czwartek, 16 stycznia 2014

Bassano Italiano, czyli włoski sylwester!



Romantyczny sylwester w Wenecji prawie za darmo? Niemożliwe? Oczywiście, że możliwe! O tym, jak dotarliśmy na miejsce stopem, o braku toalet w Wenecji, o niezorganizowanej imprezie publicznej, o ciepłych tirach, o super cioci Wojtka i  jej rodzince, o górskim podejściu nie do podejścia, o pięknych Dolomitach, o spinei i Aspinei oraz o niesamowicie szybkim powrocie do domu. Zapraszamy! :)   








Pierwszy zimowy stop! Poprzedzony niemałą spiną w domu. Bo przeginamy pałę, przecież zima jest i kto to słyszał jechać na stopa do Włoch????!!!!! Ale wielka chęć wyruszenia w końcu gdzieś wypycha nas z domu tuż po świętach. Jakoś nie umiemy wykorzystać tak długiego wolnego na siedzenie w domu. Idealnie nam się złożyło, ze Wojtek ma ciocię w pięknej Italii, niedaleko morza i gór zarazem ;) Ekipa znaleziona i postanowione, że się tam udajemy! 

Poszły sobie święta i nadszedł dzień wyjazdu. I jak zwykle, Aga przyjechała do mnie z samego rana i zostałyśmy odwieziony na wylotówkę na Warszawę. Po niekoniecznie Miłej atmosferze w domu, nadeszło uczucie przygody. Gdy stanęłyśmy z wyciagnietymi kciukami, odczułyśmy, że to to co nas jara. Że ruszamy w swoją drogę. Aura nam sprzyjała - ciepło jak na wiosnę, bezśniegowo i przyjemnie. Od razu złapałyśmy stopa, prosto do Warszawy, na wylot na Katowice! Super państwo, którzy w młodości oczywiście jeździli stopem i opowiadali nam swoje przygody. Taaaaaak ogromnie uwielbiam tą miłą stopową atmosferę!

Po drodze był traffic ! Oh my God, jak to mawiała pani która nas wiozła. Całe szczęście szybko go ominęliśmy. Raz, dwa i stolica za nami. Bardzo sie cieszyłyśmy, bo przebicie się przez nią zajęło by nam kupę czasu. Stop do Częstochowy też szybko się złapał. Pan doświadczony przez życie, który był bardzo szczęśliwy i trudni się renowacją ołtarzy. Nasze rozmowy można podsumować stwierdzeniem, że życie to tylko wspomnienie! Rach ciach, ciach i Częstochowa za nami i stoimy na wylocie na Katowice. Tam złapałyśmy pana Artura, niepozornego bardzo, który okazał sie super interesującym człowiekiem o super zainteresowaniach - od wspinaczki po żeglowanie. A przy okazji jest prezesem wielkiej firmy  budowlanej! Wywiózł nas o wiele dalej niż jechał i zawiózłby nas jeszcze dalej, gdyby nie fakt, że autostrady w Czechach są płatne. I tak oto znalazłyśmy się w Czechach, przed Ostrawą, na środku autostrady. Jeszcze było jasno, wiec łapałyśmy intensywnie, dopóki się nie ściemniło... I utknęłyśmy. Na prawie pustej autostradzie bez żadnych tirów.....

Godziny mijały, samochody przyjeżdżały a łapanie było bezskuteczne. Dobrze, że nie było bardzo zimno. Stoimy, stoimy, stoimy. Aż tu policja na przeciwnym pasie. Uaaaaa! Padnij! I zostawiłyśmy plecaki na poboczu a same wskoczyłyśmy za skarpę zjazdu na Bohumin. Stwierdziłyśmy, że idziemy sobie stamtąd, bo mogą zaraz zawrócić i nam wlepić mandacik albo coś. Poszłyśmy sobie do Lidla i dumamy, co by tu zrobić, skoro autostrada nie działa. Poszłyśmy na rondo pobliskie, gdzie były rozjazdy na kilka kierunków i stwierdziłyśmy, że łapiemy w stronę Polski. A jeździło niewiele. Aż w końcu zatrzymało się przemiłe małżeństwo. Zawieźli nas na starą drogę Ostrawę, gdzie podobno jeżdżą tiry i zostawili w zajezdni, gdzie była knajpa i żadnej miejscowości wokół. Tam troszkę połapałyśmy, znowu bez skutku. Zjadłyśmy troszkę strawy i łapałyśmy dalej . Jednak ruch był znikomy. A na dodatek pojawiła sie gęsta mgła, więc samochody miały marne szanse dostrzeżenia nas. Aga zaczęła się źle czuć. Kurde, niedobrze. No to spytałyśmy się w knajpie o nocleg, jednak oni zaraz zamykali. Panie nam powiedziały, że  najbliższa miejscowość za 4 kilometry. Hmm.....no to ruszyłyśmy. Było już chyba po 22. Jeździło nic. Wielka mgła. A my w polu. Idziemy, idziemy, jak cos się pojawia to łapiemy. I złapałyśmy busika małego. Pytamy sie, gdzie ten koleś jedzie a on nam mówi, że do Włoch. Uaaaaa! Ale były emocje. Wsiadamy. A on co? ”Dziewczyny, nie mogę was zabrać, bo jest nas dwóch, a miejsc tylko trzy. Aaaaaaaaa, tyle przegrać. I podwiózł nas 2 km do najbliższej miejscowości. Nie dowierzałyśmy, że taki pech. I byłyśmy wciąż w Polsce. 


Stoimy, łapiemy, zatrzymało nam się kilka samochodów pełnych młodzieży jadącej albo do Magica, czyli jakiejś dyskoteki, albo do Roxany, czyli czeskiego burdelu. Grzecznie podziękowałyśmy. Aga stwierdziła, że jest gorzej niż tragedia. Ale i tak miałyśmy w sumie niezła fazę z tej z pozoru beznadziejnej sytuacji. Jechali sobie policjanci, to ich złapałyśmy :) Pierwszy raz się cieszyłam, że podjeżdża do nas radiowóz. Aga chciała,  żeby nas aresztowali na noc, bo miały byśmy ciepło. A chłopcy już koło Monachium, ostro!!! Aga czuje przeziębienie. Minął nas samochód z Włoch. Hura… Poszłyśmy do hotelu, który był jedyną możliwością noclegu w okolicy. I miałyśmy koczować na korytarzu, jednak dla zdrowia Agi zdecydowałyśmy się wydać trochę kasy na nocleg. Pan z recepcji i tak dał nam sporo taniej.

Wyspane, z lepszym poczuciem, ruszyłyśmy w wiosennym powietrzu przez most do Czech. Tam złapałyśmy super pana kierowcę Tira, chociaż w osobówce. Wywiózł nas do Cieszyna na granicę. Uaaaaa, w końcu jesteśmy na dobrej drodze, gdzie jeżdżą tiry! Złapałyśmy jednego do Włoch, ale oczywiście nas nie wziął, bo zajeżdżał gdzieś po kolegę. I nadeszła w końcu chwila, kiedy ruszyłyśmy ostro do przodu. Pan Paweł super żółtą Scanią zabrał nas początkowo tylko do Bratysławy. Jednak, gdy zobaczyłyśmy, że droga jest prawie pusta, stwierdziłyśmy, że jedziemy z nimi, ile się da, skoro już mamy miły ciepły transport. Pogadałyśmy z panem Pawłem, podrzemałyśmy trochę w promieniach słonecznych.

Gdy zbliżaliśmy sie do węgierskiej granicy, Aga przesiadła się do pana Leszka, żeby nie było problemów z Rangersami. Przemierzyłyśmy z nimi Czechy, Słowację, Węgry i Słowenię. Tyle do przodu! Za Mariborem robili nocna pauzę, wiec próbowałyśmy łapać dalej. Znalazłyśmy 3 tiry polskie jadące do Włoch. Jeden pan jechał z kolegą, drugi z żoną, a trzeci był sam i nie chciał nas wziąć. Grrrrrr. Ajjjj. Jejku, trochę się rozczarowałyśmy, bo akurat ruszał w głąb Włoch. Wyszłyśmy trochę z parkingu ale stała obok policja więc nie było znowu opcji pójścia na autostradę.... Mówimy sobie , teraz albo nigdy. I czekałyśmy na te trzy tiry. I się doczekałyśmy, bo wziął nas pan który nie chciał na początku, dzięki poleceniu naszych poprzednich kierowców przez CB radio. Kolejny ciepły tir, kolejny fajny pan ;) I dojechałyśmy o północy do Wenecji, chłopcy tylko dwie godziny przed nami. Wyjechali po nas do Wenecji i już koniec drogi.

Nasz pobyt w uroczym, klimatycznym Bassano del Grappa obfitował w wiele śmiechu i radości. Komizmy sytuacyjne rodziły się zawsze i wszędzie. Jak to z nami bywa, zachciało nam się w góry. A przedgórze Dolomitów już widać. Ruszyliśmy pewnego poranka na wyprawę na Monte Grappa, oddalonej o 30 km górki turystycznej, na którą wiedzie droga asfaltowa. Ale my z wygód nie chcieliśmy skorzystać i wspięliśmy się własnymi STOPAMI. ;) Na szlak wywiózł nas stop, z którym Wojtek nawijał po włosku. (A przecież w ogóle nie umie mówić w tym języku!) Pan, jak się okazało, po górach chodzi i wysadził nas w idealnym miejscu. W drogę! Przyjemnie, lekko pod górę, naokoło cisza i spokój, piękne wapienie pną się ponad naszymi głowami, powoli zaczyna się niewielka warstwa śniegu. Z jednej naszej strony góry, z drugiej wielka płaszczowina z widocznym hen daleko morzem i Wenecją. Gdy zostało nam na szczyt według wskazówek około 15 minut, mieliśmy do wyboru dwie trasy – dłuższą lub szybszą. Którą
wybraliśmy? Oczywiście szybszą! Jak się okazało, tylko teoretycznie, gdyż szlak był nieprzetarty. Pojawiło nam się ostatnie, może 70 – metrowe podejście. Ścianka była prawie pionowa, a na śniegu była warstwa lodu. A lód, jak to ma w zwyczaju, jest śliski. Więc krok w górę, zjazd w dół. I tak cały czas, każdy z nas. Wspinaliśmy się jak małpki, Adze poszło najzwinniej. Paluchy nam odmarzały od rozpaczliwego chwytania się śniego-lodu. Każdy poszedł inną drogą. Oby do jakiegoś krzaka! Namordowaliśmy się sporo, ale satysfakcja była wielka. Nawet na rodzinnej trasie piknikowej udało nam poczuś się dość wysokogórsko. Piękne zdjęcia na szczycie, zachwyty nad wielkimi przestworzami i ośnieżonymi szczytami Dolomitów zanurzonych w hipnotyzujących chmurach i oświetlonych przygasającym blaskiem zachodzącego słońca. To uczucie oddychania pełną piersią!  Nawet z samego szczytu udało nam się złapać stopa ;)




Nadszedł sylwester. Dojechaliśmy pociągiem do Wenecji. Kilka godzin spacerowania i błądzenia po nieskończonej ilości krętych, wąskich uliczek z wysokimi kamienicami naokoło. Każda inna, każda piękna. A pomiędzy nimi kanały, a nad kanałami mostki. Zaiste, romantyczna sceneria. Jednak ten urok prysł, gdy zaczęły odzywać się nasze ludzkie potrzeby.


Człowiek urynę oddawać musi. Zwłaszcza, gdy mu się mocno chce. Infrastruktura tego iście turystycznego miejsca chyba nie obejmuje sanitariatów. Wszystkie były albo zamknięte, albo znajdowały się w ekskluzywnych restauracjach, w których lepiej, żebyśmy się nie pokazywali. Upps. Radzić sobie trzeba jakoś, więc znaleźliśmy małą, ciemną, pustą uliczkę, kończącą się kanałem. I z wielką przykrością załatwiliśmy swoje potrzeby tam, zanieczyszczając wodę legendarnego miasta.
Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia. Ładne, piękne, ciekawe… A o północy na pl. Św. Marka nie było wspólnego odliczania, każdy miał swoją północ. Scena była jakaś mikro, koncertów żadnych nie było, tylko waliło jakieś techno. Ten trochę bałagan zadziwił nas, skoro przyjeżdżają tu ludzie z całego świata. Miło nam się przywitało Nowy Rok. „Ale były emocje!”
Wracając pociągiem, ze zmęczenia, złapała nas jakaś dzika faza. Jechaliśmy przez stację o nazwie Spinea. Skojarzyło nam się ze spiną i stworzyliśmy nowy zwrot w naszym (waszym) języku: „Bez spiney!”. Stwierdzilismy, że brzmi to troszkę jak nazwa leku, więc lekiem na spineę została Aspinea! :D

Przed wyjazdem odwiedziliśmy jeszcze Asolo, kolejne niewielkie klimatyczne, stare miasteczko położone na pięknym wzgórzu. Spacerowaliśmy, niekoniecznie wiedząc gdzie, aż trafiliśmy na opuszczoną posiadłość. Wielki dworek, wcale nie zniszczony jakoś bardzo, z garażem i innymi budynkami gospodarczymi. Pozwiedzaliśmy wszystkie pomieszczenia, a na strychu, na zakurzonej drewnianej, skrzypiącej podłodze znaleźliśmy wyblakła zdjęcie małej dziewczynki. Dreszczyk strachu przeszedł nam po plecach, bo takie sceny są zazwyczaj w horrorach. ;) Wracając, robiliśmy zdjęcia butom Agi, które są z firmy Asolo, ze znakiem miejscowości Asolo. Nie była to łatwa sztuka, gdyż znak znajdował się na wysokości ponad 2 metrów, a jak wiadomo, Aga tyle nie ma. Chłopcy zarzucili ją sobie na ręce, a ja robiłam zdjęcie, do którego musiałam robić kilka podejść bo Aga wierzgała swoją Asolo’wą stópką. Przejeżdżające auta miały zapewne niezłą zagwostkę, o co chodzi w tym, co robiliśmy.

Ileż radości mieliśmy z zabawy z Andrzejkiem, siostrzeńcem Wojtka! Szkrabek, jak i jego rodzice skradli nam serducha i ciężko było się z nimi rozstawać, ale trzeba było w końcu ruszać do Ojczyzny.

W piątkowy poranek udaliśmy się pociągiem w stronę Treviso, by być bliżej autostrady. Tam, expresowo poszło nam łapanie stopa, przez jakiś czas nawet jechaliśmy we czwórkę z panią, która dała nam pyszne włoskie ciasto. We Włoszech łapało nam się sprawnie i musiałałyśmy uruchomić nieznane nam pokłady zdolności językowych, by dogadać się po włosku. Wbrew pozorom, nawet się udawało, choć na usta cisnęły mi się portugalskie słówka. Niektórzy, całe szczęście ogarniali angielski.

Słowenią się zachwyciłam. Piękna, niewielka, górzysta, z kościółkami na szczytach i niewielkimi miejscowościami co chwilę. I Słoweńcy super mówiący po angielsku! Na jednym z parkingów zgubiłyśmy Polską flagę, która sporo z nami przejechała. Wszystko było super, aż do stacji pod Mariborem, zwanej Fram,  gdzie na trochę utknęłyśmy. Spotkałyśmy tam dwójkę Polaków, bo któż inny by na stopa teraz jeździł?! Jak się okazało, kolega z mojego akademika i mojej uczelni! Wracał z koleżanką z Chorwacji. ;) Świat jest mały, a ludzie z AGH-u są wszędzie. My poszłyśmy łapać na autostradę, gdzie przejechała obok nas policja i nie zwróciła na nas uwagi. Potem zapadł zmrok i łapałyśmy na parkingu. Aż nadeszła chwila, kiedy Wojtek z Patrykiem do nas dojechali. Chwilę pobyliśmy we czwórkę i znalazł się Pan tir Słowak, który zgodził się wziąć żeńską część naszej ekipy na granicę węgierską. Pojechałyśmy zatem i wysiadłyśmy gdzieś, gdzie nic nie jeździ, jest ciemno, zaczyna się Madziarska, a wszystkie tiry stoją na nocną przerwę. Jednak po chwili zatrzymała nam się osobówka. Dwóch Węgrów, ogarniających tylko niemiecki. I kolejny wysiłek umysłowy miałam, by mówić w tym języku, podczas gdy angielski tak ogromnie cisną się na usta. Bezproblemowo jednak się porozumieliśmy i śmiałyśmy się słuchając disco polo po węgiersku! Panowie dali nam mapę jaki geschenk i wysadzili w jakiejś miejscowości na Z……. na drodze na Szombathely. Tam z kolei, znowu nie było tirów i myślałyśmy, że utkniemy, a tu stop. Pan mówiący po angielsku, zabrał nas tam, gdzie chciałyśmy.


Jechaliśmy super pustą drogą, we mgle. Gdzieś w środku Węgier. Uwielbiam! Aż tu nagle przed nami polski tir! A nawet dwa. To nasz pan kierowca sprawnie je wyprzedził, podgonił trochę i wysadził nas tak, żebyśmy zdążyły ich złapać. Wydawało nam się to nieprawdopodobne. Wybiegłyśmy przed te tiry wystawiając w ostatniej chwili kartkę „PL”, bo flagi już niestety nie było. I nas wzięli. Takie szczęście. Dwa ciepłe tiry, mknące prosto do Warszawy. Cuda się zdarzają. I znowu jechałyśmy pustą drogą. Każda w swoim tirze.  I tam, na rondzie w Szombathely widziałyśmy się po raz ostatni. Mknąc przez Czechy, mój pan kierowca obudził mnie, mówiąc, że wypatrzył przed sobą busika na krakowskich blachach. Na przystanku autobusowym przeskoczyłam z tira wiozącego wiele nowych Toyot, do małego busa prosto do Krakowa. Aga pomknęła do Warszawy. I tak, bez przerwy, po 5 rano wysiadłam pod akademikiem. I wyprawa się skończyła. Weszłam do pokoju, w którym mam łóżko, mam łazienkę. Szybki przeskok ze świata włóczykijstwa do takiej jakby normalności. Utonęłam w otchłani ciepłej kołdry, mając świadomość, że Aga mknie do Warszawy, a chłopcy koczują dalej na stacji pod Mariborem. I to wrażenie, kiedy zamykam oczy, że jadę tirem – bezcenne.










1 komentarz:

  1. dziewczyny, suuuper! już mówiłam Weronice, zazdrocha straszna!!! :)) pozdrawiam! http://ministerstwopannype.pl/

    OdpowiedzUsuń