niedziela, 2 lutego 2014

Rumunia 2013




Pierwsza część długiej relacji ze stopowej wyprawy Agi i Madzi do Rumunii gotowa! A co w niej? Węgierskie Święto Kwiatów, autostradowe problemy,  ciągniko-stop, bryczki owce, góry i NIEDŹWIEDŹ! Zapraszamy! 






19.08.2013r. godz. 8:13. Metro Kabaty.

Z dwoma dniami opóźnienia, ale udało nam się ruszyć. Pierwsze kroki za kabaty, zaczynamy bój przez Warszawę. 

14:18

Gdzieś na stacji benzynowej. Gorąc straszny, jedziemy małą, nieklimatyzowaną ciężarówką w stronę Rzeszowa. Na szczęści pan wywiezie nas dalej za Rzeszów, w taki sposób, że ominie nas długi marsz przez miasto. Tego stopa złapałyśmy prawie błyskawicznie z Iłży. To nasz pierwszy tak szybki stop dzisiaj, bo na poprzednie dwa trochę musiałyśmy poczekać. Straaszny żar z nieba. Zapach benzyny w samochodzie. Zaczynam się zastanawiać, czy nie spłoniemy niebawem. No jeśli nie spłoniemy to i tak zaraz umrę z gorąca i smrodu, ale z uśmiechem na ustach, bo o krok bliżej celu :)

18:16

Jedziemy do Rumunii!!! Z Polski z Turkiem (tirem). To nic, że on ani be ani me po angielsku ani po polsku. Kazał nam buty zdjąć, aby nie umorusać jego tureckich dywanów, jedziemy do Oradei. Jak pięknie mieć mapę ze sobą, wyraża więcej niż tysiąc słów. 

20.08.2013r. godz. Koło 7 rano. Granica słowacko-węgierska

Nie dojechaliśmy do Rumunii. Okazało się, po dłuższych próbach zrozumienia z panem Turkiem, że "tomorrow night big car Hungaria NOŁ". Utknęliśmy już po zmroku na granicy, ciemno jak… no po prostu ciemno. Czołówki okazały się świecić słabiej niż telefon, a namiot gdzieś rozłożyć trzeba. Więc w  kujących krzaczorach, tuż tuż przy drodze biwakujemy. Właśnie wyjrzałam sobie przed namiot, a 30 m od nas rendżersi (policja). Ups… czy oni na nas tam czekają? Przecież jakby coś chcieli, przyszliby i nas obudzili, chyba nie są tacy delikatni… a może boją się niewidocznego napastnika, przecież ten namiot to może być tykająca bomba zegarowa. W zasadzie nie ma się co stresować, nie ma tu chyba zakazu rozstawiania namiotu.
                                                                                                         … pojechali 
Łapiemy już stopiczka z :   


12:30 autostrada

Jest autostrada i jest nasze pierwsze „o rety, wpadliśmy w tarapaty”. Najpierw było ciężko wyjechać z Satoraljauhely. Jak już wyjechałyśmy to zaczęły się kłopoty. Koleś najpierw chciał nas wysadzić na stacji benzynowej na obwodnicy Miszkolca, no ale ja widząc na mapie, że możemy wysiąść trochę dalej, gdzie z autostrady jest zjazd na zwykłą drogę krajową na Debrecen, poprosiłam go, żeby ten kawałek dalej nas przewiózł bo i tak miał po drodze. No niestety chyba nie zczaił do końca o co mi chodzi, bo przewiózł nas dalej, co prawda, w miejscu gdzie niedaleko biegnie dalej autostrada do Debrecen, ALE… właśnie autostrada. I nie miał się gdzie zatrzymać i co… zatrzymał się na stacji, ale byłyśmy po złej stronie. I kilka kilometrów za odbiciem na Debrecen. 

Na stacji, zaczepiła nas pewna kobietka, portugalka, była ciekawa naszym losem i dopytywała gdzie jedziemy. Pogadałyśmy chwilę i bajo, bo trzeba myśleć co dalej. Najprostsze wyjście – przebiec przez autostradę na drugą stronę. Tak po wariacku, ale no trzeba. Trzeba, ale nie można. Nie można, bo po środku wysoka przeszkoda. Nie ma opcji żeby to jakimś sposobem przejść, a nawet jeśli to nie w sposób niezauważony i błyskawiczny, a rendżersi już w czasie naszego bytowania na stacji kilka razy się przewinęli. Zrealizowałyśmy plan Be który pojawił się na bieżąco. Znalazłyśmy tą Portugalkę i zwróciłyśmy się z prośbą, żeby na zjazd do najbliższej miejscowości nas zabrali, abyśmy tylko na drugiej stronie się znalazły. Zgodzili się. Na początku próbowałyśmy na zjeździe na autostradę łapać, ale nic nie jechało. Na autostradzie wiadomo, raczej nic się nie zatrzyma (tzn. marne szanse, chociaż może, może, wiadomo, zależy na jakiego człowieka na drodze się trafi, ale bardziej straszna ta ewentualna policja nam była), więc poszłyśmy kilka kilometrów z buta, te same kilometry, które przed chwilą w mgnieniu oka pokonałyśmy od stacji, teraz musimy wrócić na pieszo do stacji po drugiej stronie. Kiedy zobaczyłyśmy znak 1000 m do stacji benzynowej, było to jak zbawienie. I tak oto siedzimy sobie teraz na stacji benzynowej, z małą ilością wody, a łazienka płatna. Forintów brak. Nastroje nienajgorsze z racji, że to dopiero początek to jeszcze sił trochę mamy by walczyć, a i nadzieję mamy na szybkie wydostanie się stąd. Jak będzie to się okaże. Dziwne, bo mało który Węgier mówi tu po angielsku. Magda nie chce napisać nic ciekawego, mówi, że jest w szoku. 





16:47 

Długie godziny na stacji Shell spędziłyśmy czekając na zbawienie. Po paru godzinach zbawienie nadeszło, chociaż żeby nie było łatwo to też nie było takie bezpośrednie. Żeby zrobić krok w przód, musiałyśmy się cofnąć. Mniej więcej tam gdzie jest na mapce wyżej Nyekladhaza, tam gdzie jest droga prostopadła do autostrady. Czyli tam gdzie chciałam, żeby tamten Węgier nas wysadził… no ale nie ważne, bariera językowa i pół dnia w plecy. Trochę moja wina, że się jeszcze Węgierskiego nie zdążyłam nauczyć.„Stopy” się zjawiły- jak zwykle auta dwa. Trochę to dziwne było, bo chłopaki chcieli nas rozdzielić. Tylko jeden z nich mówił po angielsku. My nie chcąc się rozdzielać, wzięłyśmy plecaki na kolana, mimo że było dość ciasno i pojechałyśmy z dwoma chłopcami, jeden mówił po angielsku i okazali się strasznie sympatyczni. Kierowca przypominał mi głównego bohatera z filmu Grease. Trochę się z nas podśmiewali, trochę potem my z nich. Wesoło było dość, sympatycznie i pozytywnie. Wywieźli nas kawałek za Debrecen i całe szczęście bo to drugie co do wielkości miasto na Węgrzech, więc co my byśmy zrobiły w środku miasta gdyby nie oni? Nie wiem. Dowiedziałyśmy się, że przyczyną tego, że dziś big car NO jest Flower Festiwal, cholerne święto kwiatów… 


18:10

Święto kwiatów. Poruszamy się w żółwim tempie. Transport do Oradei proponowało nam dwóch chłopców z dredami i samochodem takim campingowym, już się cieszę, już prawie Madzię wołam, ale uprzedzili, że są trochę zjarani. Głupi zdrowy rozsądek kazał nam odmówić. Powoli z braku innego stopa od dłuższego czasu zaczynamy żałować, że odmówiłam. Ciężko tu ze stopem, chodź już dużo Rumunów jeździ. 

18:36 Rumuńskie auto

Jedziemy!!! Za 20 km Rumunia. Ta dzika, nieznana Rumunia. Nie wiemy czego się spodziewać. Skąd się biorą stereotypy o Rumunach? Czy były wyssane z palca? Obalimy mity? Mam nadzieję. Panowie jadą nie tylko do Oradei ale i dalej w naszą stronę do Cluj-napoca. A i jeszcze: Oradea czyta się Oradia.  Bo podjechali, ja pytam:                                 -Oradea?                                                                                                                                                                            - ?????                                                                                                                                                                              –Oradea?                                                                                                                                                                             -aaaa Oradia, da, da ;) 

19:11 


Do Braszowa jedziemy z nimi  czyli jak zwykle plan ruszenia z Sibiu szlak strzelił :P Jeden z nich mówi po angielsku i to całkiem fajnie. Tzn. fajnie? Co to znaczy – czytelnie mówi. A jeśli chodzi o treść to trochę nie fajnie mówi bo każe nam być ostrożne i uważać na siebie w tym kraju. Oczywiście, to wszystko z troski i bardzo miło z jego strony, że się troszczy, ale płoszy mi trochę towarzyszkę, a i mi się trochę światła awaryjne w głowie włączyły. Taką opinia, że to niebezpiecznie nam dwóm dziewczynom po Rumuni się włóczyć na samym wejściu w kraj usłyszeć… no cóż, sami sobie wyobraźcie co byście sobie pomyśleli w takim momencie. Mały straszek działa automatycznie, ale ja chyba trochę umiem już z nim walczyć. Uprzedzeni są do swojego kraju, tak jak część Polaków co do Polski.
 
Na normalnej krajowej drodze mijamy bryczki, co może wydawać się troszkę nienormalne. 

23:05 czasu rumuńskiego, czyli 22:05 naszego czasu. 

Stoimy przy restauracji, już w Rumunii i robimy przerwę. Miała trwać 25 minut, a sterczymy tu już ponad godzinę. I cały czas mam wrażenie, że zdążyłabym umyć te zęby! No ale nie idę bo mam wrażenie, że oni zaraz wrócą i powiedzą, że jedziemy, a nie chce robić kłopotu, żeby na nas musieli jeszcze czekać… no i tak kłócę się ze sobą: „umyj – nie myj, idź – czekaj”. . No, już wracają. Jedziemy dalej. Próbuję spać. Muzyka fajna w tle leci, taki folklor rumuński (cygański?) się wydaje. Aż tańczyć się chce, ale zmęczenie zamyka powieki, głowa opada, i tkwię sobie w takim półśnie (oczywiście nie teraz, bo piszę). Niesamowity księżyc w pełni świeci jasno. 

03:21

Jeszcze tylko godzina drogi,  panowie będą starać się załatwić nam transport do Fagaras. Byłoby bardzo fajnie, gdyby się udało. Muzyka wciąż świeci, księżyc wciąż gra… ledwie przytomne my. 


13:00 czasu Rumuńskiego, na szlaku. 

Od czasu kiedy koleś skasował nas za stopa 5 euro, to już potem było tylko dobrze. Madzia w nienajlepszym humorze ze względu chyba na zjeżdżającego naszego ostatniego stopa i psy. Ale o tym to potem. Góry, górki, góreczki, kroczymy ;) 

17:13 


Madzia już w lepszym humorze. Biwakujemy sobie, a wracając do 6 rano to po zakupach w Realu poszłyśmy na stop. Po kilku minutach stania, jeszcze po pojawieniu się konkurencji przed nami, stwierdziłyśmy, że jednak PKS. Poszłyśmy na PKS, a okazało się, że to MPK. Wróciłyśmy na stopa. Łapiemy. Po niedługim czasie zatrzymał się koleś. Nie mówił po angielsku. W ogóle po drodze to mało co mówił, dopiero po wysadzeniu nas przypomniał sobie kilka przydatnych zwrotów po angielsku a mianowicie: „Money, Benzina?” i ten charakterystyczny gest dłonią oznaczający kasę. My z Madzią po sobie, próbowałam 2 euro mu wkręcić, bo akurat z drobnych tyle mi się uzbierało, a on, że cinci. Szybki look w zeszyt i dowiaduję się, że cinci znaczy 5. No cóż, odżałowałyśmy już mu te 5 euro, autobuzel pewnie też by nas coś około tyle wyniósł, więc tragedii nie ma, z resztą, tu nawet nie o kasę chodzi tylko o ludzką interesowność. 
Koniec końców do Recea złapałyśmy stopa, oczywiście po ostatnich przygodach zaznaczałyśmy, że „nu am bani (nie mam pieniędzy)” i trafiłyśmy na spoko dziadka ze złotym zębem, który nie rozumiał nas, my nie rozumiałyśmy go, ale widoczne było, że miał z nas radochę i z tego, że nam pomógł. Zapytał nas czy „katolik?” powiedziałyśmy, że tak. Może on też? Kto to teraz wie. Uścisnęliśmy sobie dłonie i wskazaną przez niego drogą (jedyną główną drogą) podreptałyśmy do kolejnej wsi Dejani. Którą można zaobserwować na poniższej fotografii. 

Z metra na metr robiło się coraz ciekawiej bo do samej Dejani dojechałyśmy na przyczepie z kamieniami. A zaraz później na kolejnej przyczepie z rozklekotanym ciagnikiem. Tym razem wytrzęsło nas porządnie, tak że wszystkie narządy wewnętrzne nam się poprzestawiały. Podwieźli nas już nawet szlakiem w góry.  Wysiadłyśmy, zaczynamy pieszą wędrówkę. Otóż nie, jeszcze jeden stop. Pan leśniczy ewentualnie drwal. Auto jego liczy sobie 28 lat i ledwie zipie. W tym miejscu zaczęła się Magdalensowa panika. W pewnym momencie samochód zgasł i żeby go odpalić, kierowca musiał kawałek zjechać niżej na bardziej płaski odcinek, a w trakcie tego zjeżdżania Madzia już miała śmierć w oczach. Ja widziałam, że kierowca jest spokojny i że nic nadzwyczajnego dla niego ta sytuacja. Magda siedziała na tyle na zewnątrz, więc tego spokoju na twarzy nie widziała i pewnie trochę inne przeżycia też z zewnątrz były. Ale już totalna zagłada i promienie śmiercionośne zaczęły się chwilę później, kiedy pojawiły się owce. Nie, nie, nie . Nie o owce te całe zamieszanie, tylko o psy. Wyskoczyły agresywnie do samochodu, Madzia w krzyk. Nasz pan forest aż wyszedł z awanturą do właściciela zwierzaków, w stronę jednego rzucił kamieniem żeby odstraszyć, Madzia chce wracać do domu. Właśnie wjechała w bramy piekła… ale emocje już opadły, góry ukazały swoje piękno i atmosfera złagodniała. Już po 100 metrach w górę wkroczyłyśmy na etap „ale zajebiście” i póki co trwamy sobie tak. Postanowiłyśmy dziś się nie przemęczać. Bardzo pozytywnym motywem dzisiejszego dnia był nadzwyczaj przystojny Rumun, co podobno miał ładne dłonie jak twierdzi Magda, a mnie urzekł sposobem rozmawiania – mówił po angielsku jakby bajki opowiadał.


22.08.2013r. godz. 7:00 czasu ich 

Jeśli chodzi o noc, to na początku było ciepło… a potem znienacka zerwała się burza i wiatr zaczął dudnić w ściany namiotu. Zaczęło być okropnie zimno =/ tropik nie był dobrze przypięty od strony drzwi co wywoływało trzepotanie, a to wywołało u mnie wewnętrzny niepokój. Miałam wrażenie, że coś/ktoś buszuje przy namiocie… masakra. Byłam w stanie czuwania. Zasnąć nie mogłam, próbowałam tłumaczyć sobie, że to tylko wiatr, zwierze na pewno nie niuchało by tylko z tej jednej strony namiotu i z resztą nie pieprzył by się z tym tak długo… jakoś zasnęłam, budziłam się jeszcze parę razy, ale jakoś dotrwałam do rana. Burza na szczęście zdążyła sobie pójść. 
……
Poszłyśmy po wodę, źródełko mamy w miarę blisko. Wcześniej przyszły sobie osiołki obok naszego obozowiska, a potem dopiero co stado owiec. 

11:09, Curmatura Zarnej, po 2 godzinach na szlaku
Były osły, owce były, były psy, nawet ludzie byli. Ale w pewnym momencie, na około 50 metrów w prawo od nas:                                                                                          - co to?                                                     -o, k***a,NIEDŹWIEDŹ!    
  Nagle zrobiło się jakoś niemo i człowiek czuje, że żyje, bo serducho wali jak młot i chce wyskoczyć na zewnątrz i uciekać jak najszybciej.   

Co działo się dalej? Już niebawem w II części relacji z wyprawy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz