sobota, 7 grudnia 2013

Słowenia - Chorwacja 2013

Słoweńsko - chorwacka wyprawa była pierwszym wyjazdem stopowym Justyny, siostry Agi. Wszystko odbyło się bez Wer, z której dalekiej wyprawy relacja już niedługo. Pełno przygód, emocji i kozic w Alpach Julijskich. Zapraszamy!






5.07.2013r.
Moja podróż zaczęła się o 8:00, z Łomży to już było strasznie,  autobus miał awarię. Kiedy przyjechał kolejny nie wszyscy się w niego zmieścili. Ja zostałam na upale bez cienia. Żeby nie było, było jeszcze gorzej, ponieważ skończyło mi się picie. Na szczęście miła dziewczyna dała mi trochę picia. Po jakimś czasie przyjechał autobus, a potem to już korek. MASAKRA!!!

607.2013r. Godz. 9:00, Mieszkanie brata.
Już spakowane, prawie...ostanie dopinki. Jeszcze tylko skoczyć do Tesco po potencjalną flagę i ruszamy w świat. Nie wiedzieć czemu budziłam się od 5 rano co pół godziny. Stres?  Ekscytacja? Niepewność? Coś w ten deseń.

 6.07.2013r. Godz. 19:01, Wodzisław Śląski>tir
Po wyczerpującej drodze jednym autobusem, tramwajem, drugim autobusem, aby wyjechać za Warszawkę, po przejściu kawałka pieszo, w końcu jesteśmy w dobrym do stopowania miejscu. Połapałyśmy sobie chwilę i zatrzymało się auto. Niestety pan jechał w stronę Radomia, do Starachowic dokładnie. Ja to generalnie byłam gotowa wsiąść do niego i jechać byle dalej na południe, ale sam nam to odradził. Powiedział, że łatwiej będzie nam stąd na Częstochowę łapać niż tam potem kręcić. No OK. Łapałyśmy, łapałyśmy, aż w końcu dołapałyśmy się chłopaka, który jechał do Częstochowy.  Na drodze do Częstochowy zaczęły wkradać się pewne obawy bo stałyśmy jakieś 20 minut z marnymi skutkami, nawet mało kto pokazywał jakieś gesty zainteresowania. Nagle zatrzymał nam się tir, w którym właśnie sobie siedzimy robiąc 45 minutową przerwę. Z początku pan wydawał się nie tak bardzo sympatyczny jakim okazał się później... powiedziałyśmy, że chcemy na Katowice, powiedział że nas gdzieś tam przy skręcie na Katowice wysadzi. Potem zgadało się, że my na Słowenię jedziemy to i okazało się, że może nas sporo dalej podrzucić. Zawiezie nas na granicę z Austrią gdzie będziemy około 23 :) Trochę zasmucił mnie fakt, że w Austrii w niedzielę tiry nie jeżdżą... to jutro będzie trochę kiepście… ale co by nie było, będzie fajnie.  W końcu „każdy nowy dzień, rodzi nowe paranoje...nie jestem tym który zwątpił i tchórzem co się poddał” :) 

 00:05 czyli już 7.07, granica Czesko- Austryjacka  <Mikulov, namiot na parkingu dla tirów
Rozłożyłyśmy się na parkingu w namiocie, pożegnałyśmy się z naszym fajnym panem Janem, siedzimy sobie, robimy chusteczkowy prysznic, aż tu nagle słyszymy takie „halo, dziewczyny” w pierwszej chwili myślimy sobie „o nie, przyszli nas stąd przegonić na pewno” - nie zwracając uwagi , że ten ktoś to po polsku do nas mówi. No w każdym bądź razie za chwilę okazało się, że to pan Janek kochany załatwił nam transport na Słowenię z jego kolegą, który wiezie owoce więc ma pozwolenie na jeżdżenie w niedzielę :) On jedzie do Zagrzebia przez Graz i Maribor. No tyle wygrać!!!! :) idę w kimę. Dżastin już udaje, że drzemie :P

07:50
Pięknie przespać noc bez budzenia się nad ranem z zimna. Gorąco!

18:07, gdzieś na obwodnicy Ljubljany

działo się trochę w międzyczasie: Z panem Pawłem udało nam się dojechać do Mariboru. Wcześniej zrobiliśmy 45 minut pałzy i pan Paweł zrobił spagetti, którym nas poczęstował. Zaoferował nam tak ogromne porcje, że z trudem dałyśmy sobie z nimi radę. Postanowiłam sobie wówczas, że starczy mi to do 18, no i właśnie wybiła 18 w związku z tym zjadłyśmy kolejny posiłek. Zanim jednak te bułki, to miałyśmy trochę problemów z wydostaniem się spod Mariboru. Zatrzymywali się owszem, ale generalnie ludzie którzy nas do miasta chcieli podrzucić, plus jeden tir co do Bukaresztu jechał. No, ale w końcu zatrzymał się <tam-tararam> Niemiec. Sytuacja była o tyle zabawna, że pomimo nauki niemieckiego przez kilka lat szkolnych, ani ja ani Justyna zbytnio bardzo nic ani nie rozumiemy ani nie rozmawiamy. W tym właśnie zamieszaniu językowym zrozumiałam, że w stronę Lublany on jedzie. Po bardzo krótkim czasie, wyszło, że on przez Zagrzeb jedzie... no i chciałyśmy wysiąść, ale on coś tam, że teraz nie czy coś tam coś tam szprechen, w każdym razie my nie rozumiemy :P Koniec końców wysadził nas na stacji benzynowej. Przed stacją była tabliczka, że na Lublane. Już się cieszymy, że zawsze to parę metrów do przodu. Idziemy... i co się okazuje? To ta sama stacja spod której wyjazdu on nas zabrał, objechał sobie po prostu ( jakby wtedy od razu nie mógł nas wysadzić ). Człapiemy się przez parking na ten sam wylot co wcześniej, a tam na tym parkingu chłopak sobie siedzi. I pisze na kartonie. Zerkam co tam skrobie, a skrobał ZAGRZEB. Zagadał do nas, okazał się Polakiem ( czasem wydaje mi się, że tylko Polakom przychodzą do głowy takie rozrywki jak stopem po Europie), pożyczył nam marker i zrobiłyśmy sobie na kartoniku napis LUBLANA. Generalnie to myślałam, że on pierwszy coś złapie bo my przecież 3 stopy na Zagrzeb miałyśmy.... a tu niespodzianka, bo to nam się zatrzymali pierwsi. :) Słowacy, para. I tak oto jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Mam nadzieję, że długo tu nie zabawimy.
Więc tak, jest gorąco, ale nie tak bardzo. Pozdrawiam: mamę, tatę, Pawła, Alę oraz BABCJE  WŁADZIĘ I Helę!!! Buziaczki.

 Godz.?? Krajn
Tak zwany przez nas Kran. Jeszcze około 30km i jesteśmy mniej-więcej na miejscu. Kolejna para tym razem Słoweńców. Kolejna dobrze speakająca po angielsku, aż robią mi się kompleksy....
…..
 przygoda z policją....  zabawne starcie. Ci Słoweńcy co nas wieźli, mówili, że na autostradzie jak będzie policja to mamy uciekać do lasu bo inaczej mandat.... no i podjeżdżają... Dżastin się pyta „co robimy?” odpowiadam „nie wiem” bo tak, lasu brak, a poza tym zanim byśmy te plecaki na siebie zarzuciły to oni by kółko wokół nas 2 razy zakręcili. Obrałam strategię: UDAWAĆ GŁUPA. Uprzedziłam grzecznie pana, że my nie rozumiemy, że my z Polski. On nam zaczął tłumaczyć powoli, wyraźnie słoweńskim, że na autostradzie stopa łapać nie można. My zdziwione jak nie wiadomo co, robię duże oczy i jeszcze dwa razy się upewniłam „naprawdę nie można?” ( bo w Polsce tak mało autostrad to skąd my mamy wiedzieć) i pytam „a gdzie można?”, a pan policjant o tyle miły był, że pokazał nam gdzie- że tam za rondem. No to ok, ok, spadamy stąd. Przeprosiłyśmy, podziękowałyśmy i poszłyśmy we wskazanym kierunku.  Nie zdążyłyśmy odejść zbyt daleko,  ba nawet nie zamachnęłyśmy ręką, a zatrzymało nam się auto. Do Jesenicy ma nas zawieść  Pan milczący.

22:09, pod Triglavskim Parkiem Narodowym
Generalnie udało się :))) a tak kontynuując historię, to nie do Jesenicy  tylko do jakiejś wsi przed Jesenicą nas pan zawiózł, trochę mało mówił, ale strasznie miło z jego strony, że wydostał nas z Kranu :), a dalej było tak, że szłyśmy w kierunku zabudowań i jako dobry znak zobaczyłyśmy dwie turystki z plecakami dużymi na plecach i mapą w ręku. W sumie nic cennego żeśmy się nie dowiedziały, ale spoko, przynajmniej wiedziałyśmy, że jeszcze nie jesteśmy tam gdzie być chcemy.  Szukałyśmy przystanku. Już nawet do Krańskiej Góry chciałyśmy dojechać banem, no szczere chęci miałyśmy, ale była niedziela i ostatni autobus pojechał sobie 3 godziny wcześniej :P Już rozważałyśmy rozbić się przy tym przystanku w środeczku wsi, ale nie tak szybko, póki jasno połapmy jeszcze stopa. No mało jeździ, poza tym to wieś to pewnie mało co będzie jechało dalej. O.. Zatrzymała się pani. Powiedziała, że nie jedzie do Krańskiej Góry, ale odwiezie nas w lepsze miejsce do łapania. Ogólnie pani była zajebista, dość zrozumiale i fajnie się z nią gadało. I takim sposobem dotarłyśmy do kolejnego miejsca w którym już o mało co się nie rozbiłyśmy. Połapiemy chwilę i jak coś to się zaraz rozbijamy. Marne szanse. Zatrzymał się pan, który mógł nas 2km podwieźć, w więc podziękowałyśmy...to nas nie ratowało. Mało samochodów. Ok. Już zaraz spadamy się rozbić bo robi się ciemno. Trzy samochody i koniec. Jeden przejechał... drugi... bęęęk, Justyna mówi, że się nie liczy bo jechał pełny, ale jak trzy to trzy, jutro najwyżej pojedziemy. Trzeci.... i proszę bardzo, do trzech razy sztuka. Dwie starsze kobitki dostarczyły nas do Mojstrany. Wysadziły pod jakimś hostelem do którego szczerze mówiąc miałam chętkę zajrzeć, ale Dżastin stwierdził, że trochę przypał płacić już za drugi nocleg. Racja, prysznic kiedy indziej ;)
 ….. było sobie pole. Chciałyśmy na tym polu,.... stały sobie domy, więc warto ludzików zapytać czy można. Jednych pytamy, mówią, że w zasadzie im to nie będzie przeszkadzać, ale to nie ich pole. Pukamy do innego domu, pan też mówi, że to nie jego. Powiedział nam, żebyśmy za wieś wyszły, tam nie będziemy nikomu przeszkadzały. To sobie idziemy, jest już ciemno, szukamy naszego kawałka podłogi. I tak właśnie znalazłyśmy się na skraju Triglavskiego Parku Narodowego. Bez wody... trochę siara, bez mapy, to jeszcze większa siara. Jutro rano poszukamy i wody i mapy. Co prawda próbowałam dotrzeć do szumiącej w oddali wody przez haszcze, ale droga okazała się zbyt długa i zbyt ciemna, więc odpuściłam. Szkoda, że na to szukanie mapy stracimy trochę jutrzejszego czasu, ale nie ma co się w tak obcym terenie krzątać bez. Grzmi gdzieś burza nieopodal... 
Idę spać. Ciaoo :)

8.07.2013r. Godz. 7:42

Burzy nie było na całe szczęście. Poranek zapowiada się ładny. Teraz mamy misję mapa, woda, chleb.
Godz. 12:06
Trochę żeśmy się pokręciłyśmy w kółko, ale jakoś trafiłyśmy pod pewne schronisko, wyobrażenia miałam co do niego, że będzie to niczym nasze Morskie Oko, ale mylnie, bo ludzi brak, jedyne co, to biega jakiś chłopiec i jakaś parka przeszła się. Prawie na samą góry ( w sensie, że na szczyt doliny ) przyjechałyśmy na stopa. Miałyśmy propozycję dołączenia do dwóch chłopaków, ale gdy zobaczyłam, że mają kaski i uprzęże, stwierdziłam, że my bez sprzętu to się z nimi nie wybierzemy bo my nie na takie góry przygotowane. Poza tym trzeba by cały czas po angielsku z nimi gadać, a jak się pewne podstawowe tematy już wyczerpią to brak słówek mnie dopada i dupa. No więc tego, będziemy próbować jutro atakować Triglov. Ciekawe gdzie się rozbijemy.... mam nadzieję, że wszystko pójdzie pomyślnie. Nawet pan we wsi, którego pytałyśmy o drogę do miejsca gdzie można kupić mapę umiał po angielsku. Siedzimy sobie i przepływa przez nas spokój i niepokój :P co do dzisiejszego noclegu, ale będzie co ma być. Poparzyłam się, ale to nikogo dziwić nie powinno. Umyłyśmy łebki w takim kranie na zewnątrz :)
DŻASTIN PODNOŚ TYŁECZEK SWÓJ ŚLICZYNY Z TEJ ŁAWKI I SHOW MUST GO ON!
Niebo jest takie troszkę, umyłyśmy włosy i jesteśmy świeższe. Chce mi się spać. Aga mówi, że mam śliczny tyłeczek! :D Wszędzie niemcy, dosłownie gdzie oka nie przyłożę tam niemcy. Dobrze, że już po wojnie.

Czas później jakiś
No więc jak zwykle w górach złapał nas deszcz, generalnie obrałyśmy już sobie miejscówkę do spania. Mija nas jakaś wycieczka. Z rozłożeniem namiotu i tak musimy do wieczora poczekać..cholerka, coraz mocniej pada....
 kilka chwil later Mamy kolejne miejsce „biwakowe”, moje nogi trochę śmierdzą, ale do wieczora się wywietrzą jak sądzę. Zaraz idziemy szukać źródełka i trzeba gdzieś plecaki w krzaczory skitrać.
NOWE POWIEDZONKO: Los płata figlos

…później
Ogarnęłyśmy sobie zajebiste miejsce do mycia w potoku. Jest śliczny, malowniczy, pastelowy...cudny, czysty, a my go tak bezczelnie zanieczyściłyśmy. Raz na jakieś 20-30 minut nieopodal krzątają się ludzie, mam nadzieję, że jeśli akurat będą się przechadzać to nikogo nie zdziwi widok dwóch panienek w stanikach ;P
 …
Nie wiem która godzina, bo zapomniałam do jadalni wziąć telefon. Justyna masuje mi moje czyste, pachnące stupeczki :)) czekamy na wieczór żeby się rozstawić. Ogólnie fajno, jako przyszły meteorolog obserwuję zmiany zachodzące w chmurach w górach. Aktualnie się tam w wyższych partiach chmurzy, ale żyję nadzieją, że owy stratocumulus nie przyniesie nam deszczu.
Więc tak: bardzo ładne widoki, zapierają dech w piersiach, czysta źródlana woda ( znaczy była czysta dopóki Aguś nie wsadziła tam swoich stupek tych malutkich i śliczniutkich) Okolica malownicza w tle krówki robią muuuuu oraz pieski, ale one nie robią mu. No i łapiemy bączki! xD Agniesia dzisiaj kupiła lodziki xD i mapeczuńkę taką ślicznuteńką. Buziaczki !! Agusia lepi zamczycho, chce mi się spać. Jutro kolejny piękniusi dzionek. Domek, znaczy zamek Agi wcale nie przypomina Zamku! <<<<Kłamczuch!!!

 20:08, Namiot, nowe mieszkanie
Krowy napędziły nam stracha (przed ich ewentualnym właścicielem) i znalazłyśmy nowy dom. Przybysze, a raczej przybyszynie już zdążyły się zagospodarować w naszym ogródku. Generalnie to idziemy spać pomimo że jasno, bo jutro z samego rańca trzeba się stąd zwijać.
-ale tu nie równo
–nie narzekaj, bo ja śpię na kamieniu pod śledzioną
-a gdzie jest śledziona?
-właśnie nie wiem....... pod cyckami jakoś..?

9.07.2013r, godz. 07:07
Ruszamy na Triglov =). Oprócz psa nic nam spokoju dziś nie zakłóciło w naszym domostwie. Bez sensu zmoczyłam sobie buta w potoku =/


08:51
Ok. Już wszystko rozumiem po co kaski... Nasze podejście okazało się pionową ścianą. Na szczęście są pomoce tzw. via  ferraty. Jest pięknie, naprawdę cudownie, ponad nami wapienna ściana, pod nami przepaść. Człowiek taki mały w obliczu tego (chociaż ja to zawsze mała :P). Dajemy radę i jemy białą czekoladę. Zła wiadomość jest taka, że rozwaliłam aparat =/
Jest nieziemsko, ale ciężko... ale oby nie było gorzej. Już wiemy po co ludziom kaski, aby nie dostać kamykami w główkę.

Koło 10
Kawał przejścia za nami. Generalnie momentami jest wyczynowo. Na szczęście mamy pasztet. Zero Polaka oprócz nas. Sporo Francuzów jak na to gdzie jesteśmy. Krajobraz przewspaniały, aż się boję pomyśleć jak to będzie wszystko z góry wyglądało...

...później
Śmierć w oczach była, śnieg nie sprzyja. Trochę krążymy w miejscu usiłując się przedostać przez śnieg. Nie jest łatwo, tym bardziej, że gdzieś obsunęła się lawina skalna, huk niesłychany... oddech przyspiesza, niepokój w sercu drzemie. Niezły hardcore. Ku**a mać łapy się trzęsą.
Słoneczko świeci, Justyna ma załamanie nerwowe, ale staram się nie czuć się winna bo przecież tak samo nie znałam tych gór jak ona. Jesteśmy jak sądzę na wysokości około 2100-2200. Jemy skitelsy, Niemcy wracają, biedacy idą w najlepsze nie wiedzą jakie piekielne zejście ich czeka.
 14?..może, coś takiego
Gdzie ten  szlak? Po ch** ten śnieg? Fuck =/ trochę spod kontroli wyszło to wszystko. Ale kozice były? Były. Poszłyśmy chyba najtrudniejszą trasą w tę stronę z ciężkimi jak sto kamieni plecakami i bez uprzęży ani kasków. BRAWO dla nas =/
TO JEST PIE*****NE ZADUPIE! WSZĘDZIE ŚNIEG BEZ WARTOŚCI ODRZYWCZYCH! I
JESZCZE RAZ KU**A MAĆ!
Kozice blisko nas, ale poszły. Pewnie one też nie lubią śniegu bez wartości orzywczych bądź odżywczych.

Po 16
Jakimś cudem dostałyśmy się do schroniska, ale pan na zaśpiewał 23 euro za nocleg od osoby. Trochę jesteśmy w rozterce. Jestem zmęczona nieziemsko, Justyna pewnie nawet bardziej i nie wiemy przy przyjąć nocleg i jutro Triglov atakować czy schodzić w dół. Wyszło słonko. Cholera, cholera, cholera 46 eurosów.................... what to do?

 Dwie godziny później
hahahahahaha...
a więc sytuacja wygląda tak, że śpimy sobie tzn mamy nocleg w tym schronisku po cenie Alpin klubu czyli 14 ojro od łebka. A było to tak: generalnie próbowałam na wiele sposobów, mówiłam że będziemy spać na podłodze jeśli będzie taniej, pytałam o możliwość rozłożenia namiotu ( to oczywiście się trochę zburzył bo jak to w parku narodowym!!?), mówiłam, generalnie mówiłam, że to dla nas za drogo. Koleś był nieugięty. Wróciłam do Dżasty i siedzimy kminimy, obok schroniska stała taka kaplica, było w niej cholernie zimno, a poza tym pewnie była zamykana na noc jak sądzę, więc odpada. Do następnej chaty mamy niby 1,5h drogi. Z naszym zmęczeniem i naszym tempem to pewnie ze 3h, było po 17... no nie bardzo, nie wiemy nawet ile tam kosztuje. Wracamy zrezygnowane, wściekłe na obecną sytuację, no ale nie ma rady trza odchorować. Faceta w recepcji nie było więc poszłam do kuchni. Tam obsługiwał taki młody przystojny chłopaczek, zaczęłam z nim dialog. Powiedziałam, chcemy nocleg, powiedziałam, że tu jest strasznie drogo i czy wie może, czy gdzieś w pobliskim schronisku jest taniej, był o tyle miły, że zadzwonił i się dowiedział że 21euro. To już w sumie było nam bez różnicy, a przynajmniej nie musimy butować tych 3 godzin... czekając na tego faceta z recepcji wpadł mi jeszcze jeden pomysł do głowy- tonący trzyma się wszystkiego. I mówię kolesiowi „ok. we want to stay here, but I have one more idea” , już zaczął się podśmiewać pod nosem trochę... dobry znak. Mówię więc dalej „Could you give us a discount if we sleep in a one bed?” już nie pamiętam jak to dokładnie dalej przebiegało, ale dał nam tą zniszkę dla alpin klubu :))) Dostałyśmy wieloosobowy pokój w którym najpierw zastałyśmy jedną osobę, była to Amerykanka z Chicago. Jest tu sama, podróżuje od 7 miesięcy, wcześniej była długo w Nowej Zelandi, a teraz zwiedza Europę. Większość rozumiemy, niestety nie wszystko. Z każdego dialogu zostają jakieś czarne plamy. Dziewczyna jest moją idolką. Ogólnie dzięki tej znacznej obniżce ceny poprawił nam się humor.  
Przyszło kilku chłopaków z Węgier. Fajnie posłuchać po angielsku. Jeden z chłopców jest doktorem albo nim będzie ( coś o praktykach wspominał ), jeden studiuje METEOROLOGIĘ!!! innych dwóch jest carpenter? Muszę sprawdzić co to znaczy <<<stolarz :) Prysznic oczywiście nie istnieje, wrzątek około 3$, więc gotujemy swój

 10.07.2013, gdzieś na szlaku na Triglov ;) 8:30

-DZIEŃ DOBRY!- Justyna wita turystów na obcej ziemi :P
Pół godziny temu wyszłyśmy z naszej Triglovskiej Chaty, jak to oni mówią Domu. Słoneczko, piękne chmurki, piękne górki. Idziemy sobie pionową ścianką, a Dżastin dziwi się, że na  mapie zaznaczona jest jako trudna. Wczorajszy dzień zahartował organizm ;). Za jakieś 100-150 metrów w górę będziemy na topie. Jeszcze nie byłam tak wysoko. Zrobiłyśmy sobie przerwę, bo nieopodal zaczyna się chmurka. Na nieszczęście Dżastin dostała okresu i wpieprza tabletki. Jeszcze zapomniałam wspomnieć, że wczoraj spotkałyśmy w schronisku dwójkę Polaków z Krakowa. :)

9:46
Dopiero na szczycie. Czasy oszukują i to bardzo. Ale mamy jeszcze sporo czasu na zejście. Widoków brak, ale 2863 m n.p.m. zdobyte. Kurde, tą drogą co chciałyśmy schodzić ludzie nam odradzili ze względu na duuuużą ilość tego zimnego białego czegoś zwanego potocznie śniegiem... =/ słabo, ciężkie zejście w takim razie przed nami drogą którą weszłyśmy, ale damy radę.


11:37
Idziemy na dół trochę innym szlakiem niż wchodziłyśmy. W sumie tragedii nie ma, a nawet powiedziałabym, że całkiem miło jest. Kozice umilają nam życie, a Justyna robi kupę... żyjemy nadzieją, że nikt jej z góry nie obserwuje :P. O, już skończyła ( szybko się uwinęła ). Śliczne te kozice, aż bym im ciągle robiła zdjęcia, no ale bez sensu milion zdjęć kozom.
NIE MA JAK TO KUPA W ALPACH! :D

….x czasu potem
Kolejna przeszkoda śnieżna, ale tym razem z górki, ja mam fazę bo zjeżdżam sobie jak na nartach. Dżastin ma niestety z tym problemy i może to trochę potrwać zanim z człapie się na dół. Na szczęście wyszło słońce. Kolejna chata przy nas. Ciekawe gdzie dziś ostatecznie się znajdziemy... Trochę pieką mnie ręce od śniegu. Jest gicior
12:57
Udało się, Justyna zjechała na tyłku! Oczywiście przez przypadek, ale szybko poszło przynajmniej :P Zgubiła po drodze kijaszki, ale wróciłam po nie i zjechałam sobie chętnie jeszcze raz :) Siedzimy sobie pod Domem Planika od 2400 m n.p.m. Misja na dziś – zejść jak najniżej.
PÓJDĘ MAMO W DALSZĄ DROGĘ... :)

14:00
To się nazywa życie na lighcie :)  Tak spokojnie, tak słonecznie. Taka przyjemna ścieżka w dół. Warto było. Kochany gorąc, kochany wiaterek. Już teraz nie trzeba z każdym krokiem bać się o swoje życie, nie ma tabliczek upamiętniających czyjąś śmierć. Gdzieś w oddali dzwoneczki owiec. Niebawem pewnie zejdziemy poniżej 2000m n.p.m. Jest pięknie, wczoraj był koszmar, nie powiem że nie, ale cudowne te widoki są cudowne, osy tu się kręcą, jest cudownie. Gdzieś w tle ludzie wołają coś na nasze jakby: IGOR, a może nie ... helikopter leci z czymś pewnie z jakąś dostawą do schroniska. Jest pięknie, tyłek już mi wysechł, idziemy dalej. No i chcemy się umyć, ale nie mamy u kogo <<<Bo:
życie, życie jest nowelą,
 raz koleją, a raz drogą,               
czasem chcesz się umyć,            
ale nie masz Pryyy-szniiii-caaa             
Bywało ciężko o np. jak na górze Aga powiedziała, że schodzimy to chciałam normalnie skoczyć. Później ten śnieg no MASAKRA, ale przynajmniej jest miło teraz. BUZIACZKI

16:37
Jest burza, siedzimy sobie pod tropikiem przy szlaku. Jemy kanapki z pasztetem z nadzieją, że za 15minut przestanie.

20:11  
  Czeka nas kolejna nielegalna noc w parku. Stwierdziłyśmy, że lepiej będzie jeśli rozbijemy się w lesie niż iść dalej i łapać stopa potem w ciemną noc, poza tym ten stop mógłby nie nadjechać i tak dalej i tak dalej. No i po drugie to planujemy jutro umyć się w pobliskim schronisku i ruszamy na wybrzeże. Widok z balkonu mamy przedni. Ahh góry, góry, góry...

11.07.2013r. Godz. 7:17
Gotujemy śniadanie, turyści już maszerują nie zdając sobie sprawy z naszego istnienia. Niebo bezchmurne, trochę zazdroszczę ludziom, którzy idą dziś w góry...ale jeszcze tyle pięknego świata do zobaczenia, że trzeba iść do przodu.

9:02
Panowie ze schroniska pozwolili nam wziąć prysznic. Hura hura!!! po euro za 3 minuty ciepłej wody... no trudno, że trochę źle zrozumiałam działanie tego systemu i spłukiwałam się w masakrycznie zimnej, grunt, że jestem czysta :)

12:44
Znowu Jesenica, pierwsze stopu za płoty. Będziemy próbowały teraz do Lublany wrócić i ziuuuu na południe. Obecnie jesteśmy w jakimś centrum handlowym po zakupach.


16:30
Ljubljana. Siedzimy sobie pod tropikiem, nie rozłożonym niestety, ale mamy nadzieję, że szybko przestanie padać. Do Lublany podwiózł nas taki śmieszny koleś i całe szczęście bo łapałyśmy na autostradzie z beznadziejnego miejsca. Trochę dużo nas łapie tu stopa z tego miejsca... Jak przyjechałyśmy tu to już stał tu taki chłopak, który łapie w to samo miejsce co my, no niestety więc ma pierwszeństwo co do stopa, przyszły jeszcze jakieś Rosjanki. Damy radę, co miałybyśmy nie dać ;) Tylko niech padać przestanie. 

19:26, CHORWACJA

Już po pierwszej kąpieli w Morzu Adriatyckim :). A jak do tego doszło? Otóż jak zwykle zajebiste szczęście. Więc jak trochę padać przestało też zaczęłyśmy łapać stopa razem z tym chłopakiem (tym tam wyżej przedstawionym na zdjęciu). Znowu zaczęło padać, ale tym razem olałyśmy to i nieustraszenie stałyśmy z kartką KOPR. Tamte Rosjanki zniknęły, coś tam pewnie złapały, więc zostaliśmy we czwórkę: My, kolega i jeszcze jedna dziewczyna. Nagle ktoś się zatrzymał. Okazało się, że do Kopru :)  Pierwszeństwo do stopa miał ten chłopak oczywiście bo był pierwszy, ale koleś wziął nas wszystkich :) i ruszyliśmy w deszczu do Kopru, kierowca jest Słoweńcem i oni też. Wszyscy mówili też po angielsku i się jakoś zrozumieliśmy. Pierwsza wysiadła dziewczyna w jakimś mieście na S..., zostaliśmy już we czwórkę w samochodzie. Potem wjechaliśmy do Kopru, który okazał się sporym miastem i jako takiej plaży tam nie ma, na której można by namiot rozłożyć. No i pan kierowca zapytał czy chcemy jechać z nim do takiego miejsca w „kroeiżji” jakoś tak to brzmiało (jakoś przez całe lata nauki umknęło mojej uwadze jak jest Chorwacja po angielsku), na taką plażę dziką. Wysadziliśmy chłopaka w mieście i pojechaliśmy. W czasie drogi ekstra wygodnym samochodem dowiedziałyśmy się, że kierowca – Michał (po naszemu) jest scenografem. Spędza 3 miesiące zimowe w Ameryce Południowej... gadka szmatka, nagle jesteśmy na granicy i UWAGA wjeżdżamy do CHORWACJI! Jesteśmy na plaży. Podczas deszczu w Lublanie zamokła mapa i ten zeszycik, mapka się porwała, ale ogólnie wszystko git. No i ja wzięłam ten zeszycik, żeby napisać, że Aga wyrywa sobie włosy powyżej pępka :P ...i poniżej też :P Są fajne zielone jaszczurki i powoli stające się pospolite kraby. Jest zachód słońca.. i jest pasztet. Burza jest gdzieś w oddali, ale żadna burza nam nie straszna bo mamy Boga w sobie. Jestem szczęśliwa. Udało się. Dotarłyśmy wszędzie gdzie chciałyśmy :) Rozkminiamy czy nasz Miszka scenograf od filmów jest sławny...ciekawe jak wygląda ten jego apartament tutaj... Ogólnie to dał nam nr
telefonu i powiedział, że jest jak policja jakby coś się działo to mamy do niego dzwonić/pisać od razu :P

 12.07.2013r
 8:34
Mrówki zaatakowały nasz chleb, ale powyjmowałam je kromka po kromce. Leżymy na plaży.     Chillout :)

14:25
Zaraz zadzwoni mama, boję się... Przyznam się jej gdzie jesteśmy....

Już. Uffff.... lżej na sumieniu. Dobrze wyszło, przynajmniej pół prawdy wyszło na jaw.
 19:00
No to troszkę przekombinowałyśmy. Jesteśmy w Porec i nie wiemy jak wrócić na naszą plażę.... Zachciało nam się na zakupy na stopa jechać =/ pojechałyśmy z jakimś (ja myślałam, że) czarnoskórym (ale podobno to tylko opalenizna) Amerykanem do Kauf...( i tu cały czas mówił, że nie wie jak to się mówi bo to niemiecki sklep) my kończyłyśmy ...landu :)  no i wszystko super, piwko mamy, chipsy mamy, lody zjadłyśmy, super super, tylko, że jak wrócić..? no do tego Porec to złapałyśmy stopa, odwiózł nas na miejską plażę w Porec. Napisałam do Michała z wczoraj, może nas poratuje...

ok. 22
Udało się dotrzeć. Miszka nas poprowadził, kazał nam iść na północ ( a my wiemy gdzie północ, bo w kijaszkach mojego brata jest kompas xD) i jeszcze podpowiedział, że morze mamy mieć po lewej stronie i tyle starczyło. Dżastin strasznie jęczała po drodze, no strasznie... ale szłyśmy, szłyśmy, szłyśmy. W końcu doszłyśmy do jakiejś wioski na C i stanęłyśmy na rozdrożu dróg. Zaobserwowałyśmy znajomy teren, ale i tak miałyśmy problem z tym, w którą stronę iść. Jechała jakaś pani na rowerze i zapytałyśmy którędy na plażę, pokazała nam, to poszłyśmy. Justyna jęczała, ja już tego zneść nie mogłam to wzięłam i jej plecak na chwilę oczywiście ;P ale zawsze. Potem stała się bardzo fajna rzecz. Złapał nas stop :) Włosi podwieźli nas na plażę, tą samą z której parę godzin temu wyszłyśmy :) Załapałyśmy się na piękny zachód słońca i zrobiłyśmy zdjęcia moim zepsutym aparatem. Dziś śpimy pod gołym niebem =) Fazka.
 I love the people ;)

13.07.2013r.
Leżing, plażing... relaxing.

14.07.2013r.
Nie wiem która godzina. Obudziła mnie Justyna, która została obudzona przez burzę. Znowu spałyśmy pod gołym niebem, więc musiałyśmy zrobić szybką akcję tropik. No i tak oto siedzimy sobie mokre pod tropikiem.

Po 7.
Korzystając z tego, że spać nie mogę z powodu mokrych ubrań, śpiwora, nóg chcę wspomnieć o przełomie kulturowym, który tu ma miejsce. Otóż część ludzi (na szczęście nie wszyscy) opalają się całkiem nago. Myślałyśmy z początku, że to tylko kobiety tak, no niestety byłyśmy w błędzie. Był wczoraj na plaży Michał ze znajomymi: kobietą i mężczyzną. Na początku pomyślałyśmy, że oni tzn. Michał i jego friend są gejami :P, ale teraz w sumie nie wiadomo, czy ten koleś raczej nie jest z tą kobietą... abstrahując od tematu, to dostałyśmy od Michała ratującą nas wodę i propozycję jechania dziś późnym wieczorem do Lublany z tymi znajomymi. Zastanawiałyśmy się nad tą opcją, ale chyba pojedziemy przez Zagrzeb co by więcej świata zobaczyć. Przed wyjazdem pójdziemy do Porec wziąć publiczny prysznic :D Chyba obudzę Justynę bo zaczyna mi się nudzić... 
….
Ostatnie śniadanie nad morzem...
Zostałam obudzona, bo Agnieszce się nudziło. Nie znałam jej zamiarów i kiedy przeniosła namiot i zostałam pod niebem to stwierdziłam, iż jest miła bo chce, żebym wyschła. Teraz nie wiem co mam myśleć, złamała moje dotychczasowe człowieczeństwo. Gdzieś tam pan pluje do wody. A co się je na ostanie śniadanie nad morzem? Obiad. Zupki z knora.

Około 19.
Długo nie pisałam nic, a nasze położenie diametralnie się zmieniło. Po tym jak znalazłyśmy się w Porec, a w sumie jeszcze przed Porec jeszcze zaszłyśmy na plażę taką pomiędzy tą naszą a tą miejską bo gorąc niesamowity nie dał nam się ruszyć nigdzie dalej. Przy brzegu fajnie wiało i był cień. Pochlapałam się jeszcze w wodzie. Potem stwierdziłyśmy, że czas się ruszać. Trzeba iść na plażę miejską wziąć prysznic. Tak też zrobiłyśmy. Woda była brutalnie zimna, ale przy tym upale kojąca i przyjemna. Już nie mam włosów jak Mika...

Potem trochę zaczęły się schody..........
                                                                              …...........
                                                                                                  ….............
                                                                                                                      
Poszłyśmy na stopa. Nie, wcześniej poszłyśmy do sklepu, w którym jedna z ekspedientek zachwycała się nami niezmiernie i radochę z nas miała xD to było śmieszne w sumie :P I dopiero poszłyśmy na stopa. Zaczęłyśmy łapać na Pula. I łapiemy i łapiemy i nic. Już stwierdziłam, że lepiej do Michała napisać i pojechać z tymi jego ziomkami wieczorem do Lublany. Napisałam więc i chciałam wracać na plażę, Justynie się ten pomysł nie spodobał, naszła ją jakaś wielka chęć powrotu „już, tu i teraz”. Ja strasznie bezczynności nie lubię, więc kombinuję... Zatrzymał się jeden koleś, powiedzieć nam, że jeśli na Pula albo Rijekę łapiemy to nie z tego miejsca, że stąd nic nas w tamtą stronę nie weźmie, ale on nas kilka kilometrów może podrzucić dalej w miejsce gdzie będzie lepiej. Wtedy to już mi po głowie chodził pomysł, żeby jednak wracać tą samą drogą którą przyjechałyśmy z zaczepieniem o Lublane bo wiele pochlebnych opinii o tym mieście słyszałyśmy. Odmówiłyśmy podwózki. Zaczęłyśmy iść w stronę Novogridu. I łapiemy i łapiemy, już w sumie na dwie strony, Justyna po jednej stronie drogi ja po drugiej, żeby tylko gdziekolwiek się ruszyć. Nie ważne gdzie. Zatrzymał się facet, który do Taru nas zawiózł <<<przed Novogridem kilka kilometrów. Wysiadłyśmy przy stacji benzynowej. Gorąc niesamowity, po plecach jeździ Żelasko. Łapiemy. Po kilkunastu minutach zatrzymał się koleś, który jechał do U...(Umog czy coś takiego??)  strasznie cicho mówił i z początku wydawał się materiałem na płatnego zabójcę ( abstrakcja taka moja ) Nie wiem o co mu do końca chodziło, kiedy mówił o jakimś laptopie, swoim bracie i Lublanie. W pewnym momencie coś o jakiś 5 euro powiedział, ale o co chodziło to pozostanie tajemnicą. Ja tą historię skleiłam tak: On może do brata swojego napisać, który co weekend do Lublany jeździ i do tego będzie mu potrzebny laptop który ma w domu, ten brat za 5 euro nas tam zawiezie. I jak my chcemy? No generalnie, że trochę nie wiedziałam o co chodzi to przytakiwałam ;) i takim sposobem znalazłyśmy się pod jego domem gdzie zauważyłyśmy, że hoduje kiwi :P i miałyśmy chęć zerwać, ale ja nie mogłam otworzyć drzwi z tyłu, bo można tylko od zewnątrz.... takie tam... Chyba jakimś nurkiem jest koleś bo z bagażnika do domu sprzęt do nurkowania zanosił :D Wrócił. Powiedział, że podwiezie nas na granicę :D :D :D no i tak też się stało, specjalnie dla nas tam pojechał :)) fajno.  Wysiadłyśmy na granicy i zaczęłyśmy kroczyć w stronę Słowenii :) Dżastin zaobserwowała wśród wolno poruszających się na granicy samochodów takiego pana na Lublańskich rejestracjach co sam sobie jechał. Stwierdziłam, że dobry pomysł, żeby zagadać i tak też zrobiłam. Pan okazał się bardzo fajny i bez chwili namysłu zgodził się nas zabrać.  Opowiadał nam o swoich stopowych przygodach, jak był we Francji, w Hiszpanii i że tylko raz na złego stopa trafił, gdzie kierowca ćpał coś i to chyba w Hiszpanii było gdzie generalnie we wnętrzu Hiszpanii jest pustkowie i ciężko strasznie było o stopa. Z tamtego samochodu uciekł w którymś momencie ;P Powiedziałyśmy, że my to Lublany nie znamy, a chciałybyśmy zwiedzić, to on powiedział, że do centrum nas odrzuci :) Tak oto zwiedzamy sobie stolicę Słowenii. Jemy, siedzimy sobie, chillowo ogólnie. Justyna dokarmia gołębie, swoich krewnych, ona głąb on gołąb ;P hihihihih

….w czas potem
Po zwiedzeniu miasta, sfotografowanie zachodu słońca ze wzgórza na którym znajdują się ruiny zamku, zaczęłyśmy się kierować w stronę autostrady. Rozkminiając nad mapą, na schodach jakiegoś budyneczku zaczepił nas chłopak, aby zapytać czy w czymś nam pomóc. Powiedział nam, że do autostrady to jeszcze hen drogi, ale wskazał nam kierunek. Postanowiłyśmy, że póki co będziemy się w jej stronę kierować, a w stosownym miejscu, w stosownym momencie rozbijemy namiot. PS. najlepsze wrażenie zrobiły na mnie kosze na śmieci w Lublanie :) takie ekologiczne do segregacji no miodzio :***
 
15.07.2013r. 6:30
Rozstawiłyśmy się nieopodal autostrady, już ciut ciut za miastem. Kogut pieje...
… kilka godzin potem
Ciężkie powroty. Najpierw jeden koleś wysadził nas w miejscu gdzie ni ch**a nic nie mogłyśmy złapać, teraz jesteśmy na stacji i tir Polak był z kobietą. =/ jej

17:47
Przygód co niemiara miałyśmy, kryzys za kryzysem, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Co do tego miejsca o którym już wcześniej wspominałam bo pomoc drogowa nas tam dowiozła, bo w sytuacji kiepskiej byłyśmy. Najpierw przed zjazdem na autostradę nas ten koleś co z Lublany nas wziął to nas wysadził. Tam nic prawie nie jeździło, a poza tym to było na zakręcie... Kazał nam na kartce napisać SENTIL (a co to?) no ale tak zrobiłyśmy no nie.... ale postanowiłyśmy zejść na autostradę. Tam spędziłyśmy trochę czasu, nawet sobie zjadłyśmy kanapki, no jeszcze tragedii nie ma, łapiemy sobie, nawet jeden samochód nam się zatrzymał, ale on na Lublane jechał. Chyba naprawdę w kiepskim miejscu stałyśmy skro z tego miejsca można było jechać WSZĘDZIE = | trochę zrezygnowane zaczęłyśmy iść sobie autostradą wzdłuż licząc na znalezienie jakiejś stacji benzynowej/ parkingu, cokolwiek.... doszłyśmy pod jakiś wiadukt. Tam przynajmniej był cień. Modlę się do Boga, żeby zabrał nas stamtąd bo ileż jeszcze mamy iść tą autostradą, już nawet zaczęłam liczyć na policję czy coś... no i nagle pojawiło się zbawienie. POMOC DROGOWA. Mówię do kolesi, po angielsku, którego nie umieli że ZABIERZCIE NAS STĄD!!!!! BŁAGAM!!! no i zabrali nas :) śmieszni kolesie. Dali nam wodę, proponowali papierosy, potem proponował nam komórkę kolegi, zegarek, ogólnie śmieszni. Wysadzili nas właśnie na tej stacji na której poprzednią notkę zrobiłam gdzie tir Polak był z kobietą, a samochód na warszawskich tablicach zwierał dwie kobiety nie mówiące po Polsku z psem więc nawet nie zagadywałyśmy. Poszłyśmy łapać stopa na wyjeździe ze stacji. Zabrał nas stamtąd taki Słoweniec, który do Grazu miał nas podwieźć na jakąś stację benzynową w stronę Wiednia. No stacji nie było, a on nie miał czasu, żeby szukać jej dalej i przepraszał nas, przepraszał, było mu przykro, ale wysadził nas w tak zje***m miejscu, że... = |eh. Trochę niewiadomo co ze sobą zrobić. Chcąc iść skrótem postanowiłam, że wespniemy się na ten wiadukt. A na wiadukcie co? A no remont. Pas autostrady w budowie... no to faza. No to idziemy sobie przed siebie tą budującą się autostradką i widzimy ludzi. Bob Budowniczy i Bobka Budownicza ( Marta się nazywała <<teraz już wiem). Podeszli do nas, przedstawiłam im w jakiej sytuacji jesteśmy, co ich strasznie rozbawiło, a szczególnie dziewczynę (bo nie jestem pewna czy jej towarzysz umiał angielski- nic do nas nie mówił) Kobieta była bardzo miła, chyba wzbudziłyśmy jej zainteresowanie i pozostaniemy pewnie taką sytuacją w jej życiu którą opowiada się znajomym przy objedzie ;P No wracając na autostradę to postanowili nam pomóc, powiedzieli, że powinnyśmy się dostać na drugą stronę tej drogi, ale że jest duży ruch i w ogóle że PIESI NA AUTOSTRADZIE SIE ZNAJOWAĆ NIE MOGĄ to jest to niemożliwe, więc oni nas odwiozą na parking taki jakiś po drodze :) extra, o to właśnie chodziło :)))) Ucieszyłyśmy się na tym parkingu widząc sporo polskich aut. Ale co... po co im te dzieci???  ?> Dżastin wychaczyła trójkę polaków, mama tata i dziecko ( czyli teoretycznie mieścimy się ), trochę głupio się narzucać, ale z drugiej strony, zapytać warto i tak nas nikt tu nie zna ;P no i zapytałam, ale pan powiedział, że wracają z 2 tygodni z Chorwacji i mają pełno gratów w samochodzie i że nie mają miejsca. Ile w tym prawdy to nie wiem, ale mogę sobie wyobrazić, jak zawsze jeździliśmy z rodzicami nad morze, też cały samochód był po brzegi upchany. Tir Polak nie jechał do Polski :( smuteczek, no to nie ma rady, idziemy na wylot, może złapiemy coś na Wiedeń. O. O. o. jeszcze Polacy. No to jeszcze jedna próba. Siedzą przy stoliczku spożywając posiłek, jest ich troje ( znowu teoretycznie się mieścimy ). Pani i dwóch chłopaków. Pani mówi, że nie mają miejsca, że jakbyśmy były bez plecaków to jeszcze... ojej. Desperacko mówię, że plecaki weźmiemy na kolana, no chociaż za Wiedeń nas wywieźcie, no pani, proszę.... Zgodziła się. Sumienie ją ruszyło, powiedziała, że no dobra, może kiedyś i mój syn będzie potrzebował pomocy. Okazała się w brew pozorom sympatyczna później. Jeden z chłopaków to jej syn, a drugi to nie wiem kto.  Standardowo gratulowała nam odwagi, to niebezpieczne, co na to rodzice, sratatata. Spytała czy nie jesteśmy głodne i czy mamy jedzenie, powiedziałam, że mamy jeszcze resztkę chleba a głodne nie jesteśmy bardzo bo dopiero jadłyśmy. To drugie to prawda, a co do chleba to 3 kromeczki nam zostały xD. W każdym razie zaproponowała nam dokończenie swojego jedzenia, bo ona już nie może, z chęcią w sumie przyjechałyśmy, a jeden z chłopaków oddał też Justynie swoje. Co się później okazało to i na plecaki w bagażniku miejsce było... czyli tamto to był blef, trochę smutno, że trochę wywołałyśmy tą późniejszą życzliwość, a nie była ona aktem wrodzonym, naturalnym. Dowieźli nas do Brna w Czechach, a mogli tylko tam bo dalej na Pragę jechali bo są z okolic Zielonej Góry. Na parkingu przed Brnem pani x(nie pamiętam jak miała na imię) wskazywała nam samochody które mamy zapytać czy nas wezmą. Poszłam Pana Tira zapytać co na polskich blaszkach stał, niestety on rusza dopiero za 13 godzin. No już tam im mówimy, że sobie poradzimy i tak dalej, już oni mają jechać, ale pani X zauważyła polską osobówkę z przyczepką i kazała mi szybko lecieć się zapytać czy nas pan weźmie, to ja szybko poleciałam bo pan akurat wrazał do samochodu i zgodził się bez najmniejszych oporów :). I teraz oto właśnie jesteśmy sobie w tym samochodzie z tym sympatycznym panem, który do Bielko Białej nas zawiezie, ewentualnie w Cieszynie nas wysadzi cobyśmy dalej stopa łapały. Miło rozmawiać po polsku z kierowcamu =) I chyba dzisiejszy dzień bardziej mnie jeszcze utwierdza w istnieniu Boga, z iluż on nas dziś sytuacji wyciągnął. Modlitwy zostały spełnione, jedziemy do Polski :) ojczyzna, ojczyzna, ojczyzna :) ….. nasz pan x (nie przedstawił się) kupił nam po Lionie :) co prawda nie jest to schabowy.... ale mniaaam
 20:50
Jesteśmy w pociągu z Bielsko-Białej do Katowic, a to z powodu deszczu i po troszku też chęci szybkiego powrotu. Chcemy być rano w Warszawie. Maszyna znowu zrobiła nas w bambuko. Justyna usiłowała kupić coś do jedzenia w takim automacie, a on się zaciął!!! 2,5zł w plecy ;(

LUBIĘ PODRÓŻE MAŁE I DUŻE

a chyba mottem wszystkich wypraw jest LUDZIE SĄ Z NATURY DOBRZY!

ŻYCIE ŻYCIE JEST NOWELĄ,
RAZ KOLEJĄ, A RAZ DROGĄ,
CZASEM CHCESZ SIĘ UMYĆ,
ALE NIE MASZ PRYSZNICAA.
TYRYRRYRYYRY 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz