piątek, 6 grudnia 2013

Ukraina - Słowacja - Węgry 2013

A Aga, jak to Aga musiała czegoś zapomnieć, więc zapomniała i to rzeczy w podróży istotnej dosyć, bo PORTFELA! . …przeszłyśmy i jesteśmy. A dotknął od razu inny świat. Tu jest wschód. Starsze panie w dresie, białych adidasach z tlenionymi kręconymi włosami i mnóstwem toreb wyładowanych wszystkim. …Skończyła się droga, zaczęły się dziuuuury …ale mega wagon! Wszędzie łóżka, piętrowe!  ….Ach, co to była za noc! Śpiąc na podłodze, nawet się wyspałyśmy. Jaka to była toaleta! …Dało się wypaść z fotela i odgryźć sobie język podczas jazdy polnymi dziurami…. Nie spotkałyśmy potem nikogo oprócz konia, który był ładny i  chodził sobie za nami. …Jadłyśmy tylko suche rzeczy, gdyż w dalszym ciągu nie uruchomiłyśmy palnika. …I dogonili nas tam trzej Ukraińcy …Resztką sił rozbiłyśmy namiot, który myślałyśmy, że nam zwieje. …Chcę  stąd spadać, a jednocześnie nie mam ochoty wystawiać nosa za namiot. …Kocham  pana, dzięki któremu mamy czajnik i grzejnik …No i złapałyśmy stopa. My we dwie i siedmiu Czechów w busie.…Nareszcie nie jesteśmy w Budapeszcie! ...A na górze  gwizd, pizd, zimno, śnieg, brr, no i oczywiście nic nie widać. ….I wtedy zatrzymała się na autostradzie policja i się pyta dokąd idziemy? ….Ostatnia czekolada!
 21.05.2013.  wtorek 21.00      ZAMBRÓW
Uaaaa, pierwsze słowa w wyprawowym kajecie. A są to słowa przedwyprawowe właściwie, bo pisane w moim zambrowskim pokoju. A to co tu jest – jest niesamowite totalnie! Zaczynam się pakować, milion rzeczy leżą na środku pokoju – plecak, ubranka, menażka, kosmetyki, karimata, latarki, NAMIOOOOOT! ACH!
Cudny bałagan, który w magiczny sposób skompresuje się i zmieści do plecaka, który będzie nosił wszystko co naszemu życiu potrzebne przez najbliższy czas! Ciężki będzie, ale co tam, wszak to słodki ciężar, bo naszych marzeń!
I cudowne dreszcze na plecach, kiedy sobie czuję już ukraiński wiatr w czerwonych, nowych włosach. Piosenki, które mi w serduchu grają tak fajnie oddają moje myśli! W końcu „Góry to nasze spiętrzone marzenia!”
Ciekawa jestem dlaczego mimo licznych przestróg rodzicielskich, które w pełni rozumiem, bo są racjonalne i logicznie uzasadnione, nie mam żadnych obaw co do tego wyjazdu. Co ma być to będzie przecież. Zarzucają nam brak rozsądku, ale nie on jest najważniejszy na tym etapie życia =)
Dla mnie wieczór przedwyjazdowy jest już jego pięknym elementem. Ta gorączka, która mnie ogarnia to jest coś! Rozkładam pakowanie jak najdłużej się da w czasie, delektuję się tym momentem, on mnie już wynosi z domu. Podśpiewywanie umuzycznionych wierszy Harasymowicza samo powoduje we mnie hopsasa do góry!
Dzień I  23.05.2013  środa 5.30
DWORZEC RZESZÓW GŁÓWNY
No i ruszyłyśmy  w podróż. Wczoraj w expresowym tempie złapałam stopa z Zambrowa do samej Warszawy. Burza po drodze była, lekkie obawy ale w końcu wyszło spoko. Po dotarciu na kampus SGGW, spędziłyśmy miło ze studentami czas. Aż nadeszła 23.00, kiedy to wyszłyśmy na autobus. A Aga, jak to Aga musiała czegoś zapomnieć, więc zapomniała i to rzeczy w podróży istotnej dosyć, bo PORTFELA! Całe szczęście zdążyła go zabrać i wystartowałyśmy POLSKIM BUSEM za 3zł – dostałyśmy ciastka, herbatkę i lody. Super, skoro się tak wykosztowałyśmy. Jesteśmy właśnie na pustym rzeszowskim dworcu, obmyślając trochę co dokładnie zrobić, bo na dworze zimno, ale niedziwne, bo rano :)
 Serce mocniej zabiło przeglądając mapę i czytając opis, a w szczególności przy słowach „najdziksze góry Europy”, ciągnie, ciągnie, a , że pogoda w górach kapryśna to się już zdążyłyśmy przyzwyczaić. Co będzie? Czas pokaże, może skusi nas bliskie przejście graniczne otwierające furtkę na południe, gdzie ogrzeją nas promyki słońca… a może to słońce zaświeci już na szczytach Czarnohory. Marzyciel…
 Godz. 9.50 Medyka – Granica
 UKRAINAAAAA!
Pojechałyśmy pociągiem do Przemyśla, stamtąd busikiem na granicę w Medyce, przeszłyśmy i jesteśmy. A dotknął od razu inny świat. Tu jest wschód.! Z lekkim strachem, że zrobią wam rewizję przeszłyśmy przy ukraińskich celnikach, którym źle z oczu patrzy. No i od razu przyczepił się do nas facet, który samochodem do Lwowa nas chciał zawieźć, zapewne za ogromną opłatą, dlatego wybrałyście transport publiczny – śmierdzącą marszrutę. Gruchotem z czasów komuny tłuczemy się do Lwowa obserwując INNY ŚWIAT. A wokół nas ludzie. Wyjęci z innej epoki. Starsze panie w dresie, białych adidasach z tlenionymi kręconymi włosami i mnóstwem toreb wyładowanych wszystkim. A fajne było to, że jak po polskiej stronie wysiadłyście z busa to stały miliony starych babek z butelkami wódki i papierosami „paramount” czy coś takiego. Jakby nie było, handel międzynarodowy to ich sposób na życie :)
Jedziemy przed siebie, wokół zielono i staro, a my mamy trochę ciężkie plecaki. Droga chyba całkiem równa jest, skoro udaje mi się pisać. Aga zgłębia tajemnice ukraińskiego alfabetu, co by sprawniej sobie radzić.
Chyba słowa mi uciekają na to jakie wrażenie, a najbardziej na to, jak ci ludzie śmierdzą. To mi się rzuciło w oczy, a raczej w nos dobitnie. Chyba muszę porzucić długopis i zeszyt ze względu na otaczający tłok w wypchanym po brzegi autobusie.
Skończyła się droga, zaczęły się dziuuuury….
14.35  Dworzec Główny Lwów
Po dowaleniu się marszrutą do Lwowa, stwierdziłyśmy, że chyba nie ma w nas chęci, co by go oglądać. Godzinna zmiana czasu zabrała nam godzinę w trakcie której i tak byśmy nic nie zwiedziły bo zabrakowało nam już siły. Dlatego, po przygodzie z kupnem biletu, za który zapłaciłyśmy 3 x mniej niż przypuszczałyśmy, usiadłyśmy sobie na peronie pięknego wokzala pod zabytkową wiatą. Jest zimno trochę więc planu działania nie mamy żadnego, oprócz tego, że dojeżdżamy do Worochty. Kanapki z kremusiem są pyszne, prawda Agu?
Prawda to jest. Gdyby nie kremuś nie wiem jak byśmy przetrwały. Wer zostanie maszynistką przez zamiłowanie do łączeń wagonów. Trzymam  kciuki za rozwój Twojej kariery w tym kierunku. A niebawem kierunek POŁUDNIE!
 Bo czy nie jest świetne to, że takie ciężkie wagony się łączy, one syczą, coś się pod nimi rusza, a na dodatek spod nich wychodzi człowiek? :)
15.50          Pociąg relacji Lwów  - Rachiw
Jesteśmy, ale mega wagon! WOW! wszędzie łóżka, piętrowe do tego i można schować w nich bagaż. I wyszło tak, że Aga ma miejsce lezące i sobie leży a ja mam miejsce siedzące i sobie siedzę przy stoliku a wokół mnie mnogo ludzi różnorakich. Styranie mamy w sobie wielkie ale i radocha , bo jedziemy w fajnym kierunku :)
Chyba lubię wschodnio-europejskie pociągi. W kibelkach jest papier, a miejsca do leżenia są tylko o palce za krótkie na moje krótkie ciało. 
 18.15          tu powinna znajdować się długa wypowiedź naszych ukraińskich kolegów z pociągu, nie możemy do końca rozczytać, łapiemy tylko ogólny sens treści. :)
21.15  Jaremcza – pociąg
No i się powaliło – pogoda do bani, zimno, pada, już prawie ciemno a my niedługo wysiadamy. Nasi ukraińscy koledzy poradzili nam trochę i rzekli, że na grani jest teraz poniżej zera. BRRR…… oj i nie wiemy w ogóle co zrobić, boimy się wyjść z tego w miarę ciepłego pociągu , ale z drugiej strony to nasza Czarnohora – ajjjjjjjj! Niech się więc dzieje, zobaczymy co wyjdzie!
 23.05  Worochta
Wysiadłyśmy na jakimś totalnym zadupiu, w deszcze, zimnie i ciemności. Lekka dezorientacja, a jakby w odpowiedzi na nią : „w góry?”. No i spotkałyśmy czterech Polaków z Tarnowa i Krakowa. Czekają na pociąg powrotny do Lwowa. I koczują na dworcu. Postanowiłyśmy zrobić to samo, bo jest w miarę ciepło, a przynajmniej sucho i raczej nikt nas nie przegoni. Do tego dostałyśmy bardzo dobrą mapę od nich i ważne wskazówki, co robić, gdzie spać itd. Więc teraz nawet nie myślimy o odwrocie, skoro już tu jesteśmy. Tymczasem sen zapewne kolejny do nas przyjdzie, po dobie w podróży! Łazienki nie ma, ale to niestraszna jakaś bieda. nasi nocni towarzysze pobudzili w nas jednak uczucie, że warto iść. Będziemy próbować, mimo że nie mamy tak wypasionego sprzętu najdroższych firm jak oni. Już mam świetną ciekawość w sobie i chęć tego wszystkiego co będzie. AHOJ!
Dzień II  24.05   czwartek  8.45 Worochta
Ach, co to była za noc! Śpiąc na podłodze, nawet się wyspałyśmy, ale ludu mnogo było, oprócz naszych polskich towarzyszy pojawiło się dużo tubylców objuczonych tonami toreb. Wszyscy się zerwali i wybiegli gdy przed trzecią przyjechał pociąg do Lwowa. Po 6 rano postanowiłyśmy powstać i z zadowoleniem stwierdziłyśmy, że nie pada i jest w miarę ciepło. No to super! Tylko zjeść, znaleźć kibel i w drogę! Czynności z pozoru prozaiczne i codzienne, jednak jak to na nas przystało, problemy są obecne. Pół godziny usiłowałyśmy  w jakikolwiek sposób uruchomić nasz palnik i bez skutku. Wkręcałyśmy, pchałyśmy, siłą, sposobem i lipa, nie wiemy dlaczego nie możemy tego zrobić :( stwierdziłyśmy, że jakiegoś chłopa turystę zaczepimy po drodze, co by nam pomógł. Rzecz kolejna prosta – kibel. Chodziłyśmy, szukałyśmy – wszystkie restauracje zamknięte, kafe też. Aż się spytałyśmy starego pana, który nam drogę wskazał. Ba, jaka to była toaleta! Że się wchodząc bardziej rzygać niż srać chciało! Kible na pedały, a raczej dziury w ziemi z cegłami po bokach. Zrobiłyśmy siku, zdjęcie i uciekłyśmy.
 11.40    Wierchowina
Potem kupiłyśmy bilety na autobus do Wierzchowiny i pani pieniędzy od nas nie wzięła, więc miałyśmy przejazd za darmo. Przejazd był długi, kręty i dziurawy. Zajechałyśmy, a tu ciepło, ładnie, czasem słonko się wychyla. A teraz czekamy na autobusik kolejny, który nas do Dzembroni dowiezie. A pomogła nam starsza pani, która przeszła się z nami i pogadała fajnie, pożyczyła powodzenia, aj jak fajno :) prawda, Aga?
 Mógłby już ten autobus przyjechać… chcę  na szlak. Jak bardzo chcę na szlak. Realizować spiętrzone marzenia!
Patrząc sobie na ludzi tutaj, siedząc pod rynkiem na ławeczce, dochodzimy do wniosku, że oni mają totalny rytm życiowy. Nigdzie poza to miejsce się nie ruszają, spokój i harmonię mają, czas sobie leci i leci. Wolicie patrzeć się na ludzi tu niż w pędzącym na zabicie Lwowie lub w Warszawie. Trafmy na szlak, bo on nas trafi! =)
13.40 gdzieś na czarnym szlaku
Otóż szlak nas nie trafił. My trafiłyśmy na niego, gdy szedł sobie wzdłuż rzeki, którą słychać teraz gdzieś hen daleko w dole. Jechałyśmy kolejną marszrutą, gdyby nie pomoc ludzi i mapa od ludzi z dworca, byśmy się nie ogarnęły. Jazda była najbardziej niesamowita ze wszystkich. Dało się wypaść z fotela i odgryźć sobie język podczas jazdy polnymi dziurami.  Aga powiedziała „pierwsze kroki za płoty” – dosłownie, bo już przez dwa ekstremalne zagrody przechodziłyśmy.
22.00 Gdzieś na czarnym szlaku, ok. 1400 m. n .p.m.
OJ prawdziwy NASZ górski dzień. Marsz, marsz, marsz. Góra, dół, góra, dół. I jakie piękno wszystkiego nas ogarniało! Kroczek za kroczkiem chłonęłyśmy tego ducha. Uwielbiam jak sobie idę pod górę, serducho wali, oddech przyspieszony, zawsze gorąco i przyjemny wiatr smagający twarz. Patrzę sobie na ziemię i lubię ten widok – błotko, liście, igły, kamienie – to komponuje się w tak piękną ściółkową całość :) i tak dziś miałyśmy cały dzionek. Szłyśmy tym czarnym szlakiem, najpierw do Chatki u Kuby z nadzieją, że nam naprawi palnik, a potem naładujemy aparat. Chatkę w pięknej okolicy znalazłyśmy, ale zamkniętą. Więc słabo trochę. Nie spotkałyśmy potem nikogo oprócz konia, który był ładny i  chodził sobie za nami. Mnóstwo razy musiałyśmy dziś przeskakiwać przez wszelkiego rodzaju zagrody i płoty, które stawały nam na drodze. Trochę nas to zmęczyło. Jadłyśmy tylko suche rzeczy, gdyż w dalszym ciągu nie uruchomiłyśmy palnika. Ok. godz. 19.30 weszłyśmy w wilgotną, wietrzną chmurę i postanowiłyśmy się rozbić. Miejscówkę mamy spoko, tylko piździ straszliwie poza nami. Momentalnie zrobiło się zimno bardzo i mokro było, więc nie udało nam się nawet ogniska dezodorantem ani papierami ani korą ani patykami rozpalić. Tak oto jesteśmy w zimnie, wysoko, w namiocie, bez ognia, źródła ciepła. Ale jest spoko, mamy swoje koce termiczne, to sobie poradzimy. Czujemy się mega, bo nastała w końcu nasza zmienna Czarnohora :)
Komu w drogę, temu Czarnohora. Warto było dobę ponad przejechać, aby zaznać widoków. Bałam się bardzo, że deszcz nas zmoczy, a tu o, nawet słoneczko w momentach pewnych przygrzało. Siedzimy sobie w namiocie, po kolacji i pysznym deserze z suchego kiśla. Cudownie było umyć zęby. Cudowanie ogólnie, mimo chmury w której jesteśmy. Wer opętał dziki śmiech więc chyba musisz ją uspokoić, bo cisza nocna.
 25.05.   sobota Dz. III godz. 7.00
Noc nie była tak tragiczna jak ją sobie wyobrażałyśmy. Oczywiście stopy odczuły chłód, ale to jak wszędzie. Zapomniałam już jak ciężko jest podnieść Wer z łóżka :p za oknem wieje, ale patrząc po zachmurzeniu, to nienajgorzej. Gardło trochę boli, ale to może tylko taka zmora poranka. Czas zacząć nowy dzień!
8.40
W końcu każdy nowy dzień rodzi nowe paranoje! ;)
„nawet wiatr taki sam jak wczoraj wieje koło nosa”
Ruszamy w przestrzeń przed siebie! Dni nam się nawet w rozrachunku naszym pomyliły, bo przekonane byłyśmy, że wczoraj czwartek, a tu niespodzianka, dzisiaj sobota :)
20.45
O matko ,czy to w ogóle był dzień? Trwał chyba tydzień cały… kurde, na początku szło nam się fajnie, potem skończył się szlak i szłyśmy z kompasem. Było ciepło i napływały na nas chmury-duchy dając piękne piorunujące wrażenia wzrokowe, że aż żałowałyśmy, że nie da się filmu z życia nakręcić :( Potem doszłyśmy na przełęcz i do szlaku głównego, złapałyśmy zasięg, odpisałyśmy na smsy.
Zaczęło się wtedy mleko. Byłyśmy po prostu w chmurach przesuwających się z niesamowicie ogromną prędkością! I tak cały czas. Szlak nas wiódł na Pop Iwana, na którego oczywiście weszłyśmy. A tam co? Ruiny obserwatorium meteorologiczno-astronomicznego. W nich nie było przynajmniej tyle wiatru! I dogonili nas tam trzej Ukraińcy. Zaczęłyśmy gadać sobie z nimi. Oni pochodzą z Iwano-frankowska, wpadli tu sobie na jednodniową wycieczkę. Zaproponowali rozpalenie ogniska i to zbawienie dla nas było! Zjadłyśmy zupę i budyń. Oni również nie potrafili naprawić waszego gazu. Ale się cieszyłyśmy, bo miałyście ogień! Rozlewali do kubeczków ciemny, brązowy napój. My, pewne, że to herbata, nie odmówiłyśmy częstowania. Łyk  a tu ogień – to była whisky :) dolali nam do niej redbulla, więc ciekawa mieszanka. Od razu zrobiło się cieplej i przyjemniej. Pogadaliśmy trochę, po angielsku sprawniej niż po rusku. Oni poszli, my się trochę jeszcze pogrzałyśmy i ruszyłyśmy jak najszybciej w dół.
A tam piździłooooooo!
WIAŁO
WIAŁO
WIAŁO
WIAŁO
I… WIAŁO

A my szłyśmy
SZŁYŚMY
SZŁYŚMY
SZŁYŚMY
I… SZŁYŚMY
A widać było tyle :




Potem miałyśmy długie poszukiwania jeziora pod szlakiem z małym kryzysem siłowym. Ale dotarłyśmy już. Resztką sił rozbiłyśmy namiot, który myślałyśmy, że nam zwieje. I chyba idziemy spać, bo chcemy, żeby szybciej nam ta noc minęła. Na szczęście mamy nasze super koce termiczne, dzięki którym żaden wiatr i zimno nam niestraszne! A tymczasem znowu wieje? Co będzie z jutrem? Zobaczymy. Cieszymy się, że już nam ciepło i fajnie i że jesteśmy w tym razem :)  AMEN NA DZIŚ! :)
Dzień IV  26.05    niedziela, po 6 rano     nad jeziorem Brebenieskuł
Trzęsie mną wciąż. Jeśli kiedyś będzie mi się zdawało, że jest mi mokro, zimno i niewygodnie, to przypomnę sobie tą noc. Cieszę się, że mam ją już za sobą, jestem ciekawa jakie paranoje przyniesie dziś dzień. Mam nadzieję, że już jak zaczniemy iść to przestanie mną targać dreszcz.
Nie wiem, która godzina, deszcz, deszcz, deszcz…
Niechaj by przestał, nie chcę znosić w tym koszmarnym miejscu ani minuty dłużej. Chcę  stąd spierdalać, a jednocześnie nie mam ochoty wystawiać nosa za namiot. Góry są kapryśne. Nie, to pogoda w nich jest kapryśna. Werrr, ile można spać?! Chce mi się do kogoś gadać, żeby nie popaść w paranoje.
 10.50
AAAAAAAAAAAAAAAAA TO ŚNIEG!!!
Myślałyśmy, że pada sobie deszcz, czekałyśmy, żeby przestał padać, a tu kurna śnieg! Przykleja nam się do namiotu, naokoło nas biało, więc zbieramy się i spieprzamy stąd, ile sił w nogach na dół, bo całkiem nas zleje!!!
21.20    ośrodek sportowy w Zroślaku
Byłyśmy trochę na skraju, namiotu nie dałyśmy rady prawie złożyć a potem był mokry i ciężki.   Ruszyłyśmy dzielnie pod górę przez te śniegi i wiaaaaało. Ale nawet na chwilę wyszło nam słonko i pokazało kawałek gór. Było tak cudno, że wiemy, że kiedyś musimy tu wrócić! I to razem! No i postanowiłyśmy uciekać od tych zimowych zawirowań gdzieś w dolinę. Najbliżej nam było do tu, gdzie jesteśmy. Zrobiłyśmy długi postój nad Jeziorkiem Niesamowitym, gdzie próbowałyśmy rozpalić bezskutecznie ognisko, bo caaałe drewno było mokre, a nawet i papiery. I nie pomogły spirytusowe tabletki naszych ukraińskich kumpli z Pop Iwana. Byłyśmy ogromnie mokre. Całe my i całe nasze plecaki. Próbowałyśmy wysuszyć coś w przebłyskach słońca, ale szybko przyszedł deszcz i zwiewałyśmy w dół żółtym szlakiem przez bagna i kałuże z kijankami. W końcu trafiłyśmy do cywilizacji. Patrzymy, stoi duży hotel. To pukamy. I pukamy. A tu deszcz pada i pada a po nas cieknie i cieknie. Weszłyśmy sobie innymi drzwiami, robiąc jakby włam i czekałyśmy na kogoś. Przyszła wredna baba, która powiedziała, że 100 hrywien na osobę. Brr, to dużo. Więc podziękowałyśmy i postanowiłyście poszukać schronienia gdzie indziej. Podeszłyśmy do ludzi stojących przy straganach świadczących o istniejącym tu jakimkolwiek ruchu turystycznym. Powiedzieli nam, że nie ma tu innych miejsc do spania, jedyne co to mogą nas za 300 hrywien zawieźć do Worochty, którą już zdążyłyśmy poznać :) Marszrutki tu nie jeżdżą, więc byłyśmy zmuszone wrócić w miejsce noclegu za 100 hr. Lecz wyprzedził nas pan, z którym tam rozmawiałyśmy, który okazał się właścicielem tego budynku. Tak więc obniżył nam do 80 hr, też dużo jak na tutaj, no ale dobra, zgodziłyśmy się. Dostałyśmy pokoik, czajnik za kolejnym poproszeniem i grzejnik. Wszystko suszy się w każdym możliwym miejscu pokoju, w którym śmierdzi wędzonką i butami. Mamy ciepło, sucho i bez wiatru :)
I zjadłyśmy mnóstwo ciepłego żarcia, jesteśmy pełne i szczęśliwe, siedzimy sobie i oglądamy zdjęcia, śpiewając nasze górskie pieśni. W końcu
„Zostanie tyle gór, ile udźwignąłem na plecach"
Jak cudownie być po prysznicu. Nie to żebym od środy zbrudniała czy coś, ale prysznic to jest to. Ogólnie dostałam dziś okres na szlaku i tak o. fajnie, że dziś zdołałyśmy zobaczyć coś z widoków, to zawsze napawa człowieka takim szczęściem. Kocham  pana, dzięki któremu mamy czajnik i grzejnik :* czy jutro Howerla dopuści nas do siebie? Oby!
 Jeśli nie, to suka z niej, i tak kiedyś ją dopadniemy :)a prysznic gorący – to jest rzecz… ach! Żegnamy dzień dzisiejszy czekając, co da nam kolejny. Na pewno nie drgawki o poranku.
Dzień V  27.05   poniedziałek  15.35
Znowu Worochta…
Chciałyśmy rano bardzo iść na Howerlę, nawet słonko świeciło i byłyśmy bliskie tego, ale niestety rozpadał się deszcz i rozwiał wiatr :( byłyśmy taaaak blisko, ale wiedziałyśmy, że gdyby warunki były takie, jak na Pop-Iwanie, to nie dałybyśmy rady w 1 dzień przejść aż do Kwasów. Szkoda wielka. Serducho nas bolało, ale w deszcze ruszyłyśmy ok. 15 km drogą do najbliższego przystanku. Po drodze deszcz, słońce, wiatr i tak na zmianę. Złapałyśmy busik  do Worochty i teraz czekamy na autobus do Tatariwu, żeby dostać się do Rachiwu, bo postanowiłyśmy stamtąd kierować się w stronę Słowacji, aby może Tatrami przejść do Polski. Zjadłyśmy pyszną pizzę, jesteśmy suche, więc możemy ruszać przed siebie :)
 17.40 Tatariw
Łapiemy stopa do Rachiwu, bo autobusów nie ma chyba :/ zimno jak niewiadomo co, a samochodów mało, wszystkie wyładowane jak coś. Aj, ciekawość co z nami będzie znów, bo na razie utknęłyśmy tu. Ładne górki przynajmniej. Skoro tak zimno tu, to jak musi być na górze?!
20.20  KONIEC ŚWIATA – RACHIW
No i złapałyśmy stopa. My we dwie i siedmiu Czechów w busie. Stwierdziłyśmy, że na takiego stopa mamy by nam nie pozwoliły ;) Pogadałyśmy sobie z nimi. Wracali z ekstremalnych wypraw kajakowych na ukraińskich czarnohorskich rzekach. Jechali przez Rachiw do rumuńskiej granicy i potem aż do węgierskiej. Kusiło nas obie, aby z nimi jechać, ale my niewiadomo skąd wbiłyśmy sobie do łbów pociąg z Rachiwu do Użgorodu na słowacką granicę. Jakoś nie wpadłyśmy na pomysł, że go nie ma, bo za Rachiwem pociągi nigdzie dalej nie jeżdżą. Wysadzili więc nas Czesi przy dworcu kolejowym, którego w sumie nie ma i autobusowym. Stąd bilet do Użgorodu 75 hr, a my miałyśmy tyle w sumie. Faza. Chciałyśmy łapać stopa ale deszcz i noc bliska. Dlatego z bankomatu wypłaciłyśmy kasę i za tak wielką sumę kupiłyśmy bilety, bo nam przynajmniej noc w cieple zleci. A teraz tkwimy na ostro komunistycznym dworcu z żulami i bez kibla. W ogóle to naokoło jest pięknie, do Rumunii blisko, więc nic, tylko ruszać dalej. Jadąc i patrząc się na to wszystko co jest na tej Ukrainie stwierdziłyśmy, że jest świetna, ludzie są super i w ogóle ma swego rodzaju urok i chętnie byśmy zostały, gdyby nie ten głupi deszcz. Dlatego gdzieś nas poniesie, a wiemy, że i tak tu wrócimy, bo mityczna Howerla na nas czeka ;)
Gdzie stopy powiozą, pojedziemy drogą, a u celu i tak czeka SŁOŃCE. Zaczynacie część wyprawy zwaną:
„W poszukiwaniu słońca”
Żal uciekać z tej przeuroczej Ukrainy, na pewno warto będzie tu wrócić. Jeszcze tyle nieprzebytych szlaków… dziś w stronę granicy ze Słowacją, gdzie jutro stopy powiozą  - zobaczymy. Dzisiejszy stop był niesamowity, siedmiu chłopa i my dwie dziewuszki podróżniczki. I to nieprawda, że Ukraińcy nie lubią Polaków, tak samo jak i Czesi.
Chodzą sobie panowie żulowie, nic od nas nie chcą, tylko się patrzą. Fajnie tak, nie boimy się ludzi, oni nam pomagają. Chyba warto jest mieć jakąś ufność do ludzi , a nie przyjmować założenie, że wszyscy mają złe zamiary. I już bariery nam zniknęły. Z miejscowymi nawijamy łamaną ukraińszczyzno-polszczyzno słowiańszczyzną. Swój swego zrozumie ;) wszyscy mówią nam na pożegnanie „Szczasliwo dziewuszki!” to nam radość wielką w serduchu daje. Miejsca, które w tym kraju głównie odwiedzałyśmy to wiochy zabite dechami, do których turyści raczej teraz jeszcze nie trafiają. Widziałyśmy ich życie. Prawdziwy folklor niezmącony jeszcze komercją i  chęcią sprzedania wszystkiego przyjezdnym. Weszłyśmy sobie w ten świat jako obserwatorzy, na których zwracano uwagę, ale nie wprowadzałyśmy żadnego bałaganu ani rewolucji obyczajowej. I dlatego wolę chyba ludzi wschodu i biedy od zachodu i bogactwa. Nie chcę raczej generalizować ano wpisywać w narodowościowo-materialne schematy, ale ludzi e tu są prawdziwi. Żyją sobie. Po prostu. Bez ekscesów. W kółko to samo. I tak im dobrze, mają swoje fajne własne szczęście. Sprawiają i oni i ich świat wrażenie oderwania od globalizacji. Ci ludzie wydają się, jakby nigdy nigdzie poza swoją wiochę nie wyjechali, jakby nie mogli tak o sobie wsiąść w pociąg jak my i gdzieś pojechać. Dlatego też uwielbiam to, że oglądamy ich sobie takich autentycznych w tym wszystkim ;) lubię nasze łebki i chęć poznawania – to jest mega.
A pan żul sobie stoi brudny, w rozciągniętym swetrze, z długą brodą i patrzy się na mnie mrucząc coś pod nosem, bo jesteśmy ciekawym obiektem w jego życiu, na którym warto zawiesić oko w tym szarym Rachiwie. Być może to czerwień mojej chustki lub zieleń kurtki lub błękit kurtki Agi przyciągają również jego wzrok, bo nie są szare jak wszystko wokół. A nam się ta szarość podoba, oderwanie od kolorowego świata atakującego nas w normalnym życiu na co dzień.
Aga właśnie powiedziała : „Miałam w życiu takie marzenie, żeby podróżować. I udało się, ale fajnie!” :) Siedzimy i się cieszymy, a pan żul jak się patrzył, tak się patrzy, on nam daje Radochnę, a wy jemu pewnie duuużo większą. Wkrótce ruszymy do  Użgorodu.
Dzień VI  26.05  wtorek  8.15  Użgorod
Po długim czekaniu na nocny autobus, zjawił się i przejechałyśmy tu nim, o dziwo było ciepło i oczywiście bardzo trzęsło =) wylądowałyśmy tu przed 4, dlatego zaczęłyśmy koczować na pięknym dworcu kolejowym z mapą świata i pomnikiem jakiegoś zapewne komunistycznego wodza. Więc sobie trochę pospałyśmy i teraz musimy uciekać z Ukrainy, bo nie mamy już pieniędzy tutejszych. Zatem zaraz ruszymy gdzieś na stopa, który też gdzieś tam nas zawiezie.
Byłam na spacerze, wszystko jest tu szare, szarzy ludzie, szare bloki, szare auta, szare dziurawe drogi. Inny świat, ale dworce mają przednie i otwarte całą dobę :)  trochę mnie pogięło usiłując spać na krześle i długo tak uleżeć nie mogłam, Wer jednak nic nie zdoła przeszkodzić. Czuję się brudna i lepka, to pewnie przez ten przedwczorajszy prysznic, a może przez stertę ubrań, którą mam na sobie. Dostałyśmy niepochlebnego smsa, że poza Włochami i Grecją nie ma teraz w Europie słonecznego miejsca, mamy jednak nadzieję, że to trochę przesadzone prognozy.
 Godz. 11.40 ( a właściwie 10.40)
Uaaaaa jesteśmy na Słowacji.  Szłyśmy przez cały Użgorod do granicy. Podwiózł was koleś ze złamanym fotelem i Aga tak sobie fajnie leżała. No i wysadził nas pod granicą, na której okazało się, że nie możecie przejść pieszkom. Upsss….  No to łapałyśmy stopa. Większość ludzi zawracała pod granicą, bo jechali tylko do sklepów granicznych. Węgrzy, którzy się zatrzymywali, wlewali sobie przemycane paliwo do baków i chowali gdzie się da papierosy, wódki itp. Wziął nas koleś, Bogdan, chyba Ukrainiec, albo i Węgier. Długo to wszystko trwało, milion okienek, bramek, przeszukiwanie samochodu. A on włożył 5 euro w tak widocznym miejscu, żeby strażnicy mogli sobie wziąć. I wszystko przeszło. Nie czepiali się, chociaż ilość paliwa oczywiście się nie zgadzała z podaną przez niego. Jechała z nami jeszcze stara babuszka, którą bolały ręce i nogi i nawijaliście po rusku. Dziwili się nam, że tak sobie jeździmy. Jak stałyśmy w kolejce na granicy, to Bogdan rzekł fajne słowa : „Ukraina to jeszcze nie Europa!”. Pytał się , dokąd jedziemy, dziwił się, że nie wiemy w sumie gdzie. A my tułaczki jesteśmy, rozpoczęłyśmy stopowy etap naszej wędrówki i jedziemy. Przez chwilę, będąc na tej granicy, miałyśmy małe zwątpienie, że coś nie wyjdzie. Ale jak to na wschodzie, po wykombinowaniu, wszystko się udało.
14.05  Michalovce
Złapałyśmy stopa z granicy, który mistrzowsko cofał po nas z górki. Fajni ludzie, dowieźli nas do Michalovców, do TESCO, gdzie mogłyśmy kupić mapę, bo postanowiłyśmy jednak ruszać stopem, a nie w góry. Dlatego za 8 euro kupiłyśmy mapę całej Europy i jedzenia wiele. Teraz mamy ciężkie plecaki, od iścia przez miasto bolą nas stopy i łapiemy stopa do Koszyc, by może potem ruszać na Węgry! No i wielki postęp, zaopatrzyłyśmy się w camping gaz. Postanowiłyśmy nie wydawać więcej kasy, o ile się da :)
20.50      WĘGRY – 50 km od Budapesztu, parking na autostradzie
No i stało się – zawędrowałyśmy w poszukiwaniu Słońca na południe, na płaskie jak stół Węgry. A było to tak, że :
W Michalovcach nie mogłyśmy złapać stopa. To stop złapał nas :)  Pan pracujący w salonie Skody, koło którego łapałyśmy stopa, zawołał nas do siebie i miałyśmy miły transport do Koszyc, które okazały się ogromnym miastem, w którym byśmy się same nijak nie ogarnęły. Pan ten bez problemu gadał z nami po polsku, więc przyjemna droga  była, tylko ze zmęczenia głowy nam opadały. Zawiózł nas do salonu Skody w Koszycach, bo miał umówione spotkanie, ale zatroszczył się o nas i jego kolega z salonu zawiózł nas na węgierską wylotówkę nową Skodą z salonu, która miała na tyle nowoczesny silnik, że gasł przy każdym postoju i zatrzymaniu samochodu. Dostałyśmy się na wylotówkę, jak zwykle kanapki i siku i zaczęłyśmy łapać. Nie chciałyśmy złapać Węgra, bo nijak byście się nie dogadały. Więc zatrzymał się nam pan Polak spod Rzeszowa, który jedzie do Budapesztu. Tak oto miła podróż z Polakiem góralem przez piękne węgierskie krajobrazy. Zdążyłam się przespać, więc czułam się fajniej od razu. No i ten pan pozwolił nam spać na jednym z łóżek w Tirze. Więc noc była ciepła, sucha i przyjemna. A teraz jemy sobie zupki na autostradowym parkingu umyte w nowoczesnej węgierskiej łazience na stacji benzynowej. Podróżniczy dzień stopowy za nami :)
3 KRAJE – 1 DZIEŃ :)
Jadąc tym tirem i patrząc się na słonko, poczułam wakacje takie na serio! A nasza mapa Europy podobno wypadła przy wsiadaniu do Tira, więc będziemy bez mapy. Chyba, że kupimy po węgiersku i nie zrozumiecie słowa ;)
Dzień VII  29.05.  środa   7.45   parking przy autostradzie pod Budapesztem
Miałyśmy fajną, ciepłą, suchą noc w Tirze, wyspałyśmy się, obudziło nas słonko. Teraz jemy śniadanko na parkingu i zaraz ruszamy do Budapesztu, fajnie będzie nie wiedzieć co, gdzie i jak :) a potem znowu gdzieś przed siebie!
10.05  Budapeszt – nad Dunajem
Stop podwiózł nas bliżej centrum Budapesztu, jednak i tak całkiem daleko. Więc idziemy w stronę CENTRUM a chyba ciągle daleko. Fajnie, że jest tu w miarę ciepło, tylko jakoś ciągle śmierdzi…
23.00 – parking przy autostradzie przed Miszkolcem – Węgry
Nareszcie nie jesteśmy w Budapeszcie! Cały dzień chodziłyśmy. Gorąc był spory, uczucie, które ostatnio w ogóle dla nas nie istniało! Plecaki jakoś nam ciążyły, a stopy bolały. To i nasze okresy złożyły się na śmieszną mieszankę tego, że w miastach chce nam się tylko siedzieć i jeść. Obeszłyśmy i Budę, i Peszt, bardzo nam się podobało, lecz miałyśmy spory problem z wydostaniem się stamtąd. Daleko szłyśmy, stopy łapałyśmy bezskutecznie bardzo długo. W końcu pan Jurij, Węgier nas wziął. Umiał mało po niemiecku, nic w innych językach, więc słabo nam się dogadywało, ale jednak jakoś szło. Kupił nam mapę Węgier, pokazał, gdzie nas wysadzi i puścił turecką muzykę. Wysadził nas na skręcie do jeziora Balaton, lecz stała przy autostradzie policja, tzw. Rengersi i nie mogłyście tam łapać, więc zmarnowałyśmy dużo czasu. Potem jednak wziął nas pan Peter Lovas, który gadał z nami ruskim, angielskim i niemieckim naraz, dał wizytówki i śmiał się z niedowierzaniem, gdy mówiłyśmy, że śpimy gdzie popadnie. Zmrok potem nastał i już stopy nie łapały się, dlatego rozbiłyśmy się przy parkingu przy autostradzie, na którym stoi dużo Tirów. Jest piękna noc. Świerszczy orkiestra nam przekrzykuje autostradę, wiatru nie ma. A my na węgierskim stepie. Ciepło, sucho, achhh!!! Zupełnie inaczej niż naszej poprzedniej śmiesznej nocy w namiocie. Fajnie, aby na Słowacji też była taka pogoda ;) koniec chodzonego, miejsko-stopowego dnia i już tydzień odkąd ruszyłyśmy przed siebie!
Dzień VIII   30 maja  czwartek BOŻE CIAŁO  14.05       Presov
Fajna była noc. Spałyśmy sobie, ciepło było i przyjemnie przy autostradzie, aż tu burza. Taka wielka, ogromna, głośna, deszczowa. Miałyśmy myśl, czy by nie uciekać, ale tylko byście wtedy zmokły. Przeleżałyśmy swoje, przestało padać, zwinęłyście się. Patrzył się na nas wtedy pan z cysterny. Potem zauważyłyśmy, że jest z Polski i zgodził się nas wziąć :) tylko jak policja stała, to się chowałyśmy, bo cysternom przewożącym niebezpieczne rzeczy nie wolno innych ludzi przewozić. Podwiózł nas pod granicę, tam wziął nas kolejny Polak. Przywiózł nas tu, do Presova, na drogę na Poprad, bo chcecie dotrzeć tak, aby spać dziś pod górami a jutro przez Wołowiec iść do Polski =) ale na razie wielka burza i czekamy na stacji benzynowej.
Kurde, jak pada, a trzeba przecież ruszać na kolejnego stopa. Zmęczona chyba już jestem. Wolność jednak bywa czasem męcząca.
 20.10.   Liptovsky Miklas,  dworzec
Wygonili nas ze stacji benzynowej, na której przeczekiwałyśmy deszcz, no i miałyście dylemat, bo lało. Aga straciła chwilowo motywację i chciała jechać w drugą stronę, czyli do Polski. Już ruszyłyśmy, ale jednak stwierdziłyśmy, że będziemy tego żałować i przeszłyśmy nogami cały Presov i łapałyśmy długo stopa, bardzo długo. Wziął nas w końcu pan TIR Słowak, który jechał pod górkę 40 km/h. ale przywiózł nas do Liptowskiego, który przywitał nas deszczem. Ale my już wiemy, że chcemy. Oby się to dało, to ruszamy jutro, przez Wołowca lub Siwą Przełęcz do Ojczyzny, żeby ostro zakończyć naszą wyprawę! :)
Dzień IX     31.05.13   piątek   7.30         Ziarska Dolina
No i jesteśmy. Dotarłyśmy wczoraj autobusikiem do Ziaru i miałyśmy trochę daleko i długo do tej dolinki, więc się rozbiłyśmy w przystanku autobusowym! :D  Pod drewnianą wiatą miałyśmy sucho, bezwietrznie, bez śledzi, tylko trochę zimno. Autobus, na który się tak spieszyłyśmy, nie wziął nas, więc na drodze, na której prawie nic nie jeździ, złapałyśmy stopa. Ostatni słowacki!
9.45    Ziarska Chata    1325m.n.p.m.
Pierwszy etap niebieskiego szlaku za nami. Jesteśmy w ciepłej Ziarskiej Chacie, trochę popaduje, ale ogólnie pogoda ujdzie. Nawet się rozgrzałyśmy :) jeszcze kilka setek w górę! I ta czystość powietrza w płucach :)
23.20 za Popradem, krzaki przy stacji benzynowej
Od ostatniego pisania plany zmieniły się setki razy – no właśnie – plany. Jak już zaczęłyśmy mieć znowu jakiś określony plan i cel, to oczywiście nam nic nie wychodzi. NIC! Po wyjściu z chaty, pogoda była ładna, świeciło trochę słonko, więc rozbierając się powoli, szłyśmy w górę. Potem skręciłyśmy szlakiem na Smutne Sedlo, do którego szłyśmy dużo dłużej niż w czasie słowackim określono. A na górze (1900 m.n.p.m.) gwizd, pizd, zimno, śnieg, brr, no i oczywiście nic nie widać. I jako, że tam doszłyśmy, zrezygnować musiałyśmy, bo stamtąd na Wołowiec było 3,5 h, a potem jeszcze daleko, a do tego droga przez Rochacz, trudną górę, na którą wolałyśmy się nie narażać w taką pogodę. To postanowiłyśmy iść innym szlakiem, przez Jarząbczy i Trzydniowiański Wierch. Ale też zrezygnowałyśmy, bo mnóstwo godzin drogi by to zajęło, do tego w złej pogodzie. No to zeszłyśmy do punktu wyjścia, czyli Ziara. A wtedy ogromne słońce, upał. Chmury sobie poszły, nawet te znad gór naszych, które nam nie pozwoliły iść. I dziwne uczucie w nas było, że się cofnęłyśmy, a tak piękna pogoda się zrobiła :( i zaczęłyśmy kombinować, jak wrócić. Oczywiście stopem. Nie mogłyśmy się zdecydować, czy autostrada, czy expresówka i tak chodziłyśmy z jednej strony w drugą, a na dworcu nawet autobusów do Polski nie było. I szłyśmy sobie zakazanymi dla ludzi miejscami i na przełaj przez pole, przy autostradzie. I wtedy zatrzymała się na autostradzie policja i się pyta dokąd idziemy , a ja bez chwili zastanowienia odpowiedziałam: „DO TESCO!” bo to prawda była, gdyż żarcie nam się całkiem już skończyło. Oni się coś pytali, ja powiedziałam, że nie rozumiemy. Oni machnęli ręką i pojechali, a my w śmiech! No i postanowiłyśmy się jakoś ruszyć stamtąd. Autobusu nie było, nie wiedziałyśmy czy wracać jutro przez góry. Ale pociąg do Popradu nam się znalazł, to wsiadłyśmy za 3,3 euro! Drogo jak na nas. I po ujechaniu 30 km pociąg stanął, bo ktoś skoczył pod niego i trzeba było czekać na policję i pozbierać jego resztki. My nie wierzyłyśmy, znowu rzeczy nam się nie układały. A wtedy pan, który siedział z nami w przedziale, spytał się, dokąd jedziemy i zaproponował podwózkę, my powiedziałyśmy mu swój los, a on i jego żona podwieźli nas za Poprad, na wylot w stronę Polski. I jesteśmy styrane totalnie, zasypiamy w krzakach między stacją benzynową a torami kolejowymi. Chyba musimy przestać mieć plany, bo jakoś nam nie wychodzą :)
Dzień X    1.06   sobota     11.40     Zakopane
POLSKAA! :)
Ze stacji benzynowej, na której spałyśmy, stopa złapałyśmy, takiego, że nas wywiózł daleko, na dobrą drogę do Polski. Potem stop do Zdiaru, z którego autobusem na Łysą Polanę się dostałyśmy i weszłyśmy przez most do Ojczyzny!  Stop nas przywiózł do Zakopca, gdzie siedzimy i jemy jedzenie z biedronki. Gdy tylko przejechałyśmy przez granicę, tłumy wielkie ciągnące w stronę Morskiego Oka, tumult ludzi w samym Zakopcu, ajjj. Nie lubię tego. Nasza wyprawa niebawem się skończy, z wielkim żalem w sercu jednak do Polski wjechałyśmy, bo chciałoby nam się jeszcze trochę po świecie powłóczyć, a tu Aga sesję ma :(
Dom. No nie wiem co mogę napisać, już trochę nie mogę się doczekać prysznica, bez niego dobrze, ale z nim jeszcze lepiej. Pewnie nie byłabym nigdy w Budapeszcie, gdyby nie to, a co więcej i co bardziej cenne i piękne, zobaczyłam, że ludzie są z natury dobrzy. Ile różni ludzie nam pomogli to ludzkie pojęcie przechodzi. To, że warunki bywały tragiczne zahartowały organizm i ducha. A i miło będzie wrócić do życia po takim stęsknieniu, ale fajnie byłoby niebawem nam gdzieś ruszyć, a tu lipa, bo sesja.
LEPSZY RYDZ W GARŚCI NIŻ NIC NA DACHU!
16.35  McDonald Kraków
Stop z Zakopca do Rabki Zdrój.  – Dokąd?  - Do Rabki Zdrój!  Nas dowiózł, a stamtąd, pomimo deszczu nikt nie chciał nas zabrać. Więc wsiadłyśmy w uroczy elegancki autobus, w którym bez wątpienia wyglądałyśmy egzotycznie. Dziecko sobie rzygało, ja się śmiałam. I tak wolę marszruty. A najbardziej kocham Tiry! :) Tu, po zjedzeniu ciepłego i pożywnego żarcia z Mc’a, nasze drogi zaraz się rozchodzą. A w naszych głowach już tkwi nowa myśl!
Ostatnia czekolada! Magnetic! A zjadłyśmy ich na wyjeździe 17! Kilka chlebów, dżemów, pasztetów. 1,5 kg parówek i kabanosy, dużo kiśli, zupek i budyniów.
Koniec chyba


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz