko smakuje lepiej ,kurde… w życiu takiego dobrego budyniu nie jadłam! Tutaj po prostu wszystko cieszy, a Aga cały czas będzie mi powtarzać „ ale przyznaj, że w sumie się żyje cudnie i PRZESTAŃ WYĆ, przestań wyć, przestań płakać!” 

18:26, ta sama przełęcz co poprzednio

Prawdopodobnie zostaniemy tu do jutra bo burza nas dogoniła. Ogólnie to z mapy wynika, że zaraz tu 100 metrów niżej szlakiem czerwonym trójkącikiem powinna być woda. Zeszłam no… grubo ponad 100 metrów, a wody nie ma. Kiedy wielkie krople zaczęły z nieba się sączyć, myślę sobie „Oho, zaraz lunie i z nieba będziemy miały wody pod dostatkiem”. Po wodę poszłam sama z racji tego, że dobrze i żwawo radzę sobie na zejściach.
Jednak biorąc pod uwagę, że zaczęła się burza stwierdziłam, że może lepiej będzie ją spędzić u podnóża tej górki. Napisałam więc smsa do Madzi, żeby może zaczęła schodzić, ale asekuracyjnie – w razie gdyby nie przeczytała – szłam w górę. Zaczęło lać na dobre, grzmiało już coraz bliżej i bliżej, pioruny na horyzoncie, adrenalina wzrasta. Ile sił w nogach, ile starczy oddechu szłam w górę i w górę, żeby jak najszybciej rozstawić tropik. Napisałam Madzi kolejnego smsa, tym razem, żeby schowała siebie, albo przynajmniej plecak pod płachtę tropika. Tego smsa także nie przeczytała. Myślę sobie „oby tylko zaraz nie zaczął się grad” i co za chwilę czuję, coś siecze po karku. Grad. Już właściwie było mi wszystko jedno. Potrzebowałam znaleźć się jak najszybciej z Madzią, bo dla niej pewnie te oczekiwanie to też jakieś przeżycie. Doszłam, rozstawiłyśmy tropik. Na przełęczy towarzyszyli nam Rumuni. Nucili jakąś melodię umilając nam czas. Korzystając, że woda z góry lała się hektolitrami postanowiłyśmy zebrać trochę do menażek. Wbrew pozorom nie jest to wcale łatwa sprawa, bo kiedy po prostu deszcz pada do menażki, to jakimś cudem albo nic tam nie wpada, albo cała woda, która wpada – odbija się od dna naczynia i wypada z powrotem. Postawiłyśmy więc je pod okapy przy ściankach tropiku.

23.08.2013r. godz. 8:38

 Trochę zmartwione brakiem wody, ale z nadzieją na lepszą pogodę ( bo na ciebie po jednej stronie już tylko chmury typu alto), poszłyśmy dalej. I? Uratowane! WODA. Strumyk konkretnie i to w miarę konkretny. Spotkałyśmy tam również Polaków, ale rozmowa jakoś tak nam nie szła. Polka to już trzecia napotkana kobieta na szlaku. Zjemy i ruszamy.
Umyłyśmy nogi w lodowatym strumyku, co by krew pobudzić do działania. Zaraz potem ja wsiadłam w kupę i musiałam przeprać spodnie.

16:50

Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz, to już nie wiadomo co napisać. A działo się nie mało. Na pewnym postoju przysiadł się do nas Rumun, którego angielski ledwie rozumiałam i chyba mieszał angielski z rumuńskim, no ale w każdym razie kazał nam uważać bo jesteśmy przed Moldavianou i powiedział, że jesteśmy silne dziewczyny ;) na co tu uważać, to tylko parędziesiąt metrów podejścia.. nooo a to właśnie podejście trochę zaskoczyło. Nie tyle co mnie, bo ja już z doświadczenia potrafię sobie radzić na takich tam skałkach, łańcuszkach i tym podobnych. Biorąc pod uwagę, że Madzi to jest po „prawdziwych” górach pierwszy raz i jeszcze to, że dzień wcześniej bała się zwykłych pokładzionych kamieni to był to nie lada szok. Podejście na Moldaveano, a chwilę wcześniej na jego nieco niższego brata nie należało do najłatwiejszych.
Madzia dostała panicznego kłapania językiem, wypowiedziała 1000 niepochlebnych słów na temat mnie, siebie, świata, gór. No nie powiem, trochę śmiać mi się chciało… no i już miałam ją nagrywać, ale kiedy zaczęłam to nagle jakoś tak nic aż tak wartego uwiecznienia nie mówiła. Potem ku mojemu niepokojowi zaczęło grzmieć. Wierzchołek był w chmurze. Zaproponowałam Madzi, że skoro tak się boi, skoro ją to tak stresuje, skoro AŻ TAK tego NIENAWIDZI, to niech na mnie poczeka. Ja szybko skoczę, stanę na szczycie i zaraz do niej wrócę. Nie zgodziła się. Powiedziała, że jak już tyle weszła to dojdzie do końca. No i bardzo dobrze! Ale zanim co, to dotarłyśmy na tego wspomnianego już niższego brata Moldaveana, gdzie radośnie nas powitali Czesi zapytaniem czy „Polacy?” Zamieniliśmy kilka zdań i rozeszliśmy się, ale bardzo miłe chłopaczki ;) Na pytanie „jak droga na szczyt?” odpowiedzieli, że „interesting”. Co to dla nas znaczy? 



Pewne zlękniecie przeżyłam, chodź wcale tego nie pokazałam (generalnie miałam wewnętrzny zakaz pokazywania strachu na zewnątrz, ale może to i lepiej, bo strach niewyrażony jest jakiś mniejszy), a mój lęk tyczył się grzmiącej burzy i tego, że na szczycie stoi pręt przyciągający piorunki. Dlatego też ponaglałam, abyśmy dużo czasu tam nie spędziły, schodząc przez chwilę grad nam się na łebki posypał...
 Madzia zastękała się, naprzeklinała, nadziwiła sama sobie, ale obecnie jest z siebie dumna, że dała radę, a ja z niej.





24.08.2013r. godz. 6:26

Obudziłyśmy się w chmurze. Było ciemno. Rozpaliłyśmy w „piecu”  i powoli zaczynamy się zbierać.  Wyglądając przez drzwi po raz drugi, stwierdzam, że trochę jakby się rozwidla. 

15? 16? Nie wiem

To było jak wędrówka duszy między niebem a piekłem. Może nie tyle stresowałam się za siebie, co za Madzię. Przejście dzisiejszego odcinka przy tej pogodzie było niczym sport ekstremalny. Teraz cisza. Gorąc spływa na policzki osmagane wiatrem. Zeszłyśmy z głównego szlaku czerwonego, którym od początku do teraz nieugięcie szłyśmy i teraz idziemy żółtym trójkątem, który dojdzie do drogi. Drogę już widać. Aura milczenia. Niedługo zaczniemy drugi etap podróży. Nawet owce zamilkły. Widać je, a nie słychać… zamarły, nie beczą, to wydaje się niemożliwe. Jeszcze niedawno ich beczenie wydawało się nam nienaturalne, teraz nienaturalne wydaje się mi ich milczenie. Nawet się nie ruszają. Chyba czas wstawać. Milczący postój. 


18:52 wieś na C, w której cywilizacji zaznałyśmy

Zainwestowałyśmy w cywilizowany nocleg. Mamy małżeńskie łoże, prysznic i... uwaga uwaga śmietnik! Za pokój dałyśmy 90 lei. Ale zanim co to najpierw doszłyśmy do drogi w górach trans fogarskiej. Tej słynnej, która wiedzie na wysokość ponad 2000m i stanowi nie lada atrakcję turystyczną, której stałyśmy się częścią podczas łapania tam stopa, jeszcze w deszczu pod tropikiem namiotu. Wyszłam w pewnym momencie spod tropiku i łapię, jadą, jadą, jadą. Madzia postanowiła się w tym czasie pomodlić i


podziałało. bo łapię, łapię, łapię, oni jadą, jadą, …stoją! Szybko próbuję Madzie wykaraskać spod płachty, krzyczę „mamy coś, mamy coś!” Tak mokre, brudne, pewnie też trochę śmierdzące i zmęczone władowałyśmy się do samochodu pary Francuzów ;) Na początku pomyślałam, że Rumuni bo na rumuńskich rejestracjach, ale na szczęście nie. Mili ludzie. A tu wszędzie śmieci, tak szpecą… ludzie  jednak upośledzeni ekologicznie są, nie tylko o Rumunach mówię, bo przecież wielu zagranicznych turystów tu się przetacza. 

19:30


Emocje opadły i przyszło zmęczenie. Matko, co ja dziś przeżyłam. Myślałam, że się zabiję. Jeszcze jak widzę łańcuchy i krzyże na szlaku to już w ogóle tragedia. Byłam taka wystraszona, że już nawet nie gadałam. I jeszcze ten wiatr do tego. Na szczęście już teraz mam to czego najbardziej potrzebuję, poczucie bezpieczeństwa. Leżymy teraz z Agnesem w naszym łożu i jesteśmy szczęśliwymi człowiekami, nie tylko ze względu na tą chwilę, ale przede wszystkim  z powodu tego co przeżyłyśmy i tego co jeszcze przed nami. Jutro ruszamy nad Morze Czarne.

25.08.2013r. godz. 8:00

Wstałyśmy jakiś czas temu, wyspane po nocy w dużym małżeńskim łożu, w ciepłym pokoju. Zażyłyśmy jeszcze raz prysznica, ostatni może raz? 

18:00 Mamaja, plaża

Należą się słowa wyjaśnienia. Wiele, wiele słów wyjaśnień….
Od początku: Z naszej uroczej wsi szybko, wręcz błyskawicznie złapałyśmy stopa do najbliższego miasta. Na początku zastanawiałyśmy się, czy zechcą od nas kasę , bo to tacy rasowi Rumuńscy państwo byli. Pan bez zębów dwóch, to się zastanawiałam czy pieniążków na nowe złote nie będzie chciał od nas wyegzekwować, ale nie! Pozory mylą i głupio się robi bo z troski to nas nawet pod dworzec podwieźli! Pewnie myśleli, że to, że stopa łapałyśmy było przyczyną znalezienia się w dziurze bez autobusu, bez wyjścia… żeby im przykro nie było, to nawet poszłyśmy na ten dworzec i odczekałyśmy chwilę ;) Stał nawet bus do Bukaresztu, ale no nie dla psa kiełbasa :P Nie, nie, nie. Nie tak do tego podchodzimy. Autostop jest ciekawszą i dużo bardziej uczącą i budującą formą podróżowania. Stamtąd nie czekałyśmy długo, aż zatrzymał się miły pan, którego samochód składał się z siedzenia kierowcy a resztę przestrzeni zajmował gąbczasty materac na którym my spoczęłyśmy. Pan, który nas wiózł był bardzo sympatyczny i był tego typu człowiekiem, z którym się dogadałyśmy mimo bariery językowej. Jakoś migowo- sylabowym językiem z pomocą uśmiechu dałyśmy radę. Zawiózł nas do Pitesti i wysadził przy rondzie gdzie skręca się na autostradę na Bucuresti.  Idziemy na wyjazd. Doszłyśmy do stacji benzynowej. Bazgram napis Bucuresti tylko, że z błędem i wyszło Bucaresti. To nie ważne, bo  tylko chwilę z tym stałyśmy, bo zatrzymał się wyjeżdżający ze stacji samochód. Podchodzimy a to okazują się nasi Francuzi! My w śmiech, oni w śmiech. Z tego wszystkiego zapomniałam bagażnik zamknąć i chwilę jechaliśmy z otwartym. Trochę zawiewało i wszyscy sprawdziliśmy swoje drzwi. Zamknięte. Patrzymy w tył i o. Bagażnik otwarty :D

Jechali na lotnisko pod Bukaresztem. Trochę się chwilę martwiłam w jaki sposób się dostaniemy we właściwe miejsce na obwodnicy, ale nie było potrzeby bo we w miarę wygodnym do łapania miejscu nas wysadzili. Prawdziwe emocje dopiero były przed nami. 
Zatrzymał się nam samochód.  O dziwo Ford, a nie Dacia, ale jeszcze większe dziwo, bo w samochodzie były już cztery osoby. Trzech kolesi i jedna dziewczyna. Jest dziewczyna,
czyli spoko, bezpiecznie się wydaje i tylko to zdecydowało, że postanowiłyśmy do nich wsiąść. Nadkomplet – ich sprawa w zasadzie, jak mandat to oni, a nie my. Usadowiłyśmy się jakoś. Ciasno było, ale oby do przodu. Oni wymieniali wiele języków w których mogą z nami porozmawiać, ale wśród ich rzekomej listy, angielski się nie znalazł i zaledwie parę słów, zwrotów, wyrażeń potrafili. Muzyka leciała na cały regulator, samochód dudnił, skakał, śpiewał. Wesoło było. I nam się podobało to ich szaleństwo. Muzykę rumuńską polubiłyśmy od pierwszego usłyszenia, więc bez problemu znosiłyśmy decybele. Smacznym łykiem dobrego piwa nas poczęstowali, wszystko było porządku. Zajechaliśmy na stację benzynową, co by trochę powietrzem pooddychać i silnik ostudzić. Potem ruszyliśmy dalej. Zaledwie kilka kilometrów żeśmy przejechali, a oni znowu na jakiś parking przy autostradowy zajeżdżają. Zrobiło się dziwnie. Zaczynają mówić coś czego w sumie nie rozumiemy, ale przewija się między wierszami słowo „pieniądze”. Wchodząc do auta zastrzegałam, że „no Money” i mówili że „no, no, no” jakby to, że nie chcą pieniędzy było oczywiste – normalnie podwózka. Otóż nie! Nie mogąc zrozumieć o co im chodzi z tym co gadają, wyszłyśmy z samochodu. Oni wtedy pokazują żeby Madzia poszła gdzie pokazują. Ja też wychodzę. Oni mówią, że jedna. My, mówimy, że nie. I wtedy jeden jakoś nam już wszystko wytłumaczył….
- Szofer nie chce pieniędzy, on by chciał tylko "one sex" z jedną z nas.             – No, no, no! – mówię, niemal krzyczę, nie wiem w jaki sposób, ale w jakiś sposób zakomunikowałam im, że żądam naszych plecaków i wynocha.  Oni jak gdyby nigdy nic, bez spiny, bez nuty zażenowania, bez wstydu, ot tak po prostu wyjęli plecaki i „ciao”.  Ja wściekła, Madzia rozbawiona zostałyśmy na opustoszałym parkingu.  Mi humor trochę zrzedł , bo zawalił mi się światopogląd o dobrych ludziach ( chociaż czy oni tak do końca źli byli to też nie mogę powiedzieć, te ich niemoralne propozycje to kwestia wychowania, może, że taka forma zapłaty kobiety za cokolwiek jest jak najbardziej normalna i w porządku), już nigdy nic nie będzie takie jak dawniej… eh...


 Wracając do naszego parkingu. Stał sobie samochód. Właściwie aż dwa, ale w jednym kierowca smacznie spał. Idziemy więc do tego drugiego i pytam obecnego tam pana, czy jedzie do Constanty, okazuje się, że tak. Przedstawiam mu naszą sytuację… - to za dużo powiedziane. Mówię mu, że po prostu nie mamy jak się dostać do Constatny i czy byłby tak miły i nas tam podwiózł. Kazał nam chwilę poczekać. Wraca żona. Jak do niego z awanturą wyskoczyła! Ojej, w duchu aż się zaśmiałyśmy z Madzią chodź wcale tak naprawdę do śmiechu nam nie było. Pan musiał grzecznie odmówić, no cóż. Trzeba sobie radzić inaczej. 


Poszłyśmy w kierunku autostrady na wjazd na parking. Na parking wjechały 2 nowe auta, ale postanowiłam, że będziemy łapać z drogi, bo trochę nie lubię pytać ludzi tak bezpośrednio.
Ledwieśmy wyszły z parkingu, a nawet jeszcze nie wyszłyśmy, a z drugiej strony autostrady jakiś typek do nas krzyczy. Oczywiście po Rumuńsku, więc my sobie nic z tego nie robimy. Zaraz patrzymy, a on przebiega przez tą autostradę. „No – myślę sobie – nie ładnie, przecież tak nie można! Biegać przez autostradę w tę i powrotem”. Podszedł do nas i wrzeszczy nam w twarzyczki, co mówił – nie wiem. Pewnie coś o tym, że nie wolno łapać stopa na autostradzie- to pewne. Ale przecież my jeszcze na parkingu byłyśmy. Na parkingu też nie można? Byłyśmy bezsilne w konfrontacji z wściekłym stróżem czy kim on tam był. Wróciłyśmy do wnętrza parkingu, on szedł za nami. Postanowiłam, że jeśli jeszcze raz wiedząc, że Rumuńskiego nie umiemy, będzie gadał coś do nas po tym języku to ja mu zacznę recytować „Litwo ojczyzno moja” ewentualnie do wyboru z „wlazł kotek na płotek i mruga”.  Nie mówił już nic, a my pokierowałyśmy się w stronę wspomnianych już wcześniej dwóch aut.

 Pan okazał się równie sympatyczny jak poprzedni, a jego żona jeszcze bardziej niż on i inaczej niż w przypadku poprzedniej żony zgodziła się. Oczywiście zdziwieni byli skąd żeśmy się tu wzięły. Takim oto sposobem nie w Konstancji tylko w Mamai jesteśmy. Podwieźli nas pod samą plażę, jesteśmy już po kąpieli w morzu. Mamaja wydaje się być bardzo turystycznym miejscem, dlatego też ciężko nam się trochę przyzwyczaić do otaczającego nas świata ludzi. Na noc na pewno będziemy musiały się przenieść gdzieś dalej, bo nie będziemy przecież spały u podnóża hotelu. Ale jest pięknie, pięknie, że się udało, całe, zdrowe i nareszcie słone! Może jutro pojedziemy gdzieś bardziej na południe od Konstanty, w bardziej ustronne miejsce…  

 To piękne wakacje. Na pewno będą niezapomniane. Mnóstwo nowych doświadczeń, emocji i szczęścia. Kochany Agnes, dziękować i dziękować! Ja nie mam takiej weny jak Agnes, ona to ładniej ubiera w słowa.


21:32 

Szłyśmy sobie plażą. Boso. Buty przywiązałyśmy do plecaków

 Jakiś czas potem Madzia pyta: - mam swoje buty? - a no masz, a ja mam swoje? – zapytałam raczej mechanicznie.  
– o kurde, nie ma…            Że żart myślałam na początku, a okazało się, że nie żart. No i lecimy powrotem na poszukiwanie butów. Szłyśmy brzegiem morza, więc wizję miałam, że one w najlepsze już tam na Krym popłynęły. Tak kątem oka patrzyłam w wodę czy gdzieś tam nie dryfują, żeby wskoczyć im na ratunek. No nie widać, ale w pewnym momencie zaczepiła nas taka kobieta, wysoka, długowłosa brunetka, której wdzięczna jestem za to, że była w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie i buty moje wyciągnęła na brzeg. Co więcej, przypomniawszy sobie, że widziała dwie dziewczyny z plecakami, zaczęła iść w naszą stronę przewidując, że będziemy wracać i butów szukać. Tak więc na szczęście w klapkach reszty podróży nie będę musiała przeżywać. W rozmowie okazało się jeszcze, że mieszka niedaleko Fogaraszy. Wcześniej spotkałyśmy jeszcze takiego pana dozorcę, dla którego nasza obecność to też NO PROBLEM. 

26.08.2013r


6:36

Wita nas przewspaniały wschód słońca. Pakujemy manatki i idziemy gdzieś. Wszystko po nocy w piasku. Bryza nocna dała się we znaki.


10:30

 Rano szybciutko złapałyśmy stopa. Milusi pan, sam wybrał nam spoko miejsce. Chyba nas polubił, bo też śmiga po górach, a mieszka gdzieś tu na wybrzeżu. I nie było żadnych „pieniądze, benzyna?”. Stwierdziłyśmy z Agą, że tych dobrych ludzi jednak jest dużo więcej i że w gruncie rzeczy sporo szczęścia w całej naszej podróży mamy. Morzem też się zachwycamy, w sumie wszystkim się zachwycamy, nawet miękkimi batonikami. 



20:19

Dziś dzień spędziłyśmy na typowym plażowaniu. Leżenie plackiem na plaży przeplatane z długimi kąpielami w morzu. Fale nam sprzyjały i ogólnie było całkiem przyjemnie. Potem chodziłyśmy w poszukiwaniu arbuza. Bezskutecznie niestety. Uleciała ze mnie część życia. Potem wszczęłyśmy mądrą debatę na temat powrotu i zgodnie stwierdziłyśmy, że jednak takie siedzenie w miejscu to nie dla nas, i że jutro zaczniemy już wracać. Trochę nie chce nam się tej długiej drogi, ale… jak mi się chce arbuza!!! Jutro to już na pewno zdołamy go gdzieś nabyć, a wtedy to już będę do granic szczęśliwym człowiekiem. 

27.08.2013r. godz. 12:05, metro w Bukareszcie.

Jesteśmy zachwycone naszym ostatnim stopem. Kobieta była tak otwarta i tak sympatyczna, że do tej pory nie możemy jej nachwalić. Angielskim władała perfekt. Ogólnie to była typowa bussines woman. Po drodze, kiedy zatrzymałyśmy się na stacji kupiła nam dwie nestea i dwa batony. Z grzeczności próbowałyśmy odmówić, ale o jakiejkolwiek odmowie nie było mowy. Tak samo kiedy kupiła nam bilety na metro, no wtedy to już jej kasę oddawałam, ale nie wzięła. Była pod wrażeniem nami, tego co my robimy i oczywiście „jesteście odważne i silne dziewczyny”. Podwiozła nas pod metro, którym mamy dojechać na wyjazd w stronę autostrady na Pitesti. 

16:36 tir Rumuński z dwoma kierowcami


Jeden z panów co nieco po angielsku mówi, więc jako tako rozmowa idzie. Bardzo sympatyczni. Jedziemy przez Transylwanię, ja leżę na łóżku kierowcy i nie mogę przestać zachwycać się pięknym krajobrazem. Zdumiewa mnie jeszcze nasze dzisiejsze szczęście… najpierw pan co się troszczy, potem kobieta i sprawne wydostanie się z Bukaresztu, potem pan co specjalnie dla mnie zajechał po arbuza trochę nie po trasie – żeby spełnić moje marzenie i teraz to. Może wsiądziemy dziś też w tira co do Polski jedzie, jeśli naszym kierowcom uda się kogoś skrzyknąć. Nie dość, że pięknie ze stopem, to jeszcze tak pięknie tu!!! Góry wokoło, jedziemy jakby takim wąwozem pomiędzy nimi, pośrodku rzeka błękitna płynie, gdzieś na horyzoncie jakiś zameczek się maluje. CUDOWNIE. Zazdroszczę Rumunom ich rumuńskich krajobrazów…

18:41

Jedziemy z
Turkiem, który mówi trochę po Polsku. Jedziemy na Węgry, tam pauza nocna, a potem to już do Polski. 
Zatrzymaliśmy się na stacji gdzie zaobserwowaliśmy tira z polskimi rejestracjami. Jeden z panów, który na imię ma Ionica poszedł z nami na wszelki wypadek, gdyby coś nie wyszło. Polaka w tirze nie było, ale trzech panów w restauracji siedziało i kawkę popijało. Ionica zapytał czy „Polska?” Jeden z nich z entuzjazmem zawołał, że „Polska, Polska!” Na początku myślałyśmy, że to jego ten polski tir, pomimo że zauważyłyśmy, że akcent ma raczej nie polski. Okazało się zaraz później, że polski tir odjechał, a my właśnie zaczynamy tripa z Turkiem. To że mówił po polsku to po prostu zbieg okoliczności, że my tu i on tu. No cóż… chyba coś niesamowitego jest w tych wszystkich zbiegach okoliczności. Kilka zagadek językowych wynikło w tym czasie, np. Keter-zyn? – aaaaaaaa Kętrzyn! 

7:41

- Mój kolega mówić: Aga i Magda fajne, a ja mu na to: spi****ać!
Spędziłyśmy deszczową noc u niego w tirze, całkiem wygodnie i ciepło nam było, w odróżnieniu od Murata, bo podprowadziłyśmy mu kołdrę i biedak marzł: - Aguś spać, Magda spać, ja nie spać. Zimno             
–Murat, mogłeś powiedzieć, przecież my mamy swoje śpiwory!  
–No, ale Ty spać i Magda spać…. 

11:37

Sytuacja nasza zmieniła się o 180 stopni. Na drodze był wypadek tirów. Staliśmy w korku. Staliśmy tak, staliśmy i nic się nie działo. Wtedy to nawet nie wiedziałyśmy, że to z powodu wypadku. Murat położył się spać. Mnie usadził na miejscu kierowcy i czekaj cierpliwie. A mi tej cierpliwości brakuje, a tkwienie w miejscu z niewiadomych przyczyn to już do szału mnie doprowadza. I namawiam tą biedną Madzię:
 „Chodź pójdziemy pieszo przez ten korek, dojdziemy gdzieś do jakiejś wsi, może jakiś stop nas weźmie, a jak nie to korek się skończy i Murat się zatrzyma” no i w końcu wyszłyśmy. Byłyśmy tam nie tyle w centrum wydarzeń, co samym wydarzeniem. Skąd nagle na drodze wzięły się dwie dziewczyny z ogromnymi plecakami, spacerujące jak gdyby nigdy nic jednym pasem jezdni, podczas gdy na równoległym stał sznur bezczynnych samochodów. Mi się podobało. Doszłyśmy do miejsca wypadku i wyszedł do nas policjant. Kiedy zapytałam czy możemy przejść, on trochę jakby zdziwiony próbuje coś tłumaczyć, że investigation, coś tam coś tam, ale pójdzie zapyta. Po chwili ręką wskazał nam, że możemy iść. Potem ludzie stojący w korku pytali nas co się stało, jak daleko, ile może potrwać, a my zdawałyśmy pokrótce relacje. Spotkałyśmy nawet Polaków i jeden z chłopaków słysząc od nas „cześć” z radością powiedział: „a mówiłem, że Polki!”. Zjadłyśmy trochę przydrożnych śliwek Węgierek zwanych przez nas Rumunek. Samochody ruszyły. Smutno zrobiło się, gdy pojechał Murat. Obraził się, że tak wysiadłyśmy? Miał nas już dość? A może po prostu nie zauważył nas bo był zajęty telefonem czy czymś innym. 

Zrozumiałam pewną rzecz, dość istotną kiedy jest się autostopowiczem. Do tira nie wchodzi się jak do samochodu, tylko jak do mieszkania i przed rozgoszczeniem się należy zdjąć buty, albo jeśli jesteśmy w Polsce przynajmniej zapytać czy kierowca sobie tego życzy. I jednak nie mają z tym nic wspólnego „dywany tureckie” ;) Podróże kształcą. Obecny kierowca poczęstował mnie gruszką.

Stop do Oradei okazał się nieskuteczny i do Oradei nas nie zawiózł. Wziął nas za kogoś innego… Lezbi??? No, no. W jakiś czas potem znowu jakieś chamskie zagrywki, przeczulona już na słowo „seks” tych obleśnych typów, mówię „no” i stało się tak, że wysadził nas w jakiejś mieścinie po drodze. Na nasze nieszczęście był to początek tej miejscowości, więc musiałyśmy przemaszerować przez całe miasto. Potem za te wszystkie zmory czekała nas nagroda w postaci porządnego, dobrego człowieka i idealnego stopa. Dzięki jego podwózce, kilka kilometrów dalej niż miał, nasze życie ułożyło się pięknie. 

19:25

Jedziemy z panem Krzysiem. Poprzedni stop, jak już mówiłam, bardzo dobry człowiek, zawiózł nas na granicę z Hungarią. Skonsultował się z panią na stacji benzynowej gdzie najlepiej wysadzić autostopowiczów z Polski, pani trochę zdziwiona, podobno patrzyła na niego jak na dziwaka, ale powiedziała, żeby albo zawiózł nas na dworzec – co w naszym przypadku w grę nie wchodziło, albo na granicę. Zawiózł nas więc na granicę, czyli zupełnie sobie nie po drodze. Sympatycznie :) kolejna troska o nasz los. Na granicy to już prawie jak w domu. Pełno Polskich tirów. Pierwszym i jedynym tirem, który zobaczył naszą karteczkę z napisem PL był właśnie pan Krzyś. Umówiliśmy się już po drugiej stronie granicy, bo on nie mógł nas obu w samochodzie przewieść. W tym momencie napatoczył się znak zapytania, czy my pieszo możemy przejść przez granicę? No nie możemy, ale możemy. Czyli…. Poszłyśmy na pasy gdzie jest przejście graniczne dla samochodów osobowych. Stało dwoje strażników. Pani i pan. Pytamy, tzn. przekazujemy im pytanie (jak to ja mówię, kiedy się pyta o coś w języku międzynarodowym migowo – angielskim), pan wtedy mówi, że nie, a pani pokazuje nam ręką, że tak. Potem poczekałyśmy na Krzysia już na Węgrzech i tak sobie stałyśmy i czekałyśmy i coś o Muracie się zgadało. Chwila nie minęła, a ja smsa dostaję. Pomyślałam, że pewnie „Play wita na Węgrzech”, a nie, bo to właśnie Murat! „Co robicie Aguś?” aż się miło zrobiło… nie obraził się!. Potem podjechał nasz transport i już przez cały czas jest miło. Rozmawiamy jakbyśmy znali się od lat. Po prostu, tak na luzie i  tematy cisnął się same. Co więcej, Krzyś nakarmił nas! Co za rozkosz – kanapki z pomidorem… z sosem tzatziki, z mięsem ze słoika, którego bym nie tknęła w normalnych warunkach, a dziś wydawał się delikatesem, a co więcej, było też i MASŁO! Wykwintne danie. A jaka kawa!!! W życiu nie piłam lepszej. Ale to już serio. Kawa była przepyszna. Żona dba dobrze o pana Krzysia. 

23:37 Dukla, dupla, dziupla

Stacja benzynowa. Łapiemy stopa od jakiegoś czasu, na razie bez skutku.

01:43

Wyrwałyśmy się ze stacji z tirem. Koleś mówi, że zazwyczaj nie zabiera nikogo, ale w ramach wyjątku nas wziął. Miało być na razie tylko do Rzeszowa, ale Rzeszów za nami, a my jedziemy dalej. Pewnie jak rozeznał, że normalne jesteśmy to postanowił wziąć nas dalej.
A ja odkryłam co tak wali w moim plecaku… i nie są to skarpetki! To muszla z nad morza. Pewnie gnije tam w środku jakieś nieżywe żyjątko… no cóż, trudno, tyle przejechała, to nie wyrzucę jej przecież pod Radomiem! 
…..
Wysadził nad pod cementownią w okolicach Opatowa. Myślałyśmy, że o 3 nad ranem nie będzie łatwo o stopa, a wziął nas już drugi przejeżdżający samochód. Jechał do Zwolenia. Przez radio zagadał do gościa, który do Góry Kalwarii jechał. A zareklamował nas tak, że będzie miał z kim pogadać i milej ogólnie…. To już się trochę czułam zobowiązana do rozmowy. Sił już nie miałam, a powieki same spadały, wirowałam między tym a tamtym światem gdzieś w przestrzeni, aż w końcu usnęłam, a pan nie nalegał na rozmowę. Potem przyszedł wschód słońca i nowy dzień. Przyszedł czas na naszego ostatniego w całej podróży stopa. Do Warszawy przywiozła nas Pani, która wzięła nas też w razie wyjątku, bo na początku nas nie wzięła, ale potem po nas wróciła ;) Wysiadłyśmy tam, gdzie zaczęła się nasza przygoda i zatoczyłyśmy pętlę. Zmęczone i śpiące, ruszyłyśmy tramwajem w głąb Warszawy i tak oto skończyła się nasza przygoda. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz